Recenzje

Sekretne życie Roberty

Opowieść o Robercie, która postanawia odkryć tajemnicę pocztówki, znalezionej w porzuconej kanapie i przy okazji zmienić swoje życie.


Ta urocza okładka skusiła mnie do zakupu “Sekretnego życia Roberty”. Tak, tak…wiem, że się nie ocenia książki po okładce, ale ja jestem akurat innego zdania Emotikon wink Czas spędzony z książką składa się dla mnie z różnych przyjemności, w tym z przyjemności wizualnych jeśli jest ładna okładka i ilustracje w środku (co niestety jest bardzo rzadkie).

Ale do rzeczy! Gdyby to ode mnie zależało to dałabym tej książce tytuł “Wersalka Roberty” ponieważ cała historia się zaczyna od tego, że laska wypatrzyła na śmietniku wywaloną przez kogoś kanapę i tak się na nią napaliła, że postanowiła ją sobie wziąć do własnego domu.

W środku wersalki znalazła książkę i tajemniczą pocztówkę wetknięta do środka gdzie było napisane o spotkaniu w Paryżu “dokładnie za dwadzieścia lat, w samo południe”. Jak się można łatwo domyślić, to “za dwadzieścia lat” miało przypaść już niedługo, co kobieta rozpoznała po dacie na stemplu, a jej zaciekawienie wzbudziło też, że jako nadawca kartki podpisała się osoba nosząca takie samo imię jak bohaterka, czyli Roberta.

Taki początek dobrze się nadaje do rozrywkowej powieści, w typie na jeden wieczór, trochę perypetii i romantyczne zakończenie. Tak by pasowało. Lekki i w sumie zabawny początek idealny na romantyczną komedię przeradza się niestety w dość ciężką książkę, jest w niej opisane między innymi w szczegółach samobójstwo kogoś kto się utopił, coś okropnego.

To pomieszanie nastrojów kompletnie mi się nie spodobało. Jakoś według mnie nie bardzo pasuje umieszczanie przygnębiających i trudnych tematów w raczej bajkowym i popularnym schemacie jakim jest szukanie nadawcy miłosnej pocztówki – bo od pierwszych stron jest jasne (przynajmniej dla kogoś kto przeczytał dużo romantycznych książek Emotikon wink, że Roberta będzie to robić oraz, że pojedzie do Paryża na wyznaczoną datę.

W sumie to nawet nie wiem czy bym polecała komuś taką książkę czy nie bo jej czytanie wprawiało mnie w dziwny nastrój, jakbym naraz czytała dwie kompletnie osobne powieści, jedną lekką, a drugą dołującą. Może ktoś z Was inaczej ją odebrał i ma inne wrażenia?

Klaudia Kosińska

Małgorzata Hayles – urodziła się w 1973 r. w Świebodzinie. Absolwentka filologii angielskiej w Poznaniu, anglofilka. Przez chwilę mieszkała w Londynie, by ostatecznie wybrać Poznań, w którym mieszka do dziś. Pisze od zawsze, co nie znaczy zawsze.

Małgorzata Hayles
Sekretne życie Roberty
Wydawnictwo Black Publishing
Premiera: 14 października 2015

Roberta przypomniała sobie krótki czas, kiedy nie mieszkała w domu rodziców. Wyprowadziła się jako ostatnia z córek, mając prawie trzydzieści pięć lat. Ojciec jeszcze żył. Choć formalnie przeszedł na emeryturę, nie umiał przestać być nauczycielem i przygotowywał okoliczną młodzież do egzaminów i matur z matematyki. Zawód był jak mundur, którego ani na chwilę nie potrafił zrzucić. Mieszkali więc dłuższy czas we troje, rodzice z wiekiem coraz bardziej wyschnięci, pokurczeni, a na ich coraz słabszym tle Roberta rosnąca w siłę. Jej ciało, które nigdy nie miało dziewczęcej wiotkości, z wiekiem stawało się atletyczne.
Doskonale proporcjonalne było piękne w niemal zwierzęcy sposób, ale Roberta nie dostrzegała jego urody. W lustrze odbijała się nieforemna dziewczyna z dzieciństwa, tylko starsza. Od czasu do czasu wpadały siostry ze swoimi pierwszymi mężami, mężami starterami, i dziećmi, które uwielbiały Robertę, bo jak każda niezamężna i bezdzietna kobieta była ciotką idealną. Obsypywała swoich siostrzeńców i siostrzenice drobiazgami, które chowała w różnych kryjówkach, tak by to ich tropienie było prezentem, a sam podarunek, zwyczajna drobnostka spakowana naprędce w zwykły papier śniadaniowy, stanowił jedynie dodatek do zabawy. Była niestrudzona w urządzaniu teatrzyków kukiełkowych, gonitw po parku i zabaw w chowanego po całym domu, podczas gdy rodzice, siostry i pierwsi – a z biegiem lat okazywało się, że jednak nie tylko początkowi, ale też ostatni – mężowie sączyli kawę i rozmawiali o pieniądzach, ubezpieczeniach i uchwałach sejmu, narzekali na rwetes, który dzieciaki robiły przy ciotce, bo tak bardzo czuły się przy niej bezkarne.
Mniej więcej w czasie, gdy Roberta skończyła trzydzieści pięć lat, postanowiła wyprowadzić się z domu. Wcześniej być może czekała na mężczyznę, który jej powie, gdzie i jak będą mieszkać. Wydawało się jednak, że nie zdała jakiegoś testu, z którym tak łatwo poradziły sobie jej starsze siostry, mniej przecież pilne w szkole.
Od momentu gdy uświadomiła sobie, że jest dziewczynką, czas beztroski przeminął bezpowrotnie. Zrozumiała, że w jej życiu pojawiła się jeszcze jedna tajemnica do zgłębienia. Nagle było wiadomo, że chłopcy podobają się dziewczynkom, a dziewczynki chłopcom, i nic się na to nie poradzi. Przez wszystkie lata szkolne Roberta codziennie stawała do sprawdzianu i codziennie go oblewała. Chłopcy umawiali się z nią tylko po to, by rozmawiać o jej koleżankach. Na dyskotekach była jedyną dziewczynką w grupie, której nikt nigdy nie prosił do tańca, więc w końcu przestała na nie chodzić, choć jako małe dziecko uwielbiała tańczyć. Wołali na nią „wieża” lub „żyrafa”, a ona garbiła się coraz bardziej, bo wiedziała już, że zdanie owego testu, testu urody i popularności, testu na bycie dziewczynką, jest w tym momencie zadaniem ponad jej siły, zupełnie jakby ktoś kazał jej w podstawówce zdawać maturę. Wiedziała także to, że do testu nie ma zamiaru podchodzić. Marzyła jej się nie tyle czapka niewidka, ile fosforyzująca naklejka informująca wszem wobec, że nie chodzi na te przedmioty, nie podchodzi do egzaminu i w związku z tym nie może go oblać.
Od początku nie czuła się dobrze w towarzystwie chłopców. Nie była przecież jednym z nich, choć czasem tak ją traktowali. Nie była też tak naprawdę jedną z dziewcząt, istot, które chłopcy odprowadzali do domu, do których pisali liściki, którym wrzucali chrabąszcze za bluzkę, wprost pomiędzy pączkujące piersi, i które zapraszali do kina, gdzie podobno kładli im ręce na kolanach. Dziewczyny chętnie dzieliły się tymi opowieściami, choć nie traktowały tych doświadczeń jako części miłosnej intymności, tylko punkty, którymi karmiła się ich popularność. Nie kochały się w tych chłopcach, ale w sobie, w nowej tożsamości ukształtowanej na zainteresowaniu kolegów. Roberta słuchała ich z poczuciem zafascynowania i goryczy. Nie miała sprzyjających warunków, by rozwinąć swoją kobiecość. Chłopcy jej nie adorowali, nie rumienili się, mówiąc do niej, nie przepychali, próbując zwrócić na siebie jej uwagę. Nie było więc żadnego napięcia, drażnienia mogącego ją oszlifować, tak by była dziewczęco gładka jak wypolerowany kamyk.
Kiedy zdawała maturę, nadal porastał ją mech niezdarnej dziewczęcości. Wszelkie cechy męskie, nawet te pozytywne, które być może pomogłyby jej zbudować własną tożsamość, na przykład w sporcie, prawdopodobnie w pływaniu, co zawsze lubiła, od dziecka była nauczona tłumić. Matka powtarzała jej, że ma być subtelna, delikatna, dziewczęca, ma nie śmiać się rubasznie, a raczej figlarnie, ma nie tupać i nie wymachiwać rękami. Nie pochwalała pływania w obawie, że sylwetka Roberty stanie się atletyczna i wszyscy będą wytykać ją palcami jako pływaczkę z twarzą szeroką i bladą niczym księżyc w pełni, męską już bezpowrotnie, bez włosów, schowanych pod czepkiem pływackim, i bez piersi, obandażowanych ciasno sportowym kostiumem kąpielowym.
Roberta czuła się pozbawiona ochrony płci w czasie, kiedy ta ochrona zdawała się mieć największe znaczenie, w okresie dojrzewania. Nie rozumiała wtedy, dlaczego czuje się niezręcznie jako świadek damsko-męskich gier i manewrów w szkole podstawowej, w liceum, a nawet na studiach, których zresztą nie skończyła ku ubolewaniu rodziców. Nigdy nie powiedzieli wprost, że ponieważ nie ma łatwej urody, ratunku powinna szukać w edukacji i w samostanowieniu, ale to właśnie mieli na myśli. To chcieli jej powiedzieć, kiedy gniewnie odburknęła, że jej siostry nawet nie poszły na studia. Nie, że siostrom brakuje jej zdolności, ale że są giętkie i kształtne jak skrzypce, wiotkie i niewielkie, o profilach tak delikatnych, jakby skreślonych na piasku, i stopach wyglądających tak seksownie w czółenkach na wysokich obcasach, że szybko znajdą mężów, którym urodzą dzieci. Wydawało się im więc, że ostatecznie odrzucając studia (i to nie byle jakie studia – odeszła z medycyny pod koniec drugiego roku), ich najmłodsza córka odrzuciła możliwość ratunku. Tylko przed kim i przed czym miała się ratować? Tego nikt nie powiedział. Być może przed domem rodzinnym. Przed nimi samymi.
Roberta miała więc trzydzieści pięć lat, kiedy kupiła kawalerkę na pobliskim osiedlu. Pracowała od wielu lat, a ponieważ prowadziła skromne i spokojne życie, nie miała dużych wydatków i większość pensji udawało jej się odłożyć. Dojazd autobusem z nowego lokum do rodziców zajmował jej piętnaście minut. Spokojnie mogła też przychodzić pieszo. Ojcu ta nagła – choć dziwne, jak mogła mu się wydać nagłą opóźniona o co najmniej dziesięć lat – decyzja w ogóle się nie spodobała. Zdawała mu się logiczną aberracją, aktem tak śmiałym jak postawienie nowej tezy w świecie, w którym wszystkie tezy dawno już udowodniono i winno się ten świat odbierać niemal aksjomatycznie. Skoro córka miała mieszkać tak niedaleko, całkiem sama, w pokoju z niewielką kuchnią i jeszcze mniejszą łazienką, z balkonem metr na metr pokrytym dywanem gołębich odchodów i donicami uschniętych pelargonii, czy nie lepiej byłoby dla wszystkich, by została z nimi w domu? Niemal taki sam pokój z kuchnią i prysznicem za znacznie mniejsze pieniądze mogliby przecież odtworzyć dla niej w garażu. Swój stary samochód mogliby trzymać na chodniku przed domem. W dodatku miałaby oddzielne wejście i bezpośredni dostęp do ogrodu. To wszystko wydawało się ojcu rozsądne i oczywiste. Roberta się jednak uparła, bo choć część jej istoty, być może nawet większa część, pragmatyczna i racjonalna, a co za tym idzie – niechętna, by zaoszczędzone pieniądze wymienić w jednej chwili na dwadzieścia parę metrów kwadratowych, przyznawała ojcu rację, istniała też druga część, choć prawdopodobnie mniejsza, to jednak silniejsza, wysmagana nieustannym poczuciem niedojrzałości. Ta część wiedziała, że jeśli nie oddali się od rodziców choćby o kilka kilometrów, na zawsze pozostanie dzieckiem, coraz starszym, coraz dziwaczniejszym, przerośniętym dzieckiem.