Przejdź do treści

Nefrytowa szpilka

Dziś w drodze z pracy kupiłam sobie książkę “Nefrytowa szpilka”. Skusiła mnie ta piękna okładka z lilią i zaczęłam czytać właściwie od razu. O rety, ale wpadłam w tą książkę! Jest po prostu wspaniała.


Jest to historia dziewczyny wychowywanej przez samotną matkę, której przeszłość okazuje się w dramatycznym momencie. Autorka Joanna Miszczuk fenomenalnie sportretowała swoich bohaterów, ich charaktery są tak oddane, że normalnie widzę tych ludzi przed oczami, tak prawdziwie to wypadło.

Akcja leci tak wartko, że nie można się oderwać i bez ustanku trzyma w napięciu. Wywołuje wiele emocji. Bardzo podobnie jak jest to u mistrzyń literatury kobiecej typu Nora Roberts, Diane Chamberlain czy Jodi Picoult. Pani Joanna Miszczuk czyli autorka “Nefrytowej szpilki” pisze jak one, zaczarowuje czytelnika od pierwszej kartki. Nie mam pojęcia jak to się dzieje, ale po prostu dzieje się!

Książkę skończę czytać pewnie dzisiaj, za mną już spory kawałek, ale nawet jeśli trzeba będzie zarwać nockę, to jestem gotowa bo widzę, że warto. I od razu chciałam się podzielić z Wami wrażeniami bo choć czytam dużo, to rzadko mi się zdarza żeby książka mnie tak porwała, o czym wiecie 😉 Bo nieraz bez ogródek narzekam jeśli coś mi w lekturze nie leży.

W każdym razie jeśli ktoś z Was szuka dobrej powieści na weekend to ja polecam tą. Już widzę, że będzie ona jedną z moich ulubionych książek w ogóle.

Joanna Miszczuk
Nefrytowa szpilka
Wydawnictwo Prószyński Media
Premiera: 11 października 2016


Moja fascynacja Azją i uwielbienie dla literatury laureatki Nobla Pearl Bucks wydały owoc. Jest nim ta powieść. Jak w każdej mojej książce powołuję się na fakty historyczne, lecz tak jak w poprzednich, tak i w tej są one jedynie tłem dla historii wymyślonej przeze mnie. Zrozumieć Chiny – to nie jest łatwe i nie sądzę, aby mi się udało. Jednak dzięki próbom i poszukiwaniom pojęłam jedno. Zrozumienie jest kluczem do tolerancji.

