Klaudia czyta

Kocham cię Lilith

W zeszłym tygodniu kupiłam sobie powieść “Kocham cię Lilith”. W księgarni przeleciałam wzrokiem pierwszych kilka kartek i pomyślałam, że to jest idealnie coś czego szukam czyli lekki romans tym razem w scenerii uzdrowiska Rymanów.
Początek jest taki, że gość przyjeżdża się tam leczyć, poznaje malarkę, która od razu z nim flirtuje oraz lekarkę też raczej nastawioną na romans. Tyle w każdym razie zorientowałam się w księgarni. Za to jak przyszłam do domu i wczytałam się dokładnie, a nie tylko pierwsze kartki, to okazało się, że jest to jakiś psychodeliczny odlot o niesprecyzowanym gatunku i do tego tak jest napchane scen seksu i innych erotycznych, że aż do przesady. Momentami się ta książka ociera o taniego pornosa, słowo daję.

Powiem Wam tak, że sama nie wiem co myśleć o tej powieści. Autor ma talent literacki, to z pewnością, bo książka jest napisana w sposób artystyczny, czasami podobny do “Mistrza i Małgorzaty” oraz są momenty bardzo klimatyczne, wciągające jak sen, z którego by się nie chciało obudzić. Jednak jest to taki misz-masz, że wymiękłam. Oto co mam na myśli: początek jest jak dla takich jak ja “kur domowych”, co to sobie lubią poczytać romansik (Ja się tego nie wstydzę, tak mam i już!) Dalej są wątki porno mające uchodzić za artystyczne czyli niby, że dla zaawansowanych intelektualistów. Jest masa kawałków obrazoburczych obliczonych chyba na wzbudzenie skandalu bo jak to dorwą jacyś ekstremiści z PiS-u to będzie miał autor proces o obrazę uczuć religijnych na bank. Z tego wszystkiego mi się wydaje, że autor chciał złapać trzy sroki za ogon: zarobić kasę na szukających romansu, nie zostać zjechanym przez krytyków i jeszcze dorobić sobie reklamy za pomocą potencjalnie obrażania uczuć religijnych niektórych czytelników.

Rzeczywiście, nie jest to przesadzona opinia, że to jest wyjątkowy debiut – bo jest, tyle że przeczytałam 3/4 i nie skończyłam bo już miałam dość. Dla mnie za duży hardcore.