Nowości

Francuski klejnot

“Francuski klejnot” to kontynuacja powieści „Francuskie zlecenie”. Chrześnica Ewy, Kalina, boryka się z poważnymi problemami…


Francuski klejnotZawiść rodziny, internetowe oszczerstwa oraz straty finansowe, które przynosi prowadzony przez nią pensjonat to zaledwie czubek góry lodowej.

Zatroskana Ewa przeczuwa, że dziewczyna nie poradzi sobie bez wsparcia, dlatego obmyśla sprytny plan i zaprasza do Polski przyjaciela z Francji.

Tymczasem sama otrzymuje kłopotliwy spadek, który przyniesie jej więcej zmartwień niż pożytku. Niechcący otworzy drzwi do przeszłości i zbudzi dawno uśpione duchy przodków…

Anna J. Szepielak – Małopolanka z urodzenia, Kobieta Zaściankowa z wyboru. Tzw. wielki świat woli oglądać z bezpiecznej odległości. Uwielbia gorzką czekoladę, słodką kawę i literaturę, przy której „dusza się śmieje”. W księgarni czeka, aż książka do niej przemówi okładką, szelestem kartek i… zapachem. Odbiera otaczający świat bardzo intensywnie – niektórzy twierdzą nawet, że także szóstym zmysłem. Z zawodu jest nauczycielką i bibliotekarką, choć kiedyś marzyła, by studiować w Wyższej Szkole Teatralnej. Zadebiutowała powieścią „Zamówienie z Francji”, opublikowała także teksty z zakresu oświaty oraz teksty publicystyczne na jednym z portali. Współpracuje z regionalnym tygodnikiem, w którym ukazują się jej artykuły i recenzje nowości wydawniczych.

Anna J. Szepielak
Francuski klejnot
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Premiera: 19 lipca 2017
 

Francuski klejnot


Rozdział 1
Jest czas radości i czas smutku


Prowansja, lato 2015

Wieczorne skrzeczenia ptaków wyraźnie zmęczonych upałem oraz radosne dziecięce piski dobiegające z ogrodu wdzierały się do sypialni przez szeroko otwarte okno.
Gdy wśród drzewek owocowych zabrzmiał nakazujący męski głos, dzieci podniosły lament, głośno protestując przed powrotem do domu. Bez sukcesu. Cichnącą gdzieś w pobliżu dyskusję w polsko-francuskiej mieszaninie językowej zakończył stanowczy trzask zamykanych drzwi.
Ogród ucichł, a do pogrążającego się w mroku pokoju zaczęły docierać stłumione głosy rozmów toczących się na parterze. Nie zakłócały spokoju miejsca, które wydawało się opuszczone: zegar stojący na kominku cicho tykał, firanka poruszana wiatrem lekko falowała, ciemność wpływająca przez otwarte okno niepostrzeżenie osiadała na poduszkach, porcelanowych bibelotach i niezapalonych lampach jak kurz, zamazując lekko kontury przedmiotów.
W pewnej chwili z fotela ustawionego tuż przy parapecie dobiegł szelest. Drobna kobieca dłoń wysunęła się zza oparcia i trochę po omacku odnalazła na stoliku pudełko z chusteczkami. Kilka sekund później mokra, zwinięta w kulkę chusteczka potoczyła się po wzorzystym dywanie i zatrzymała obok wielu innych, które, równie niedbale rzucone na blat stolika, spadły cicho na podłogę.
Kobieta zmęczonym ruchem opuściła głowę na miękkie oparcie fotela. Włosy o barwie ciemnego miodu łagodnie otuliły piegowatą twarz, na której widoczne były już pierwsze zmarszczki. Wpatrzona w szarzejące niebo kobieta nawet nie drgnęła, gdy kolejna łza bezgłośnie spłynęła jej po policzku, kapiąc na dekolt.
Skrzypnęły otwierane drzwi.
– Ewuniu? – męski głos przerwał ciszę. – Tu es là?*
– Jestem – mruknęła niezadowolona.
Szybkim ruchem otarła twarz i spuściła podkulone nogi. Kolorowa fotografia, która leżała zapomniana na jej kolanach, zsunęła się na podłogę.
– Dlaczego ty siedzisz po ciemku? – Mężczyzna pstryknął włącznikiem nocnej lampki. – Trzeba zejść do nas. Mama uszykowała kolację, a i dzieci czas położyć do snu.
– Zaraz przyjdę – mruknęła, z ociąganiem podnosząc się z fotela.
Mężczyzna pokręcił głową z dezaprobatą.
– Po co zasmucasz się tu w samotności? To nie pomoże.
Chciał dotknąć jej twarzy, ale ominęła go niezgrabnie i stanęła przed lustrem, udając, że poprawia fryzurę. Westchnął. Bez słowa zaczął zbierać z podłogi zużyte chusteczki.
– Qu’est-ce que c’est que cette photo?!** To z naszego ślubu – zdziwił się na widok zdjęcia, które znalazł obok fotela. – No tak… madame Constance i inni… wtedy wszyscy zjechali do Polski.
– Zostaw.
Wyjęła mu z rąk fotografię, włożyła ją do otwartej, na wpół rozpakowanej walizki i zatrzasnęła wieko.

* Jesteś tu?
** Co to za fotografia?

– Chodź na dół, chérie – spróbował jeszcze raz, starając się nadać głosowi łagodne brzmienie. – Powinnaś coś zjeść.
– Nie jestem głodna.
– Mama się martwi, bo siedzisz tu od naszego przyjazdu.
– Powiedziałam, że zaraz przyjdę.
– Jak chcesz. Nie będę cię przymuszać.
Zniechęcony ruszył ku wyjściu. Ewa złapała go za rękę.
– Przepraszam, Gérardzie – powiedziała cicho, patrząc mężowi w oczy po raz pierwszy, od kiedy wszedł do sypialni. – Musiałam trochę powspominać. Rozliczyć w sercu pewne sprawy. Sama.
– Jakie sprawy?
– Przecież wiesz. Łączyła mnie z Konstancją szczególna więź – zmieszała się nieco. – Była mi bliska prawie jak rodzona krewna, a jednak widywałyśmy się tak rzadko. Zwłaszcza ostatnio, kiedy chorowała, powinnam była ją odwiedzić.
– Przecież często telefonowałaś. Wiedziała, że o niej pamiętasz.
– Co z tego? Czuję się tak, jakbym ją zawiodła.
– Cóż ty wymyśliłaś, chérie? – zaprotestował.
– A tak. Konstancja tyle razy zapraszała nas do siebie, ale kiedy przyjeżdżamy do Francji, zawsze nocujemy tu, u twojej mamy. Myślę, że nasza odmowa sprawiała jej przykrość.
– Ewuniu, nie myśl o tym. To, co czujesz, jest normalne. Żal minie.
– Ten twój racjonalizm! Ja mówię o uczuciach, mam wyrzuty sumienia.
– Je comprends*. Ale wiem, że dziś zbyt dobierasz to do serca. Jutro, pojutrze przypomnisz sobie dobre rzeczy.
– Gdybyśmy przyjechali do niej na wakacje, tak jak prosiła, zdążyłabym z nią jeszcze porozmawiać – rozżalona Ewa zignorowała tę próbę pocieszenia. – To zupełnie jak z ciotką Eugenią.
Spojrzała przelotnie na gruby brulion w czerwonej oprawie położony na stoliku nocnym.

* Rozumiem (fr.).

– Ją też zawiodłam i to niejeden raz.
– Po co wymyślasz złe rzeczy? Nie chciałaś mieszkać w pałacu madame Constance, i ja to poparłem. Nijakiego braku szacunku w tym nie ma. A nawet inaczej być nie powinno. Znasz moje zdanie.
– Znam – burknęła.
– Tyle razy my już o tym rozmawiali. – Skrzywił się, słysząc jej ton. – Jakże miałem w rezydencji gościnę przyjąć, skoro wiele lat pracownikiem prostym tam byłem? Nie wypadało mnie. A i kwatery u matki własnej odmówić to jak grzech.
– No już dobrze, nie irytuj się – uspokoiła go, słysząc, że zdenerwowany mąż jak zwykle w takich chwilach zaczyna przekręcać polszczyznę według dawnych przyzwyczajeń. – Wiem, że masz rację. Po prostu ciężko mi przed jutrzejszym pogrzebem. W takich chwilach zawsze okazuje się, że są tysiące rzeczy, które chciałoby się tej osobie powiedzieć, a już nie można.
– Wiem. Miałem tak samo z moim ojcem.
– Sam widzisz… Przytul mnie, ale mocno.
Przez chwilę obejmowali się w milczeniu, pogrążeni w niewesołych myślach.
– Gdzie są chłopcy? – spytała wreszcie.
– Posilają się w kuchni.
– Mówiłeś mamie, że zaraz po pogrzebie wracamy do Polski?
Rzucił jej niepewne spojrzenie.
– Nie miałem śmiałości. Tak się ucieszyła z naszego przyjazdu.
– Oj, ty mój odważny mężczyzno. – Pogładziła go po nieogolonym policzku. – Wiesz co? Zostańmy do końca tygodnia, niech mama się nacieszy wnukami. Nie wiadomo, kiedy znowu przyjedziemy.
– A moja firma? Klient czeka.
– Ten Malinowski, który tak ciągle wydzwania?
– Tak. Chce mieć ogród jak najszybciej.
– Udobruchasz go jakoś. Klient nie zając, bliscy są ważniejsi. – Po twarzy Ewy znów przebiegł cień smutku.
W tym momencie na schodach rozległ się tupot małych stóp. Do sypialni wpadł czteroletni chudziutki chłopczyk.
– Mamusiu! Grand-mère* każe nam iść do łóżek – poskarżył, rzucając się Ewie w ramiona. – A ja nie chcę! Jeszcze nie jest noc!
– O ludzie! – stęknęła kobieta i aż przysiadła na łóżku, z synkiem w objęciach. – Jaś, tyle razy mówiłem, żeby nie skakać na mamę.
– Pourquoi?**

* Babcia (fr.).
** Dlaczego? (fr.).

– Bo jesteś za ciężki.
– W porządku, kochany, zaraz zejdziemy. – Ewa spojrzała porozumiewawczo na męża. – Może pogadasz od razu z tym Malinowskim?
– Dobrze.
Gdy została z dzieckiem sama, spojrzała ciepło w radosne oczy chłopca.
– To co się właściwie stało?
– Bo ja wymyśliłem nową bajkę i chcę ją komuś opowiedzieć, a grand-mère…
– Jasiu, nie chcę słyszeć żadnych narzekań. Babci trzeba słuchać – przerwała mu łagodnie.
– Ale tylko polskiej.
– Jak to?
– Bo francuska babcia nas rozpiszcza i wyprawiamy harce. – Chłopczyk uśmiechnął się zawadiacko. – Tak mówi tatuś.
– Rozpieszcza. Albo rozpuszcza, bo nie wiem, co tata miał na myśli – poprawiła go łagodnie. – Ale każdej babci trzeba słuchać, ty łobuziaku. Musisz być grzeczny.
– Jestem, jestem! – Chłopczyk wskoczył na łóżko, jakby zaprzeczając swoim słowom.
– Właśnie widzę.
– Jestem grzecznym kangurem. Hop! Hop!
– Zejdź z łóżka, kangurze.
– A pójdziemy jutro do pałacu odwiedzić Aleksa i dzieci?
Ewa pogładziła synka po jasnych włosach.
– Nie tym razem. Jutro tylko ja i tatuś pojedziemy do rezydencji, wy zostaniecie z babcią. Może któraś ciocia was odwiedzi?
– Ale dlaczego? Ja chcę!
– Synuś, dobrze wiesz, że twoje krzyki nie robią na mnie wrażenia. Tak musi być i już.
– A po co jedziecie bez nas? – naburmuszył się.
– Oj, wystarczy już tych pytań.
– A ja wiem! Grzesiek mówi, że na pogrzebienie pani Konstancji jedziecie, bo umrała. A co to jest pogrzebienie,
mamo?
– Co ja mam z tymi chłopcami! – westchnęła. – Mówi się: umarła. Pogrzeb to… to taka specjalna uroczystość pożegnania kogoś.
– A gdzie pani Konstancja jedzie? Długo jej nie będzie?
Zmieszana Ewa sięgnęła po swoje okulary leżące na nocnym stoliku. Powolnym ruchem przetarła szkła, próbując dobrać odpowiednie słowa.
– Opowiadałam ci kiedyś, że każdy człowiek musi pewnego dnia pojechać w podróż do nieba, do Pana Boga i aniołków. I to właśnie znaczy, że ten ktoś umarł. Pamiętasz?
– Oui*.
– No i właśnie tak się stało, że pani Konstancja… dostała swój bilet na taką podróż.
– Daleko jedzie?
– Obawiam się, że niezmiernie daleko.
– A kiedy ją znowu zobaczymy?
– Myślę że bardzo, bardzo długo jej nie zobaczymy. Dlatego jedziemy ją pożegnać.
– Ja też chcę!
– Nie, synku, nie tym razem. To smutne sprawy dorosłych. Nie dla takich rozkosznych chłopców jak ty. – Połaskotała go delikatnie.

* Tak (fr.).

Zaśmiał się i zeskoczył na podłogę.
– No dobrze, zostanę z babcią. A posłuchasz mojej bajki?
– Opowieści, a nie bajki. Posłucham, ale innym razem, jestem zmęczona. Może Grześ albo tata coś ci poczytają przed snem. Dobrze?
– No dobra. Mamusiu? – chłopiec nagle spoważniał.
– Słucham, kochanie?
– Ale wy nie macie takich biletków do nieba? Ty i tatuś?
Zaskoczona Ewa przygarnęła dziecko do siebie.
– Synku, nie martw się. Nigdzie się na razie nie wybieramy. Będziemy z tobą i z Grzesiem jeszcze bardzo, bardzo długo.
– To dobrze. A powiesz jutro Aleksowi, żeby tu przyjechał? Lubię go.
– Powiem, powiem. On też was lubi, choć to już stary chłop i dawno powinien mieć własnych synków do zabawy – mruknęła bardziej do siebie niż do dziecka.
– To chodź. Babcia kazała. – Chłopiec błyskawicznie odzyskał dobry nastrój i pociągnął ją za rękę. – Jest pycha kolacyjka, a babcia mówi, że uchudłaś. Ce n’est pas bien*.
– No, skoro babcia tak mówi.

* To niedobrze (fr.).

* * *

– Czemu wy ciągle nie w łóżkach? Dość już tej swawoli.
– Gérard, który właśnie wszedł do domu, stanowczym ruchem zagrodził drogę skaczącym po korytarzu chłopcom.
Dzieci ze śmiechem wpadły na niego.
– Jesteśmy kangury! Tatuś, goń nas!
– Ani myślę. Pora spać, smyki.
– Jeszcze chwilkę! Papa!*
– Babcia nam pozwoliła urządzić wyścigi.
– Co powiedziałem? Proszę myć zęby i do łóżek.
– A mogę poczytać tę książeczkę od grand-mère? – Starszy chłopiec wyraźnie chciał coś wytargować.
– D’accord**. Ale tylko chwilę.
– A ja? – Mały Jaś uczepił się ręki ojca. – Chodź. Chcę ci opowiedzieć moją historyjkę.
– Non, pas aujourd’hui***. Zmykaj na górę.
Mężczyzna zajrzał do salonu, gdzie matka oglądała jakiś program informacyjny, a gdy stwierdził, że Ewy z nią nie ma, poszedł do kuchni.

* Tato! (fr.).
** Zgoda (fr.).
*** Nie dzisiaj (fr.).

– Co robisz? Przecież bym posprzątał po kolacji – powiedział do żony, wyjmując jej z rąk talerze. – Tobie już pora odpocząć, Ewuniu. Ciężki dzień przed tobą.
– Wiem – mruknęła. – Dziękuję ci, nie miałam już siły zagnać na górę tych łobuzów. – Usiadła ciężko na stołku. – Zatankowałeś?
– Oui.
– Czyli wszystko gotowe?
– Tak, nie martw się.
– To idę pod prysznic. – Ziewnęła i nawet nie ruszyła się z miejsca.
Gérard w milczeniu załadował zmywarkę naczyniami.
– A, przypomniało mi się – powiedział nagle. – Miałaś jeszcze porozmawiać z Kaliną.
– O matko! – Ewa wyprostowała się, jakby ktoś ukłuł ją szpilką. – Która to godzina?
– Dwudziesta druga już blisko.
– No to jeszcze mogę. Gdzie mój telefon?
Zaaferowana pobiegła na górę do sypialni. W smartfonie zostawionym na stoliku odnalazła numer chrześnicy. Dopiero po dłuższej chwili w słuchawce odezwał się zaniepokojony głos:
– Ciociu? Co się stało?
– Dobry wieczór, Kalinko. Przepraszam, że tak późno się odzywam, ale wiesz, jak to jest po przyjeździe. Zamieszanie.
– Dojechaliście bezpiecznie?
– Tak, wszystko w porządku.
– To dobrze. A czemu dzwonisz o tej porze?
– Chciałam ci złożyć najserdeczniejsze życzenia urodzinowe – powiedziała Ewa, uśmiechając się łagodnie. – Przykro mi, że tym razem nie osobiście, ale nadrobimy to po powrocie.
– Dziękuję. Nie sądziłam, że w tych smutnych okolicznościach będziesz o mnie pamiętać.
– Jak bym mogła zapomnieć? – odparła, myśląc jednocześnie, że jest wstrętną kłamczuchą, bo gdyby nie mąż, na pewno by nie zatelefonowała. – Chłopcy i Gérard też cię mocno ściskają; życzą spełnienia wszystkich marzeń. Żeby się wreszcie skończyły twoje kłopoty i żebyś znów była szczęśliwa… Kalina? Słyszysz mnie? – Odruchowo potrząsnęła smartfonem, słysząc w tle jakieś trzaski.
– Jestem, jestem. Mam nadzieję, że takie piękne życzenia się spełnią. I to szybko.
– Jasiek da ci to na piśmie. Namalował dla ciebie laurkę, ale powiedział, że wręczy ci ją osobiście. Może wyrwałabyś się z tej wsi i przyjechała do nas na kilka tygodni, kiedy wrócimy?
– Noo… raczej nie. Ale zapraszam do siebie, miejsca jest dość.
– Nadal nie ma gości?
– Niestety, ten sezon wypadł fatalnie. Nawet Jadzia mówi, że nie pamięta takich pustek. Jest tylko pan Ryszard.
– Jeszcze nie wyjechał?
– Nie.
– No widzisz! Komuś jednak podoba się twój pensjonat – zażartowała.
– Bardzo śmieszne. Czasem mam wrażenie, że wszystko się sprzysięgło przeciwko mnie. Nawet ten głupi internet.
– Nadal nie masz zasięgu?
– Już trzech specjalistów się poddało. Mówią, że u mnie jest jakiś zasięgowy trójkąt bermudzki czy coś w tym rodzaju. I że nie ma na to siły.
– Nie przejmuj się.
– Mnie to nie przeszkadza, ale turystom z dużych miast trudno to zrozumieć.
– Oj tam, brak internetu też może być zaletą, jeśli ktoś szuka spokoju. W końcu twoja babcia tyle lat przyjmowała gości i jakoś dawali sobie radę.
– Wtedy były inne czasy – westchnęła dziewczyna. – Na razie korzystam z uprzejmości dyrektorki domu kultury.
– Chodzisz do pracowni komputerowej?
– Nie. Udostępnia mi swój laptop z gabinetu, kiedy tylko potrzebuję. No i dzięki niej dostałam zajęcia muzyczne z dzieciakami. A właściwie dzięki Jadzi. Dyrektorka to jej kuzynka.
– Ta twoja Jadzia to skarb. – Ewa uśmiechnęła się na wspomnienie tęgawej kobiety w nieodłącznym kwiecistym fartuchu.