Dzisiaj, Wrocław 2015

Złośliwe bzyczenie nie ustawało. Jeszcze mgliście unosił się w pamięci obraz twarzy mamy, jeszcze czuła leniwe ciepło sierpniowego wieczoru i intensywny zapach lawendy. Uporczywy, natrętny dźwięk wypierał wszystkie te wrażenia. Melania niechętnie otworzyła oczy. Sen umknął, a fosforyzujące cyfry zegara przy łóżku wskazywały godzinę trzecią piętnaście, smartfon podrygiwał na szafce nocnej i brzęczał. Zawsze wieczorem przestawiała go na wibracje i wyłączała przekaz danych, aby sygnały wiadomości z mejla i Facebooka jej nie budziły.
Nie było jednak nikogo, kto mógłby dzwonić do niej o tej porze. Rodziny nie miała, prawdziwych przyjaciół też zresztą nie, telefon odzywał się głównie służbowo. Ale kto dzwoni w interesach w środku nocy? Pewnie jakiś pijany idiota źle wybrał numer. Zirytowana odebrała połączenie, nawet nie spoglądając na numer na wyświetlaczu.
– Halo? – warknęła do słuchawki, bardziej napastliwie niż pytająco.
– Ni hao, Mel Lan. – Usłyszała męski głos z miękkim azjatyckim akcentem.
Jej serce nagle zatrzymało się na parę sekund, które wydawały się wiecznością. Senność i rozdrażnienie rozpłynęły się i znikły. Czas stanął, a po chwili ruszył w zwolnionym tempie w przód i jednocześnie w tył, przywołując wspomnienia.
Mel Lan, nikt jej tak nie nazywał od wielu lat. Właściwie nikt inny nigdy jej tak nie nazywał, tylko on. Serce podjęło swą pracę ze zdwojonym zapałem. Tłukło się w piersi jak szalone. Musiała szybko nad nim zapanować, uspokoić je, aby mężczyzna, którego natychmiast po tylu latach rozpoznała, nie usłyszał napięcia w jej głosie. Odetchnęła głęboko i przyłożyła telefon do policzka.
– Hao, hao, Gong Tan Ling – odpowiedziała płynnym mandaryńskim na powitanie. – Miło cię słyszeć, chociaż jak zwykle zapomniałeś o różnicy czasu. Witaj ponownie o trzeciej w nocy, po latach. – Roześmiała się.
– O, istotnie, przepraszam. – W jego ustach każde przeprosiny, każda forma grzecznościowa, której używał, brzmiały tak autentycznie. – Wybacz mi, proszę, zadzwonię za parę godzin. Mogę zadzwonić do ciebie, Mel Lan?
– Nie przesadzaj. Właśnie zadzwoniłeś. Już i tak nie śpię. Rozmawiajmy.
– Jesteś pewna? Nie chciałbym zabierać ci snu. Masz swoje obowiązki, pracę… Rzeczywiście zapomniałem o różnicy czasu. Proszę cię stokrotnie o wybaczenie…
– Tan, daj spokój – przerwała mu stanowczo. – Nie jesteśmy w Chinach. Przynajmniej ja nie jestem. Skończ z tymi formalnymi grzecznościami. To ja! Ze mną rozmawiasz. Znienacka, nagle, po tylu latach. Dlaczego dzwonisz? Stało się coś? Potrzebujesz mojej pomocy?
– Cała Mel Lan – odrzekł ze śmiechem. – Oczywiście, że to ty. Niezmieniona, zawsze taka sama. Konkretna do bólu, rzeczowa, brutalnie stanowcza i niecierpliwa jak magnolia, która kwitnie, nim jeszcze wiosna zazieleni jej liście. Imię, które dla ciebie znalazłem, nadal jest aktualne, nieprawdaż?
Tamto wspomnienie przemknęło błyskawicznie przed jej oczami. Tan z gałązką magnolii ułamaną gdzieś po drodze, gdy szedł na ich spotkanie. Wtedy to wymyślił, jej europejsko-chińskie miano: „Mel” – skrót od imienia, i „Lan” – chińska nazwa magnolii lub orchidei. Wtedy sprzeczała się z nim, że owo „Lan” wcale do niej nie pasuje. Orchidea to delikatna i subtelna roślina, a ona, Melania, jest twarda, silna i prze do celu jak buldożer, nie jak cieplarniany kwiatek. „Tak – odparł wówczas Tan – ale ty nie jesteś orchideą, tylko magnolią, niecierpliwą ryzykantką”.
– Owszem, Tan – odpowiedziała ciepło. – Nikt mnie tak nie nazywa, ale masz rację, to imię do mnie pasuje. Dlaczego dzwonisz właśnie teraz?
– Wiem, że Harald nie żyje. Dzwonię, żeby ci złożyć kondolencje.
Milczała. Teraz wspomnienia zaatakowały ją całą lawiną.
– Halo, Mel Lan? Jesteś tam jeszcze?
– Jestem.
– Czy źle zrobiłem, że zadzwoniłem? Jego śmierć nic nie zmienia, prawda?
– Prawda. – Westchnęła ciężko. – Dobrze zrobiłeś, że zadzwoniłeś. Może potrzeba było jego śmierci, żebyś wreszcie zrozumiał, że to nie on był naszym problemem, tylko ty.
Teraz milczeli oboje. Po chwili Tan przełamał barierę ciszy i wspomnień.
– Powinniśmy się zobaczyć, Mel Lan.
– Dobrze, Tan.
– Przyślę zaproszenie. Ministerstwo potrzebuje europejskiej wyceny paru mebli z przełomu wieków. Przyjedziesz do Pekinu?
– Przyjadę.
– Dobrze.
– Dobrze.

Jednocześnie zakończyli rozmowę.
Melania pozostała chwilę w łóżku, chociaż było oczywiste, że sen już nie wróci. Wstała, poszła do kuchni i wstawiła wodę na herbatę. Patrzyła przez moment na srebrzyście lśniący elektryczny czajnik, następnie automatycznie przygotowała dzbanek do wyparzenia i ustawiła rządkiem słoiczki z herbatami do wymieszania. Potem wzruszyła ramionami, pstryknęła wyłącznikiem czajnika, zgasiła światło w kuchni i poszła do salonu. Nalała sobie solidną porcję rumu z barku, dopełniła szklankę colą i wyciągnęła z dna regału trzy opasłe albumy ze zdjęciami. Usiadła na kanapie, zapaliła papierosa i otworzyła najstarszy z nich.

Wrocław 1995

Właściwie to Melania Robak była zadowolona.
Wakacje spędziła pracowicie, ale udało jej się zarobić niezłą sumkę. Kupiła nową garderobę, obcięła włosy u prawdziwego fryzjera i zostało jeszcze wystarczająco dużo, żeby mogła sobie pozwolić na jakieś wybryki. Bez szaleństw, ale jeśli inni ją zaakceptują i nadarzy się okazja, to finansowo była przygotowana na co najmniej pięć wypadów do kina albo kawiarni. Oczywiście jeśli tamci ją zaakceptują i zaproszą. Nowa szkoła, nowe możliwości. Nikt jej nie zna, nie wlecze się za nią zła sława kujona, nudziary, biedaczki i Robala. Nikt z jej podstawówki nie składał papierów do tego liceum. Nie żeby było kiepskie, wręcz przeciwnie. Na szczęście większość tych dobrych uczniów z jej rocznika oblegała liceum imienia Mickiewicza albo Polonii Belgijskiej. Poza tym wszyscy chcieli się wyrwać z tego zadupia, za jakie uważali swoją dzielnicę. Od urodzenia, czternaście lat wiecznie w tym samym dołku. Wszyscy wszystkich znali.
Dlatego ci zdolniejsi, z sensownymi świadectwami, pouciekali do centrum. Ci mniej zdolni, za to mający bogatych rodziców, dostali się, bez większych rozważań nad cenzurkami, do niepublicznych szkół średnich. Regina poszła do Sigmy. Świetne liceum, byłoby wprost idealne dla niej, Meli. Dwujęzyczne klasy, proponowano nawet kursy chińskiego. Melania jednak mogła sobie o takiej szkole tylko pomarzyć. Cóż, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Dobrze, że Regina się dostała. Na szczęście nie musiała zdawać egzaminów, średnia na jej świadectwie była właściwie zasługą Melanii, ale wystarczyła. Teraz Mela będzie się uczyła właściwie w dwóch szkołach. Swojej własnej i Reginy. Jeszcze tylko trzeba coś wymyślić, żeby tamta poradziła sobie z klasówkami i odpowiedziami ustnymi. Jak wtłoczyć w mózg wielkości ziarnka groszku wiedzę niezbędną licealiście? Mela miała świadomość, że dzięki codziennym „korepetycjom”, które były jej głównym źródłem dochodu, przepchnie swoją uczennicę przez ogólniak, ale matury dziewczyna nie zda samodzielnie w żadnym wypadku. Tatuś będzie musiał się spiąć i znaleźć sposób, żeby królewnie maturę kupić. Jednak dosyć już o Reginie.
Dziś tylko ona, Melania, jest ważna. Pierwszy dzień nowej szkoły, gdzie jej nikt nie zna. Wygląda dobrze, nie wyróżnia się z tłumu, ma ekstrafryzurę, à la Edyta Górniak, a także normalne ciuchy; no, może nie superhit, ale średnia krajowa też jest OK. Mela złożyła dokumenty do V LO przy Grochowej we Wrocławiu. Zaledwie pięć minut na piechotę od domu. Dostała się bez problemów, trudno się było nie dostać ze średnią pięć i dziewięćdziesiąt osiem setnych. W dniu zakończenia szkoły podstawowej obiecała sobie jedno. Zacznie od nowa, od zera. Nie dopuści do tego, żeby nowi koledzy z klasy traktowali ją jak ostatnie dno. Będzie równa i na luzie, zacznie się umawiać z chłopakami, łazić z dziewczynami po klubach. I co najważniejsze, znajdzie przyjaciółkę. Taką prawdziwą, wierną i od serca. W tej szkole nie będzie Robalem, tylko jedną z nich.
– Mela, kochanie. – Łagodny głos mamy i skrobanie do drzwi łazienki przerwały jej rozmyślania. – Przygotowałam ci śniadanie. Wyjdź już, proszę, zjemy razem.
– Jeszcze sekundkę. Już jestem prawie gotowa – wymamrotała, ściągając usta w dół, aby poprawić kreskę pod okiem. Tusz złośliwie się rozmazywał i makijaż, ćwiczony przez całe wakacje, nie wychodził tak perfekcyjnie, jak by chciała.
– Czekam, jajka stygną.
Melania dała za wygraną. Wrzuciła kosmetyki do pudełka i wyszła z łazienki. Siedząca przy stole mama popatrzyła na nią krytycznie.
– Tak nie pójdziesz – oświadczyła.
– Oczywiście, że pójdę – odparła buntowniczo dziewczyna. – Co ci się nie podoba w moim wyglądzie?
– Dużo mi się nie podoba. To pierwszy dzień w nowej szkole, dziecko. Jak cię widzą, tak cię piszą. Nie będziemy wracać do rozmowy na temat twojego stroju, postawiłaś na swoim i tyle, ale…
– Jesteś niereformowalna i przestarzała, mamo – ze złością przerwała jej Mela. – Białe bluzeczki i granatowe spódniczki były dobre w podstawówce, a i to dwadzieścia lat temu. Czy ty jesteś ślepa? Rozejrzyj się na ulicy, jak ludzie chodzą. Nigdy więcej nie włożę tej cholernej białej bluzeczki. Chcę być normalna, jak wszyscy dookoła. Dżinsy to norma, rozumiesz? Zresztą okazałam szacunek szkole, jak chciałaś, mam przecież białą koszulkę, o co ci chodzi?
– Tak, koszulka z dekoltem do pasa jest bardzo odpowiednia do szkoły. Twoje jedyne ustępstwo to jej kolor. Obwiesiłaś się świecidełkami jak choinka na Boże Narodzenie. To nie wypada… – Mama westchnęła ciężko. – Zresztą dajmy spokój, zrobiłaś, jak chciałaś. Niech ci będzie. Proszę cię tylko o jedno, Melania, zmyj makijaż. Tak nie pójdziesz.
– Żartujesz? – Mela gwałtownie podniosła się od stołu. – To liceum, nie podstawówka, wszystkie dziewczyny się malują!
– Może. Ale ty nie – odpowiedziała spokojnie mama. – Zmyj makijaż. Masz czternaście lat i jesteś niepełnolet…
– Mam piętnaście! – przerwała jej Melania. – Nie będziesz mną rządziła. Za trzy lata będę mogła głosować!
– To będzie za trzy lata. Dzisiaj jesteś niepełnoletnia, mieszkasz w moim domu, to ja cię żywię i ubieram. Jesteś moją córką i ja za ciebie odpowiadam. Zmyj makijaż.
– Sama się ubieram. Tobie ledwie wystarczy na opłacenie tego mieszkania i jedzenie. Gdyby nie moje dodatkowe zarobki z korepetycji, tobyś nawet na książki do tej cholernej szkoły nie miała!
– Melania – powiedziała mama drżącym głosem – koniec dyskusji. Zmyj makijaż i idź do szkoły. – Odwróciła się, próbując ukryć łzy napływające do oczu.
Melania wyszła z pokoju. Po chwili wróciła i zbliżyła twarz do zapłakanej twarzy matki.
– Proszę. Zmyłam. Jesteś zadowolona?
Mama milczała.
– Wychodzę do szkoły. – Mela chwyciła nabijaną ćwiekami absurdalnie drogą torbę, swój nowy nabytek, i wyszła, trzaskając drzwiami.

Małgorzata Robak siedziała nieruchomo przy stole. Jej zmiana w fabryce zaczynała się dzisiaj o czternastej. Musi jeszcze przygotować obiad, żeby Mela sobie odgrzała, jak wróci, trzeba zrobić pranie i trochę posprzątać. Nie chciała się kłócić. Uwielbiała swoją córkę. Chciała jej dać wszystko, co najlepsze.
Mela była owocem prawdziwej wielkiej miłości. Dlatego Małgorzata dała jej na imię Melania. W Przeminęło z wiatrem to Melania Hamilton była kobietą pełną miłości i oddania. Małgorzata miała nadzieję, że to imię będzie dobrą wróżbą dla córki. Ale jej Mela nie była taka jak tamta dama z Południa. Jej Mela bardziej przypominała główną bohaterkę, piękną, ogromnie samodzielną, inteligentną i upartą Scarlett, która – niestety – nie miała serca. Małgorzata zastanawiała się, gdzie popełniła błąd. Wychowywała córkę sama. Poświęciła absolutnie wszystko, całe swoje życie, aby uczynić z niej dobrą i kochającą kobietę. Wierzyła, że przyzwoite wykształcenie zapewni Melanii przyzwoite i dostatnie życie. Może za bardzo skoncentrowała się na tym wykształceniu. Ona sama nawet nie skończyła zawodówki. Swoje życie dzieliła na to przed Melą, o którym nikomu nie mówiła, o którym zapomniała, i to późniejsze. Z tamtego pierwszego okresu zostawiła sobie jedynie romantyczne wspomnienie wielkiej miłości. Jej prawdziwe życie jednak zaczęło się od momentu, kiedy przyszła na świat córka. Na pierwsze dwa lata po narodzinach dziecka była finansowo zabezpieczona. Potem nie miała już nic, ani pracy, ani perspektyw. Dobrze wykorzystała te dwa lata. Skończyła kursy zawodowe krawiectwa i dostała stałą pracę jako szwaczka w fabryce pościeli. Posłała Melę do przedszkola, a potem do szkoły. Opiekowała się nią najlepiej, jak mogła. Brała nadgodziny i szyła w domu, żeby opłacić Meli dodatkowe kursy angielskiego. Była sama. Jedna pensja musiała wystarczyć na utrzymanie dla nich obu.
Miały dach nad głową, nosiły ciuchy z lumpeksu. Jedyne, czego Małgorzacie ciągle brakowało, to był czas dla Meli. Cieszyła się, że córka jest taka inteligentna i zdolna, że tak dobrze się uczy, że wygrywa olimpiady. Ale Mela chciała jeździć na wakacje, dostać komputer i nosić modne markowe ubrania, a jej matka nie miała na to pieniędzy. Łatała dziury, jak mogła, zawsze jednak było za mało. Dlatego kiedy jedenastoletnia Melania poprosiła ją o zgodę na dorabianie do domowego budżetu korepetycjami, Małgorzata się zgodziła. Potem do korepetycji doszła weekendowa pomoc w butiku, a później jakoś tak się stało, że Melania sama zarabiała na swoje potrzeby, niekiedy nawet dokładała się do wydatków domowych.
Tylko czasu dla siebie miały coraz mniej. Dzisiaj po raz drugi córka ją zaatakowała. Normalny bunt nastolatki? Zapewne. Tylko Małgorzata nie rozumiała dlaczego. Przecież dała swojemu dziecku wszystko. Czy to za mało? Czy Mela już jej nie potrzebuje, nie kocha?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *