Przejdź do treści

Znienawidzony. Odmieńcy z West Emerald t.1

Pierwsza powieść z serii „Odmieńcy z West Emerald”, która rozpali Wasze zmysły. W świecie, w którym rządzi zimna kalkulacja, miłość jest jedynym wybawieniem.


Nowy początek, nowa szansa… miałam nadzieję, ze los się do mnie uśmiechnął. Bo jak wytłumaczyć to, że dziewczyna znikąd nagle znalazła się w świecie luksusu, bogactwa i władzy? Brzmi jak bajka, która od teraz miała być moja codziennością…

Jak to jednak w bajkach bywa, tam gdzie jest bohater, pojawia się i wróg. Mój przybrał postać trzech kuzynów Silvestro, którzy zdawali się mieć władzę nad naszym małym światem. Musiałam przygotować się na wojnę z każdym z nich.

Gage, Micah i Conner popełnili jednak błąd – nie docenili mnie. Zyskałam szacunek jednego z nich, przyjaźń drugiego i… miłość trzeciego.

A przynajmniej tak mi się wydawało.

Cora Brent – bestsellerowa autorka współczesnych romansów według rankingów „New York Timesa” i „USA Today”. Całe życie marzyła o tym, żeby zostać pisarką. Urodziła się w miejscu, w którym panował zimny klimat, teraz mieszka na pustyni z mężem, dwójką dzieci i opuncją, którą czule nazwała Spot. Szufladę Cory wypełniają pudła nieukończonych opowiadań – niektóre z nich powstały nawet w jej dzieciństwie w latach 80. XX wieku.

Cora Brent
Znienawidzony
Przekład: Agnieszka Szling
Seria „Odmieńcy z West Emerald”
Wydawnictwo Ale!
Premiera: 27 marca
 


Ostrzeżenie było czytelne.
Tych trzech chłopców wywróci moje życie do góry nogami.
Nigdy nie powinnam była zakochać się w najgorszym z nich…

Początkowo myślałam, że mam szczęście, ponieważ mogę zacząć od nowa.
Dziewczyna z podłej dzielnicy podłego miasta nieczęsto ma na to szansę.
Jednak dzięki splotowi szczęśliwych wydarzeń znalazłam się w miejscu pełnym bogactwa i władzy.
Oraz w gronie trzech bardzo różnych i groźnych kuzynów, którzy mieli świat u swych stóp. Gage, Micah i Conner robili wszystko, by zostać moimi wrogami, więc przygotowałam się na wojnę.
Nie docenili mnie.
Zyskałam szacunek jednego z nich.
Przyjaźń drugiego.
I miłość trzeciego.
A przynajmniej tak mi się wydawało.
Każdy, kto twierdził, że Gage Silvestro nie ma serca, musiał się mylić.
Po prostu został źle zrozumiany, on – moja nieoczekiwanie bratnia dusza.
Jak się jednak okazało, to ja dałam się nabrać.
I cierpiałam z tego powodu.
Wszyscy cierpieliśmy.
Przerażająca i tragiczna chwila nauczyła mnie, jak łatwo miłość może zamienić się w nienawiść.
Minęło osiem lat, od kiedy Gage złamał mi serce, zawiódł moje zaufanie, a potem zniknął.
Teraz powrócił jako bezwzględny mafioso i pomyślałam, że musiałabym stracić rozum, żeby choć na niego spojrzeć.
Dopóki nie zaryzykował życia, aby udowodnić, że kto inny był moim prawdziwym wrogiem…
Będziemy potrzebowali siebie, jeśli mamy zamiar ocalić wszystkich, na których nam zależy.
Będziemy blisko z przyjaciółmi.
Ale jeszcze bliżej z wrogami.
I zniszczymy każdego, kto spróbuje nas znów rozdzielić.
 
W tej realistycznej, współczesnej wersji klasycznej opowieści bohaterowie nie są bez wad, złoczyńcy doskonale się maskują i wszystko może się zdarzyć.

 
 

PROLOG

GAGE

Dzisiaj ubrała się na czerwono.
Trudny kolor.
Czerwień.
Krew. Wojna. Miłość.
Poplątane znaczenia, czasami sprzeczne ze sobą, ale połączone pewną nieuchronnością.
Nawet rodowy kamień, który nosi na szyi, jest czerwony. Lśniący talizman przypominający, jaką cenę zapłaciliśmy za stracone lata.
Dani udaje, że mnie nie widzi. Gra rolę pani domu przed gośćmi – bogatymi i zaangażowanymi politycznie skurwielami, którzy pociągają za sznurki, wpływają na szale sprawiedliwości i kontrolują wszystko pomiędzy.
Część z nich znam, części – nie.
Długo mnie nie było.
Są zaciekawieni i serdeczni, bo zakładają, że jestem jednym z nich. To miejsce stanowi ich nowy klejnot koronny, przygotowywany od lat. Świętują.
Dani wie, że ją obserwuję. Nie chce być pod niczyim wpływem, ale i tak jest. Widać to wyraźnie w każdym delikatnym spojrzeniu przez ramię i każdej przerwie w rozmowie, kiedy niecierpliwie rozgląda się po pomieszczeniu, szukając mnie wzrokiem.
Nie mam zamiaru przestać się w nią wpatrywać. Wspomnienie jej twarzy jest jedynym stałym elementem mojego życia, jedyną rzeczą, która powstrzymuje słaby żar mojego serca przed całkowitym wygaśnięciem.
Ledwo się tli.
Mam opinię bezwzględnego syna bezwzględnego ojca. Pomagałem mu unicestwiać marzenia i robić straszne rzeczy.
Nie miałem wyjścia.
Ale robiłem to bez wahania.
Wdzięk Dani jest niewymuszony. W każdym przechyleniu głowy, w każdym swobodnym kroku uwidacznia się piękno. W szkole średniej była obłędną laską. Teraz jest oszałamiającą kobietą.
Jednak nie pasuje tutaj, do tej sceny, do tych ludzi. Może się przystosowała, ale przecież się nie zmieniła. Nadal jest tą dziewczyną, którą kochałem; tą, którą zniszczyłem; tą, którą zostawiłem dla jej dobra.
Jestem cierpliwy, krążę od jednej pretensjonalnej grupki do drugiej, nie zatrzymując się długo, nie mówiąc za wiele i ciągle mając Dani na linii wzroku.
Jest moim słońcem.
Pójdę tam, gdzie ona. Zwłaszcza teraz, gdy wiem, w jakim jest niebezpieczeństwie.
Co za pojebany pomysł, żeby budować twierdzę na szczątkach innej. To miejsce od samego początku wydaje się przeklęte.
Zapada noc i niesie ze sobą echo innej nocy, sprzed wielu lat, a jednak czuję, jakby to było wczoraj. Może stałem dokładnie w tym samym miejscu co teraz.
„Nie mogę już dłużej czekać”.
„Nie musimy czekać”.
Zaciskam palce tak mocno, aż miażdżę kieliszek. Tylko cudem ostre odłamki nie rozcinają skóry.
Jakaś kobieta bierze gwałtowny wdech.
– O mój Boże, nic się panu nie stało?
Już po kilku sekundach pojawia się pracownik ze szczotką i szufelką. Zwraca się do mnie per pan i szybko zamiata drobinki szkła.
Twarze obracają się w naszym kierunku, ludzie mnie obserwują. Kilka kobiet bezczelnie się gapi.
Jestem do tego przyzwyczajony. Najdrobniejszy gest z mojej strony odczytałyby jako zaproszenie.
Nie wykonam go. Nigdy tego nie robię.
Swędzą mnie palce prawej dłoni. Nieodparta potrzeba pojawia się zawsze w nieodpowiednim momencie.
Wystukuję wzór na udzie. Raz, dwa, trzy.
Dani jest rozkojarzona. Jej uwagę przykuł mężczyzna, który przez chwilę próbował mnie zastąpić. Szepcze jej coś do ucha i zaborczym gestem kładzie rękę na plecach. Krew się we mnie burzy.
Kiedy ja przyglądam się Dani, ktoś inny obserwuje mnie.
Moja ciotka zmusza się do sztucznego uśmiechu i unosi kieliszek, kiedy nawiązujemy kontakt wzrokowy. Gest ma wyglądać na przyjazny. Wiem jednak, że taki nie jest. Jedna z jej sióstr, jak zawsze niczego nieświadoma, naśladuje ten ruch. Druga rzuca mi lodowate spojrzenie, zanim przeniesie wzrok gdzie indziej. Nie jestem zaskoczony. Już dawno przestała być moją matką.
W końcu moja cierpliwość zostaje nagrodzona. Wystrojeni goście zaczynają wychodzić parami. Nawet moja matka i jej siostry zniknęły. Dani zostaje, bo to przecież jej przyjęcie.
Kiedy personel zaczyna sprzątać, ona wreszcie przestaje zgrywać panią domu. Z odległości trzech metrów patrzy prosto na mnie. Ramiona skrzyżowała w obronnym geście.
– Nie powinno cię tu być – mówi.
– W takim razie każ mi wyjść – odpowiadam.
Delikatnie rozchyla czerwone usta, a potem je zaciska. Nie może zdobyć się na wydanie takiego polecenia.
Facet w uniformie, który zgarniał rozbite szkło, zatrzymuje się i coś do niej szepcze.
Dani potakuje.
– Dzięki, Bradley. Zerknę na to.
Robi w tył zwrot i rusza w przeciwnym kierunku. Musi słyszeć, że idę za nią, ale się nie obraca, tylko energicznym krokiem wychodzi bocznymi drzwiami i dalej przez patio, gdzie sznury migających światełek krzyżują się nad trzypoziomową fontanną ozdobioną rzeźbami łabędzi.
Zaczyna się wspinać po szerokich kamiennych schodach, coraz wyżej i wyżej. Cicho depcząc jej po piętach, nie mam poczucia winy, że tak bardzo pożądam jej ciała.
Sukienka, którą założyła, staje się dla mnie dziełem sztuki. Dopasowuje się do każdej krągłości jej kuszącej figury, kokietuje, kiedy w bocznym rozcięciu miga naga łydka.
Podoba mi się ta kiecka. I chętnie rozerwałbym ją teraz na strzępy.
Wyobraźnia podsuwa mi pewną wizję.
Dani na plecach, całkowicie otwarta na mnie. Spragniona, by dostać to, o co błagała. Kiedy biorę ją za mocno, jęczy, zszokowana. Gdy jednak rozpada się na kawałeczki, płacze z rozkoszy.
Dziewczyna moich marzeń, teraz i zawsze.
Zatrzymuje się, gdy dochodzimy do ogrodu na dachu, labiryntu tropikalnych kwiatów i drzewek z szerokimi liśćmi. Oburzająca, przesadna rozpusta.
Dani jest teraz bardzo blisko. Nie mogę się powstrzymać przed wyciągnięciem do niej ręki. Odwraca się, ale nie zauważa mojego gestu i odchodzi, zanim moja dłoń nawiąże kontakt. Wolnym krokiem mija palmy i zerka na dekadenckie bogate domy, które ciągną się aż po horyzont.
Światła w wysokich budynkach dają złudzenie, że to miasto jest ładne. Widziałem jednak wiele miast na świecie i wiem, że to jedno z najbrzydszych.
– Nadal mnie nienawidzisz, Dani?
Przekręca głowę, a jej smutny profil wygląda tak cudownie…
– Czyż nie powinnam cię nienawidzić, Gage? Jeśli się mylę, wyjaśnij mi dlaczego.
Ponieważ cię wydałem, żeby cię chronić.
Ponieważ kochałem cię wtedy i kocham teraz.
Słowa przychodzą mi z trudem. Jak zawsze.
Dani znów odwraca się w stronę świateł. Nie widzi, jak pierzaste liście po jej prawej stronie drżą od nagłego powiewu.
Nie, to nie jest powiew.
To cień, który się przesuwa. Nagle z ogrodowej dziczy wchodzi w światło księżyca. Pod ciemnym ubraniem skrywa się mężczyzna. Jest barczysty i umięśniony, a na twarzy ma dziwaczną gumową maskę.
Trzyma także nóż. Srebrny średniowieczny sztylet.
Instynkt od razu podpowiada mi, co robić.
Rzucam się na mężczyznę, a on wydaje z siebie pomruk zaskoczenia. Jest wielki i silny, ale nie tak jak ja. Robię wykop, żeby wytrącić mu nóż z dłoni, jednak przewiduje mój ruch. Uchyla się i macha ręką, przez co przewraca dużą ceramiczną donicę.
Dani krzyczy.
Okręcam się i mocno kopię go w tors. Jest zaskoczony i chwieje się, mrucząc. Maska – karykatura zielonego wiedźmina z obnażonymi zębami – zsuwa się na tyle, by odsłonić blady podbródek.
Pozostaje tylko jedno wyjście.
Kimkolwiek on jest, zabiję go.
– Uciekaj! – krzyczę do Dani. – UCIEKAJ!
Ta chwilowa przerwa pozwala mu odzyskać siły. Naciąga maskę, pewnie po to, żeby lepiej widzieć, i wydaje z siebie rechot. Przekłada nóż do drugiej dłoni, mija mnie i próbuje zaatakować Dani.
Znów się na niego rzucam. Tym razem czuję jednak ból i widzę ostrze głęboko w swojej skórze.
Nieważne, ignoruję to.
Krzyczy, gdy chwytam go za przedramię i wykręcam je do tyłu poza zakres stawu łokciowego. Dźwięk łamanych kości daje mi satysfakcję.
Krew szumi mi w żyłach, a palący ucisk, który czuję w klatce piersiowej, jest poważnym ostrzeżeniem, ale nie powali mnie na kolana, dopóki nie skończę z napastnikiem.
Wiedźmin zawodzi z bólu, kiedy wyszarpuję mu nóż z dłoni. Zamierzam zatopić go w jego miękkim brzuchu, ale wtedy mnie zaskakuje. Z jego ust wydobywa się wściekły dźwięk, a w drugiej dłoni pojawia się broń. Nóż upada, kiedy sięgam po spluwę. Opiera się, silny skurwiel, mężczyzna, który najwyraźniej już wcześniej stawał do takiego pojedynku i wygrał.
Nie tym razem.
Chwytam broń, ale wymyka mi się ze śliskich dłoni i ląduje gdzieś w tropikalnym buszu. Nie mam czasu jej szukać. Wiedźmin wyje, pokonany, pozbawiony oręża, ze złamaną ręką.
I tak go zabiję.
Starcie doprowadziło nas na skraj dachu. Zaciskam palce na jego gardle, wyczuwając niczym niechronioną skórę pod gumową maską.
Szyderczy uśmiech wiedźmina zastyga, ale ludzkie oczy wybałuszają się i zapadają.
– Kim ty, kurwa, jesteś? – warczę, gdy wyciskam z niego życie.
Dani jest zbyt blisko i wciąż woła o pomoc.
Nie posłuchała. Nie uciekła.
On upada, wali głową o ziemię i próbuje się wyswobodzić. Spod maski wydobywa się syk powietrza, grzechot rozpaczliwych słów.
– Zapłacono mi – krztusi się i dyszy – żebym poderżnął jej gardło.
To trwa zbyt długo, to duszenie go. Krew nie chce przestać płynąć, a ja mam coraz mniej sił.
Muszę go wykończyć. Właśnie, kurwa, teraz.
Dla Dani.
Jesteśmy co najmniej na trzecim piętrze, może nawet na czwartym. Powinno wystarczyć. Płatny zabójca próbuje złapać oddech, kiedy odrywam ręce od jego krtani. Nie, nie odpuszczę mu. To ostatnia chwila jego życia.
Ryczę gardłowo, kiedy podnoszę go i posyłam za krawędź dachu.
Z dołu dochodzi głuchy łomot. Już po nim.
Teraz to czuję, ucisk w okolicy serca, zapowiadający coś złowrogiego.
Odsuwam się od skraju dachu. W uszach mi dzwoni i upadam na kolana.
– Gage! – Dani klęka obok, a kiedy w świetle księżyca dostrzega plamę rozlewającą się na mojej białej koszuli, z trudem łapie powietrze.
Nie muszę pochylać głowy, by wiedzieć, że krew wycieka ze mnie w zatrważającym tempie. Słychać kroki i krzyki, hałas przyciągnął personel.
– Dzwoń na numer alarmowy! – błaga Dani. – Już!
Zawroty głowy są obezwładniające.
Zapadam się w sobie.
Nic nie wiem o ranach zadanych nożem. To może być coś drobnego albo… śmiertelnego.
Dani płacze.
Pochyla się nade mną i przyciska rękę do mojego serca, tamując krew i próbując zatrzymać we mnie życie.
– Wytrzymaj. Cholera jasna, nie zostawiaj mnie znowu! Ani mi się, kurwa, waż!
Świat rozmywa mi się przed oczami i zaczynam odpływać w ciemność. Staram się skupić na twarzy Dani. Chciałbym, żeby zamiast księżyca na niebie było słońce – wtedy mógłbym ją lepiej widzieć.
Moja dłoń nadal jest na tyle sprawna, że mogę pogłaskać Dani po miękkim policzku.
– Nie, proszę, nie. – Pochyla się i całuje mnie pospiesznie.
Jej usta zawsze były częścią moich najsłodszych wspomnień.
Kocham cię, Dani.
Może nigdy nie zrozumie, nigdy się nie dowie, że była dla mnie powodem wszystkiego.
Ale nawet jeśli dzisiejszy wieczór jest końcem, nie żałuję niczego.
Dla niej, kurwa, warto poświęcić wszystko.

CZĘŚĆ PIERWSZA

OSIEM LAT WCZEŚNIEJ…
Dziewczyna bez domu spotyka chłopaka bez serca

ROZDZIAŁ 1
DANI

W West Emerald światło słoneczne ma wpływ dosłownie na wszystko.
Miejsce wydaje się bardzo oddalone od brudnych miejskich ulic, gdzie na chodnikach widać cienie szarych wież poznaczonych bliznami.
Tak naprawdę to wcale nie jest daleko, skądże znowu.
My, miejskie dzieciaki, śmiejemy się z West Emerald, ale jest to śmiech zabarwiony zazdrością. Goryczą. Zawsze wręcz wypluwamy z siebie tę nazwę, ponieważ West Emerald jest prestiżową enklawą poza naszym zasięgiem.
Miejscem, do którego nie należymy i nigdy nie będziemy należeć.
Zanim jednak stałam się jednym z tych miejskich dzieciaków, miałam życie, które ledwo pamiętam. Życie z kobietą, której twarz rozmywa się z każdym rokiem coraz bardziej. Przy niej cały czas czułam się jak w zimie. Mieszkałyśmy w metalowym pudle na kółkach, zawsze brakowało nam jedzenia i nigdy nie było dość ciepło.
Czasami moja matka była miła. Najczęściej jednak – nie.
Któregoś dnia bez ostrzeżenia spakowała moje ubrania do białego plastikowego kosza na pranie i powiedziała, że wybieramy się na wyprawę. Kiedy zadawałam pytania, denerwowała się i groziła, że mnie spoliczkuje. Podróż stała się dla mnie rozmytą plamą spalin, niewygodnych autobusowych siedzeń i wrogich obcych twarzy.
Na samym końcu znajdowało się bezbarwne miasto, gorące i pełne ludzi.
Znalazłyśmy właściwy adres, a mama zabębniła w drzwi.
– Mój brat tu mieszka. Nie zachowuj się jak wstrętny bachor – zdążyła powiedzieć, zanim na progu stanął mężczyzna.
Na twarzy miał okulary w srebrnych oprawkach i wyraz przerażenia.
– Emma Rae?
Mama wsunęła mu w ramiona kosz na pranie, a potem popchnęła mnie do przodu.
– To jest twoja siostrzenica. Dorothy Ann, to twój wujek Henley.
Henley przeniósł spojrzenie na mnie. Gapił się tak, jakby nigdy wcześniej nie był w jednym pomieszczeniu z dzieckiem. A potem się uśmiechnął. Szczerze. Nawet jako pięciolatka potrafiłam dostrzec różnicę.
– Cześć, Dorothy Ann.
Kurczowo chwyciłam w ramiona pachnącego stęchlizną pieska przytulankę.
– Cześć.
Wujek Henley popatrzył na moją matkę. Powiedział, że nie ma dużo pieniędzy, ale może zaproponować nam mieszkanie.
Potrząsnęła głową.
Nie, nie potrzebuje mieszkania. Chce, żeby jej brat zajął się mną.
Zamrugał, wymamrotał słowo „cholera”, a minutę później mama sobie poszła, nie składając żadnych obietnic dotyczących powrotu. Jej obietnice i tak były niewiele warte.
Wujek przykucnął obok mnie i powiedział, że nic nie wie o małych dziewczynkach, ale że będę musiała zachowywać się cicho. Jeśli nie, to nie będzie mógł pracować, a musi to robić, ponieważ od dwóch lat nie skończył książki.
– Będę cicho – obiecałam.
– Dorothy Ann to poważne imię dla małej dziewczynki. Czy ktoś zwraca się do ciebie inaczej?
– Nie.
– Może wymyślimy ci jakąś ksywkę?
– Dobrze.
Znowu się uśmiechnął.
– Chodźmy na obiad. Lubisz burgery?
Lubiłam.
Nadal lubię.
To wspomnienie wróciło dzisiaj, bo myślę o mojej matce, zastanawiając się, co by powiedziała, gdyby mnie tu zobaczyła, jak stoję w rozświetlonym słońcem pokoju, z oknami od sufitu do podłogi, ubrana w zielono-złoty mundurek prestiżowego prywatnego liceum w West Emerald.
Mogłaby być w szoku. Albo mogłoby jej to nie obchodzić.
Ja jestem w szoku. Wyglądam jak przebieraniec. I czuję się jak oszustka.
Resztę mojej garderoby stanowi podniszczona kolekcja za dużych koszulek z nadrukiem i luźnych dżinsów. Aż do dziś nawet nie tknęłabym plisowanej spódnicy, ale do wyboru mam ją albo beżowe spodnie, które do niczego nie pasują. Wygrywa więc spódnica.
Trzy miesiące temu ostatnia książka wujka H. trafiła na listę bestsellerów. Po raz pierwszy zaczęły spływać pieniądze i wujek powiedział, że wszystko będzie inaczej. Ciągle proponuje, że wyśle mnie na szalone zakupy, jakby chciał mi wynagrodzić lata grzebania w ciucholandach.
Wujek H. nie powinien martwić się kupowaniem mi rzeczy. Był dla mnie rodzicem bardziej, niż ktokolwiek inny próbował być. Dobrze się czuję w dżinsach i koszulkach. Przez ostatni rok brałam udział w zajęciach online z powodu pewnych gównianych i strasznych okoliczności w ostatnim ogólniaku.
Dzisiaj po raz pierwszy, odkąd wydarzyła się ta gówniana i okropna rzecz, idę do prawdziwej szkoły.
Jeszcze nie wpadłam w panikę.
W ogóle staram się nie panikować.
To prywatne liceum, nie będzie tam więc chaotycznych przepychanek, w których musiałam uczestniczyć w przepełnionym miejskim ogólniaku, gdzie człowiek uczy się uważać na siebie z taką samą łatwością, z jaką oddycha. Nawet jeśli bardzo się stara, żeby nie nadepnąć komuś na odcisk, wciąż może zostać zdeptany przez skurwieli przemieszczających się w grupkach i szukających sposobu, by zaistnieć.
Tak już jest. W grupie bezpieczniej, ale jeśli nie znajdziesz paczki, która stanie za tobą, masz przejebane, stajesz się łatwym celem.
Nigdy nie należałam do żadnej grupy. Tak się dzieje, kiedy jest się nieśmiałą i nijaką, i często się przeprowadza.
Patrzę na siebie w pozłacanym lustrze na toaletce. Matilda, nowa żona wujka H., upiera się, że świetnie wyglądam w zieleni.
Lustro jednak nie jest tego pewne.
Powinnam była założyć koszulę zamiast zielonego polo z monogramem szkoły. Moje włosy w odcieniu nijakiego brązu prezentują się jeszcze zwyczajniej. Piegi na grzbiecie nosa w połączeniu z brakiem makijażu sprawiają, że wyglądam na mniej niż szesnaście lat. Sylwetkę można uznać za przyzwoitą, ale skrywa ją staroświecki mundurek.
– Och, Dani! – Przez interkom słychać ożywiony głos Matildy. – Kochanie, czy dobrze się czujesz?
Szokiem było odkrycie, że ludzie naprawdę mają w domach takie rzeczy jak interkom. Wydaje się to zarówno ekstrawaganckie, jak i osobliwe. Aby odpowiedzieć Matildzie, naciskam czarny guzik w lewym dolnym rogu i pochylam się do mikrofonu.
– Dobrze. Zaraz zejdę – brzmię, jakbym krzyczała.
Po drugiej stronie słyszę parsknięcie. Nie Matildy. Kogoś innego.
– Pospiesz się, wszyscy jesteśmy w pokoju dziennym – odpowiada tym swoim śpiewnym tonem.
Zastanawiam się, kim są „wszyscy”. Na pewno wujek H. Chce mnie wyprawić dzisiaj do szkoły. Wielokrotnie mi mówił, że nie mam obowiązku chodzić do West Emerald. Martwi się. Teraz, gdy stoję tu w mundurku elitarnego liceum, zestresowana pierwszym dniem, zastanawiam się, czy dokonałam dobrego wyboru.
Potem przypominam sobie wyraz zachwytu na twarzy Matildy, gdy zgodziłam się zapisać do jej alma mater. Matilda stawała na głowie, żebym czuła się u nich jak w domu. Nie chciałabym jej rozczarować. Jej syn Micah chodzi do tej samej szkoły.
Jak na razie Micah sprawia wrażenie kutasa, ale staram się nie osądzać go pochopnie. Jest w moim wieku, jednak nie mamy sobie nic do powiedzenia. Za każdym razem, gdy otwieram usta, on piorunuje mnie wzrokiem albo rzuca jakieś przekleństwo. Czasami robi jedno i drugie. Może to on śmiał się przed chwilą.
Romans Matildy i wujka H. był czymś więcej niż tylko wichurą. Bardziej przypominał tornado. Trzy tygodnie temu Matilda Lyonne zjawiła się w księgarni, gdzie wujek podpisywał książki. Z pewnością siebie przemaszerowała obok kolejki ludzi i oświadczyła, że zamierza zaprosić ulubionego pisarza na obiad i nie przyjmuje odmowy.
Wujek zawsze był nieśmiały w stosunku do kobiet. Przez te wszystkie lata, odkąd trafiłam pod jego opiekę, widziałam go tylko z jedną partnerką. Miała na imię Sharon i była do bani. Myszkowała po naszej lodówce i narzekała, że pisarstwo to robota dla biednych głupków. Uradowało mnie, kiedy się przeprowadziła dziewięćset pięćdziesiąt kilometrów stąd i nigdy już jej nie zobaczyliśmy.
Matilda w niczym nie przypomina Sharon.
Biorę głęboki wdech, po raz ostatni krzywię się do lustra, łapię nowy zamszowy plecak w kolorze karmelu, prezent od Matildy, i wychodzę z pokoju, który jest większy niż część lokali, w których wujek H. i ja mieszkaliśmy wcześniej. Muszę się przyzwyczaić do pomieszczenia tej wielkości tylko do mojej dyspozycji.
Podobnie jak muszę się przyzwyczaić do tej rodziny i rezydencji.
To jeden z tych domów, które przechodzą z pokolenia na pokolenie. Zbudowany przez dziadka Matildy. Albo pradziadka. Nie pamiętam. Matilda dorastała w tej posiadłości z dziewięcioma sypialniami i jedenastoma łazienkami. Oprowadziła mnie i wyjaśniła, że co pięć lat zleca remont całego budynku słynnemu projektantowi wnętrz. Teraz motywem przewodnim jest styl francuski. Niewiele mi to mówi, ale wszystko wkoło wygląda na drogie i niemal komicznie ozdobne.
Jeśli jednak lustra w złotych ramach i aksamitne sofy ją uszczęśliwiają, to nie zamierzam się czepiać. Matilda jest cudowna. Traktuje wujka H. jak króla i za każdym razem, gdy on na nią patrzy, jasne jest, że nie może uwierzyć we własne szczęście.
Czubkiem buta zahaczam o pająkowatą nogę ozdobnego stołu stojącego u szczytu schodów. Palce ledwo ratują ceramiczną wazę przed upadkiem. Jest ciężka, pomalowana w aniołki, prawdopodobnie to antyk wart więcej pieniędzy, niż widziałam w całym życiu. Czuję ulgę, że pozostała w jednym kawałku. Matilda pewnie nie byłaby szczęśliwa, gdybym zaczęła rozbijać cenne rzeczy trzy dni po wprowadzeniu się do jej domu.
– Kto to? – Głos jest ostry i wyraźny, mimo że dochodzi zza drzwi.
– Tylko ja, Dani – odpowiadam, zanim uświadomię sobie, że może nie pamiętać, kim jestem.
Widziałam matkę Matildy tylko raz i ledwo skinęła mi głową, zanim zaczęła narzekać, że taca z jej lunchem się spóźnia. Jest niewidoma i ciągle przebywa w swojej sypialni, zależna od zespołu wynajętych opiekunów, którzy dają jej to, czego potrzebuje.
Zza zamkniętych drzwi nie dochodzi żadna odpowiedź, więc idę dalej.
Klatka schodowa z misterną balustradą z kutego żelaza i marmurowymi stopniami rozszerzającymi się ku dołowi jest ogromna. To klatka zaprojektowana z myślą o widowisku, na wielkie wejścia. Każdy mój krok odbija się samotnym echem, w pobliżu nie ma nikogo.
Zanim dojdę do ostatniego stopnia, do moich uszu dochodzi odległy szmer głosów i brzęk naczyń. Nagły niepokój sprawia, że serce zaczyna bić szybciej. Przyciskam spocone dłonie do spódnicy. Przez długi czas byliśmy tylko wujek H. i ja. Część mnie chciałaby, żeby tak pozostało.
Momentalnie besztam się za egoistyczne myśli.
Mój ukochany wujek się zakochał. Dom, w którym teraz mieszkam, jest pałacem. Będę się uczyła w jednym z najlepszych ogólniaków w kraju.
Mam farta. Jestem szczęśliwa. To może być nowy początek. To będzie nowy początek.
Nad wejściem do przedpokoju z szerokim okrągłym stołem znajduje się wypukły świetlik. Na stole ustawiono wielki bukiet frezji. Muskam opuszkami palców miękkie lawendowe płatki. Ściana po mojej prawej stronie pełni funkcję olbrzymiego zegara z rzymskimi cyframi zawieszonymi w idealnym okręgu. Przyglądam się, jak wskazówka minutowa zbliża się do godziny ósmej.
Burczy mi w brzuchu. U większości ludzi niepokój powoduje ograniczenie łaknienia, ale nie w moim. Umieram z głodu.
„Pokój dzienny” znajdujący się na tyłach domu to fantazyjne określenie Matildy na przestronną zamkniętą przestrzeń z widokiem na rozległy ogród, jak w jakimś kurorcie. Szybko przechodzę przez pusty salon i skręcam w prawo w oszklony korytarz. Z jednej strony znajdują się szklane drzwi, które otwierają się na rozświetlony ogród inspirowany twórczością Moneta. Muszę się zatrzymać, żeby rzucić na niego okiem.
W mieście nie ma niczego podobnego.
W mieście, jeśli ma się szczęście, można zobaczyć co najwyżej samotne drzewo walczące o przeżycie.
Tak intensywnie wpatruję się w ogród, że niemal nie zauważam kobiety. Jedna z opiekunek mamy Matildy porusza się bezszelestnie, niosąc tacę z miseczkami pełnymi świeżych owoców oraz tostami z ciemnego pieczywa. Sprawia wrażenie, jakby się spieszyła.
– Dzień dobry – witam ją.
Nie chcę być niegrzeczna, ale nie zamierzam jej także zatrzymywać.
Kiwa głową i idzie dalej. Jedynym dźwiękiem, który słyszę, jest teraz wyrazisty szelest jej spodni. Z końca korytarza dociera delikatny śmiech Matildy. Podążam za nim.
Pokój dzienny to świetlisty wybuch beżu i łososiowego różu. Światło wlewa się tu przez ogromne okna. Za szybą imponujący basen błyszczy pośrodku ciemnozielonego trawnika wielkości miejskiego parku.
Przez chwilę po prostu stoję w progu i mrużę oczy od blasku. Następnie zauważam, że przy długim stole jadalnym siedzi mnóstwo osób, o wiele więcej, niż spodziewałam się zobaczyć.
– Oto ona! – Matilda klaszcze w dłonie i zrywa się z krzesła.
Ubrana w jedwabną różową koszulę nocną do kostek i dopasowany szlafrok, ze złotymi lokami sięgającymi pasa, jest urocza. Jej wiek pozostaje tajemnicą, ale jestem pewna, że jest nieco młodsza od czterdziestopięcioletniego wujka H. Matilda pachnie frezjami i przytula mnie miękko, zanim zrobi krok w tył, żeby dokonać oględzin.
– Dani, wyglądasz idealnie – zachwyca się. – To będzie twój czas.
Wujek podniósł się z krzesła i uśmiecha się, kiedy Matilda bierze mnie pod ramię. Kieruje mnie w stronę zatłoczonego stołu. Poznaję jej dwie siostry, Altę i Edie. Były na sobotnim weselu, oszałamiającym święcie ekstrawagancji w pobliskim klubie golfowym. We trzy zarządzają rodzinną firmą Yellow Brick Property Development. Alta i Edie mieszkają w sąsiedztwie, które stanowi labirynt ogrodzonych posiadłości zasiedlonych przez ważnych ludzi. Albo przynajmniej ludzi z kupą kasy. Alta popija kawę i taksuje mnie wzrokiem z chłodnym dystansem, a Edie wgryza się w soczystego melona.
Ku mojemu przerażeniu Matilda sadza mnie na pustym krześle obok swojego syna. Poznałam Micaha dopiero na ślubie. Miałam nadzieję, że się dogadamy.
Teraz nie jestem tego już taka pewna…
Chłopak zachowuje się tak, jakby pod tatuażami i brakiem szacunku był twardzielem. To jakiś żart. Nikt, kto dorastał w takim luksusie, nie może być aż tak twardy. Wątpię, że przetrwałby dziesięć minut w mojej ostatniej szkole. Kołnierzyk jego licealnego mundurka z trzema rozpiętymi guzikami wygląda niechlujnie. Nie sposób nie zauważyć wrogiego spojrzenia, które mi posyła, kiedy jego matka nalewa mi do szklanki soku pomarańczowego.
Po chwili Matilda z rozmachem puszcza w ruch półmisek placków oprószonych cukrem pudrem i ułożonych wokół dużych czerwonych truskawek. Nazywa je naleśnikami i zachęca, żebym poczęstowała się więcej niż jednym. Biorę dwa.
Naprzeciwko mnie siedzi syn Edie, Conner. Ponoć ma własny dom, ale ciągle widuję go z matką. To buzujący testosteronem gość z szyderczym uśmieszkiem. Wiem tylko, że gra w futbol amerykański, ma tubalny głos, ciągle przeklina i zazwyczaj chodzi w wyblakłych spodenkach plażowych. Conner jest przystojny w sposób robiący wrażenie, ale nie przesadny. Rudoblond włosy, niebieskie oczy i muśnięta słońcem muskulatura przypominają mi stare plakaty z surferami.
Teraz przełyka kęs jedzenia i wyciera usta grzbietem mięsistej dłoni, zanim zauważy, że się mu przyglądam. Mruga, zerka na kuzyna, a potem wybucha śmiechem.
Nie wiem, co w tym śmiesznego.
Mam złe przeczucia, że to ja jestem obiektem żartów.
Matilda staje za moim krzesłem i z czułością mierzwi mi włosy. Potem pieszczotliwie przygładza mi fryzurę na czubku głowy i wraca na miejsce obok wujka H. On patrzy na nią z uwielbieniem. Należy im się prawdziwy miesiąc miodowy, ale ponieważ szkoła zaczyna się w tym tygodniu, wujek postanowił przełożyć podróż.
Nagły chamski cios w prawy łokieć prawie zwala mnie z krzesła. Próbowałam odsunąć się od Micaha. To jednak wepchnęło mnie prosto w przestrzeń kogoś innego. Jedynej osoby przy stole, której mi jeszcze nie przedstawiono. Od razu wiem jednak, kto to jest.
To syn Alty, kolejny kuzyn Micaha. Lato spędził we Włoszech, odwiedzając rodzinę ojca, i przegapił ślub.
– Nie poznałaś mojego siostrzeńca, Gage’a. – Matilda wskazuje go, szeroko się uśmiechając. – Gage, to jest moja piękna pasierbica, Dani.
Co za wspaniałomyślność. Nie do końca jestem jej pasierbicą. I dobrze wiem, że nie jestem piękna.
Ale on tak.
Oczy Gage’a są koloru nadciągających chmur burzowych. Nie spuszcza ze mnie wzroku, lustrując mnie w milczeniu. Mocno zarysowanymi kośćmi policzkowymi, idealnym podbródkiem i szlachetnymi ustami mógłby zawstydzić niejedną gwiazdę klasycznych filmów.
W przeciwieństwie do kuzynów Gage nie hołduje wyglądowi à la „dopiero co wstałem”. Jego włosy, czarne i grube, nie są tak długie jak Micaha ani tak krótko obcięte jak Connera i wygląda na to, że poświęcił trochę czasu przed lustrem, by zaczesać je do tyłu. Zapomniał się ogolić, być może celowo, ciemny zarost na żuchwie upodobnia go bardziej do mężczyzny niż chłopców w jego wieku. Czysta koszula nie jest pognieciona, ale rozpięta i z rękawami podwiniętymi do łokci, dzięki czemu dostrzegam silne przedramiona i szerokie barki.
Wygląda, jakby narodził się w czyjejś fantazji albo obsesji.
Mam ciary. Nie mogę przestać się na niego gapić.
Unosi jedną brew i krzywi usta w wyrazie zarozumiałej arogancji, jak facet, który oczekuje, że zostanie zauważony, ale potem traktuje to obojętnie.
Pierwszy odwraca wzrok, celowo tak przekręcając głowę, jakby chciał pokazać, że woli przyjrzeć się obrazowi kwietnej łąki na przeciwległej ścianie, niż być uprzejmy.
To jego wersja odtrącenia.
Nie odezwał się ani słowem.
Ja też nie.
I w ten sposób nasza pierwsza rozmowa dobiegła końca.
Czuję się jak kretynka, kroję nożem naleśnik, wkładam duży kawał do ust i żuję, nie zwracając w ogóle uwagi na smak. Staram się patrzeć na talerz, a nie na chłopaka siedzącego obok.
Zdrowy rozsądek podpowiada, że nie mogę zakochać się w minutę.
Chcę, żeby zdrowy rozsądek zwyciężył.
Moją wiedzę o chłopakach można w najlepszym razie określić jako… ograniczoną. Przeważnie mnie nie zauważają i głównie czuję z tego powodu ulgę. Z doświadczenia wiem, że pożyję dłużej, jeśli nie będę się wychylać. Dzisiaj jednak wtapianie w tło nie wydaje się tak dobre.
Jedzenie na talerzu Gage’a jest dziwnie ułożone, schludnie zajmuje krawędzie, a środek pozostaje pusty. Wygląda na to, że skończył jeść, ponieważ zostały głównie okruszki i resztki. Nie wiem, dlaczego miałby poświęcać czas na tak staranne ułożenie tego, co zostało, chyba że nie ma nic innego do roboty.
Kiedy mu się przyglądam, on bębni palcem wskazującym lewej ręki w stół obok talerza. Początkowo wydaje mi się, że wystukuje jakąś melodię. Po minucie obserwacji uświadamiam sobie, że to bardziej przypomina wzór niż rytm. Pięć klepnięć i przerwa. Pięć klepnięć i przerwa. Może to nerwowe przyzwyczajenie, chociaż nie wiem, czemu koleś o jego wyglądzie miałby mieć jakikolwiek powód do niepokoju.
Tymczasem Matilda obejmuje wujka H., bawiąc gości wesołą opowiastką o swoich licealnych czasach. Liczne przedstawienia kółka dramatycznego. Niekończący się cheerleading.
Alta głośno skrobie nożem do masła po grzance i przerywa, by przewrócić oczami.
Z dwóch sióstr Matildy Edie wydaje mi się raczej pusta, ale nieszkodliwa. Alta natomiast sprawia wrażenie, jakby cały czas coś przeliczała. Te kalkulacje nie mają działać na twoją korzyść.
Siostry są w podobnym wieku, ale jeszcze nie bardzo wiem, jak układają się relacje między nimi.
Mnóstwa rzeczy nie wiem o tej rodzinie.
Do tej pory uwaga była skierowana na ślub, a potem przeprowadzkę do domu Matildy. Nie chciałam nikogo męczyć pytaniami. Pierwszy mąż Matildy zmarł wiele lat temu, brutalnie zadźgany nożem podczas wyprawy wędkarskiej. Wujek H. powiedział mi to szeptem, zanim taktownie zasugerował, żebym nie wspominała o tej tragedii.
Czasami wydaje mi się, że wujek nadal traktuje mnie jak pięciolatkę, która potrzebuje oczywistych instrukcji. Wiem, że lepiej nikogo nie dręczyć bolesnymi wspomnieniami. Jest wiele rzeczy z przeszłości, o których ja też nie lubię rozmawiać.
Jeśli chodzi o Matildę i jej siostry, wydaje się, że nie mają ze sobą nic wspólnego. Trudno sobie wyobrazić, że razem prowadzą dużą firmę.
Edie głośno czka. Łapczywie bierze łyk soku pomarańczowego. Sądząc po szklistym spojrzeniu jej niebieskich oczu, prawdopodobnie czymś go wzmocniła.
Conner sięga po ostatniego naleśnika w tym samym momencie co Micah. Ten odpowiada wystawieniem środkowego palca. Conner prycha i wsuwa cały placek do ust. Zauważyłam, że zachowują się bardziej jak bracia niż kuzyni.
Ale co ja tam wiem o braciach i kuzynach.
Jeśli się nie mylę, nie mam żadnych. Kiedyś marzyłam o dużej rodzinie. Teraz jednak, kiedy zostałam wrzucona w środek takowej, nie jestem pewna, co myśleć.
Matilda stara się, żebym czuła się tu jak domu. Zaproponowała, że odnowi moją sypialnię tak, jak zechcę, i namawia syna, żeby włączył mnie w swoje życie towarzyskie.
Spróbuję zdobyć się na większą cierpliwość wobec niego. Tak jak ja byłam przez długi czas przyzwyczajona, że mam wujka H. tylko dla siebie, tak samo on był sam z mamą. Nie musimy z dnia na dzień zostać najlepszymi przyjaciółmi. Conner, który wydaje się nieznośny, ale nie wredny, jak na razie czerpie inspirację od Micaha. O niego się nie martwię. Alta i Edie mogą nadal być lekko wytrącone z równowagi przez nagłe małżeństwo siostry, ale z czasem do tego przywykną.
Gage za to stanowi dla mnie niewiadomą. Zakładam, że jest częścią paczki Micaha i Connera. Chodzą razem do liceum. Mieszka niedaleko, w tej samej dzielnicy. Słyszałam, jak członkowie rodziny wspominali o nim przez lato. Chyba nawet za nim tęsknili.
Głos Matildy nadal jest jedynym przy stole. Kiedyś występowała w szkolnym przedstawieniu Upiór w operze. W mojej ostatniej szkole nie było pieniędzy na kółko teatralne.
– Dzieciaki, czy nie powinnyście już wychodzić? – Alta wbija się głośnym pytaniem w jedno ze zdań siostry.
Matilda sprawdza czas na telefonie i wzdycha.
– Nie miałam pojęcia, że jest już tak późno. Chłopcy, najpierw lećcie na górę pożegnać się z babcią. A ty, Connerze, musisz jeździć ostrożniej. Słyszałam, że dostałeś kolejny mandat za prędkość i…
– Ja prowadzę – deklaruje Gage. – Jedziemy do budy moim autem.
Różowe usta Matildy zwijają się w zdziwione „O”. Następnie mars wstępuje na jej czoło.
– Twoim autem?
Alta wypuszcza głośno powietrze.
– Wczoraj Christo kupił mu range rovera. Rzecz jasna nikt mnie nie pytał o zdanie.
Matilda mruga do siostry.
– Nic mi nie mówiłaś.
– I co z tego? – odcina się Alta. – Teraz ci mówię.
Matilda przenosi uwagę z powrotem na Gage’a. Nieufność na jej cudownej twarzy jest czymś, czego wcześniej nie widziałam. Zaskakuje mnie. Nie ufa tej nowej wersji swojego siostrzeńca, co mnie niepokoi.
– Dani też musi dostać się do szkoły.
Gage wzrusza ramionami.
– W środku nie ma miejsca, ale mam solidny bagażnik na dachu. Powinna się zmieścić.
Conner wybucha głośnym śmiechem. Micah skroluje telefon i ziewa.
Matilda smukłymi palcami zwija serwetkę w kulkę.
– Gage, przestań się tak zachowywać. Dani jest teraz członkiem rodziny.
Przemowa ciotki nie robi na nim wrażenia.
– Przywiążemy ją pasami, ale jeśli walnie o beton, to niewielka strata.
Conner znowu się śmieje. Zaczynam myśleć, że to jedyne, co potrafi.
Gage obserwuje reakcję ciotki. To Alta powinna zwrócić mu uwagę, ale się nie odzywa.
Usta Matildy zaciskają się w gniewną linię.
Mam prawo się odezwać, ale nigdy nie byłam dobra w ciętych ripostach. Policzki mi płoną, gdy czuję na sobie chłodne spojrzenie Gage’a.
Przysuwa się bliżej, jakby rzucał mi wyzwanie.
Zastanawiam się, czy wylać mu na kolana połowę szklanki soku pomarańczowego.
Wujek H. wstaje od stołu.
– Wiesz co? To ja powinienem zawieźć Dani do szkoły pierwszego dnia. – Próbuje zmusić się do uśmiechu. – Tak czy inaczej, chcę się przyjrzeć temu nowemu wypasionemu liceum.
Matilda posyła Alcie zirytowane spojrzenie. Odrzuca do tyłu włosy, wciąż zdenerwowana. Wolałabym, żeby tak nie było. Chłopcy postanowili być kutasami. To nie jej wina. Nadal jednak kusi mnie, żeby pokazać Gage’owi, gdzie jego miejsce, choćby na chwilę.
Dwie rzeczy mnie powstrzymują.
Po pierwsze, nie chcę robić scen w domu Matildy.
Po drugie, tak naprawdę to jest świat Gage’a. Jego rodzina, jego sojusznicy. Ja jestem tu tylko gościnią.
Wujek H. całuje żonę w policzek, a ona trzepocze rzęsami. Dotyka jego ręki, jakby chciała go zatrzymać.
Moja frustracja słabnie. Przełykam dumę i płynę z prądem dla dobra wujka.
Z nadal pełną szklanką soku pomarańczowego i uśmiechem na twarzy biorę z podłogi plecak i się podnoszę.
– Chodźmy – mówię do wujka, zmuszając się do uśmiechu.
Nagle Micah wybucha takim śmiechem, że niemal spada z krzesła.
Dołącza do niego Gage, potrząsając głową.
– Kurwa mać – rzuca.
Conner, po raz pierwszy wykluczony ze śmiechu, siedzi zakłopotany po drugiej stronie stołu.
– Co?
– Ciociu Matildo – Gage wali ręką w blat dla wzmocnienia efektu – może następnym razem, zanim przygarniesz kogoś z ulicy, powinnaś ustalić kilka ogólnych zasad. Na przykład, że nie będziemy świecić gołą dupą przy śniadaniu.
Nie mam pojęcia, o czym on, do cholery, mówi.
A potem to czuję, niewytłumaczalny chłód, który przebiega po moich gołych nogach.
Matilda jest nadal cudownie nieświadoma.
Alta jednak zrywa się z krzesła z mruknięciem:
– Na miłość boską!
Gorączkowo obciągam tył spódnicy, której rąbek się odchylił, odsłaniając majtki, gdy wstawałam z krzesła. Micah nadal wyje ze śmiechu, jakby nie było na świecie niczego zabawniejszego niż dwusekundowy rzut oka na moją niebieską bieliznę.
Alta rzuca się w moją stronę i ciągnie mocno za spódnicę, co jest zupełnie niepotrzebne. Już sobie z tym poradziłam. I zostałam wystarczająco upokorzona. Nie musi na mnie napadać.
Micah dostaje spazmów jak jakiś czterolatek.
Conner dołączył do śmiechu, jakżeby inaczej.
Gage obserwuje każdy mój ruch z widoczną pogardą.
Więc to tak będzie wyglądało.
Nie wiem, na co liczą, ale nie zobaczą moich łez.
Zbieram resztki godności i z uniesioną głową mówię spokojnym głosem:
– Dziękuję za śniadanie, Matildo. Możemy iść, wujku.
Wujek kiwa głową, marszcząc brwi, a ja staram się nie patrzeć nikomu w oczy.
Jeśli kilku zepsutych bogatych chłopaków chce zachowywać się jak niedojrzałe dupki, to ich problem.
Znudzą się, kiedy zrozumieją, że ja nie zamierzam grać w ich grę.

Tagi:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *