Przejdź do treści

Stay With Me. Zostań ze mną

W ostatniej, desperackiej próbie pomocy ojciec 19-letniej Mii przenosi ją na Uniwersytet Dolor. Miejsce to ma być schronieniem i ostatnią szansą przed więzieniem lub szpitalem psychiatrycznym…


Zdeprawowani młodzi ludzie próbują tam zbudować swoją przyszłość. Mii kompletnie to nie obchodzi. Nie czuje niczego – strachu przed zamknięciem, tęsknoty za domem ani podniecenia nowymi możliwościami. Zamierza po prostu to odbębnić. Trudno jednak zignorować jego – Olliego Mastersa…

Nie chciała pamiętać, nie chciała czuć… Nie chciała poznać Olliego Mastersa.

Ollie Masters to niespodziewana fala na spokojnym morzu Mii – uniesienie i pokusa, na którą nigdy nie liczyła. Nigdy nie chciała kogoś tak pragnąć. Chłopak przyciąga ją spojrzeniem swoich zielonych oczu, tatuażami i hipnotyzującym głosem. Mia nie robi sobie żadnych nadziei, bo dobrze wie, że przez jej brak uczuć nic się między nimi nie narodzi.

Ollie jest zbyt groźny – mógłby wyciągnąć głęboko pogrzebane wspomnienia dziewczyny.
Mia jest zbyt groźna – z łatwością mogłaby go złamać, zniszczyć, zrujnować.

Czy któreś z nich przetrwa to nieuchronne zderzenie?

***

Ta historia jest naprawdę SPICY. Sugerowany wiek czytelników: 18+.

Nicole Fiorina
Stay With Me. Zostań ze mną
Przekład: Mateusz Gwóźdź
Seria „Zostań ze mną”, tom 1
Wydawnictwo Kobiece
Premiera: 6 marca 2024
 
 


PROLOG

Stanęłaś przede mną jako wspomnienie,
ale ja byłem ci obcy.
Zapomniałaś o mnie przypadkiem czy celowo?

OLIVER MASTERS

Mia

Nigdy nie zapomnę dnia, kiedy mi się wymknąłeś. Uniosłeś lekko brodę i popatrzyliśmy sobie w oczy. W miejscu, gdzie do niedawna pomieszkiwała tęskna wrażliwość oraz zdziwienie światem, dostrzegłam tylko pustkę. Otchłań bez dna. Jeszcze nigdy nie widziałam w twoich źrenicach równie bladego odcienia zieleni. Sprawił on, że poczułam się, jakbym runęła w mroczną nieskończoną przepaść.
Wtedy odwróciłeś ode mnie wzrok.
Skóra okrywająca moje kości, krew płynąca mi w żyłach, tlen wypełniający płuca – wszystko odmówiło posłuszeństwa. Rozpadałam się na coraz mniejsze kawałeczki i tylko cieniutka nić będąca moim sercem powstrzymała całkowitą zapaść. Pracowało mimowolnie, jakby nie identyfikowało się z resztą mojego ciała. Jego dudnienie pobrzmiewało mi w uszach. Pragnęłam, aby odpuściło, lecz nie dawało za wygraną. Uparcie tętniło, nie rezygnując z tego, co było na wyciągnięcie ręki. „Może jednak ponownie spojrzysz mi w oczy”, myślałam… A w zasadzie modliłam się w duchu.
I czekałam.
Upłynęły dwie sekundy.
Potem trzy. Nie poddawałam się. Po przerwaniu więzi moje ciało osłabło, ale serce nadal pompowało krew.
Cztery sekundy.
Wtedy odwróciłeś się do mnie plecami.
Pojęłam wówczas, że nasza zażyłość wygasła. Pamiętałam jednak wszystko. To było nie fair. Czy wolałabym pustkę, która zajęła miejsce zdziwienia? Pewnie tak, w końcu lepsze to niż nic. Szkoda tylko, że się do mnie nie odwróciłeś. Czyżbyś mnie w ogóle nie pamiętał?
Zrobiłeś krok w przeciwnym kierunku.
Odszedłeś w nieznane, a ja nie mogłam sprowadzić cię z powrotem. Moje serce jednak uparcie pracowało w rytm karmazynowej nadziei. „Zostań ze mną”, powtarzałeś ciągle. Któżby pomyślał, że to ty podążysz ścieżką zapomnienia? Słyszysz w ogóle, jak krzyczę? Dlaczego ze mną nie zostałeś? Nawet nie mogłam cię pocałować na pożegnanie. Zniknąłeś, choć stałeś ledwie ze sześć metrów ode mnie. Tęskniłam za tobą. Wydawało mi się, że jeszcze się ockniesz i jednak na mnie spojrzysz, względnie że sama się obudzę.
Tak czy siak, to był prawdziwy koszmar.
Zmusiłam się do zamknięcia oczu. Nie mogłam się przyglądać, jak odchodzisz w siną dal. Każdy krok zwiększał dystans między nami, minimalizując zarazem szansę na ponowne spotkanie. Zdecydowanie wolałam ciemność; inna sprawa, że jeśli wystarczająco mocno zaciskałam powieki, mogłam ujrzeć gwiazdy. Koncentrowałam się na żółtopomarańczowym horyzoncie namalowanym pod powiekami. Próbowałam zignorować rozgoryczenie i udawałam, że podziwiam zachód słońca. Jedynym źródłem ciepła była wilgoć gromadząca mi się w kącikach oczu. Łzy zmagały się z tym samym kłamstwem co moje łomoczące serce.
Pragnęłam zamienić się z tobą miejscami, gdyż nie zasługiwałam na świat, w którym niegdyś pomieszkiwało twoje światło, a ty nie zapracowałeś sobie na taki los.
Sama nawarzyłam piwa, które teraz musiałam wypić.
Na początku myślałam, że zapewnisz mi sporo dobrej zabawy, która pozwoli mi zabić czas. Byłam przekonana, że rzucę cię bez najmniejszych oporów. Przecież to ja deptałam ludzkie serca. Tym razem jednak to moja dusza krwawiła. Zanim cię poznałam, otaczające mnie mury zdawały się praktycznie niezniszczalne.
A teraz nie miałam ani ścian, ani ciebie. Powoli się dusiłam.
Nigdy nie przypuszczałam, że z nas dwojga właśnie ty się wymkniesz.

ROZDZIAŁ 1

Spada w mroczną otchłań,
ale nie krzyczy ani nie błaga o pomoc,
w końcu postradała zmysły dawno temu
i woli spadać.

OLIVER MASTERS

Kiedy macocha odkryła w mojej szafie chłopaka i stwierdziła, że kiedyś moje nieodpowiedzialne zachowanie napyta mi biedy, nie potraktowałam jej poważnie. Jej opinie mnie nie obchodziły. Ba, tylko zachęcały mnie do dalszych poczynań.
Pewnego dnia zwędziłam kluczyki do jej cennego bmw serii 3 i staranowałam nim drzwi do garażu.
Diane miała już po dziurki w nosie mojego gówniarskiego zachowania. Obwiniała o nie mojego ojca, który coraz bardziej powątpiewał, czy da się mnie wyleczyć. Był prostym człowiekiem o skłonnościach do pasywnej agresji. Siedział przy stole i patrzył tępo przed siebie, przyjmując pokornie każde ostre słowo, które padało z jej idealnie pomalowanych ust.
Chłopak nawet niespecjalnie mi się podobał. Chciałam tylko coś poczuć. Cokolwiek.
Miałam prawie dziewiętnaście lat, kiedy ojciec i macocha stracili do mnie cierpliwość. Incydent z bmw sprawił, że postanowili zaangażować sąd. Z uwagi na recydywę groził mi szpital psychiatryczny, ale tata zaapelował do sędziego, aby pozwolił mi na pobyt w Dolor, czyli w odległym college’u poprawczym dla takich jak ja.
Nie zrozumcie mnie źle. Wiedziałam, że nie jestem normalna, ale nie przypuszczałam, że istnieją podobni do mnie. A na pewno nie podejrzewałam istnienia szkoły dla mojego… gatunku, jeśli można to tak nazwać.
Kiedy właściwie wkroczyłam na złą drogę? Zakładałam, że byłam taka od zawsze. Pozwalałam chłopakom, żeby mnie wykorzystywali, gdyż sama czerpałam z tego korzyści.
Chciałam poczuć na sobie ich ręce i usta. Miałam nadzieję, że tym sposobem przejmę choć trochę ich pasji i pożądania. Tak się nigdy nie stało, mimo to liczyłam, że zapłonie we mnie ogień. Ból, żądza, gniew, pasja – byłam gotowa na wszystko, bo moje serce stwardniało. Moją duszę – jeśli w ogóle ją miałam, bo tego nie byłam już pewna – ogarnęła martwota.
Stałam nad łóżkiem, na którego krawędzi leżała w połowie pusta walizka.
Lista dopuszczalnych przedmiotów była krótka, ale i tak nie miałam niczego, co chciałabym ze sobą zabrać. Żadnych obrazków, ukochanej poduszki czy ulubionego kocyka. Zależało mi tylko na słuchawkach, choć wiedziałam, że pewnie zostaną skonfiskowane zaraz po moim przybyciu. Wyciągnęłam jednak z szafki nocnej opakowanie prezerwatyw, które nie znalazły się na liście przedmiotów zakazanych, i umieściłam je w ukrytej kieszeni na dnie walizki.
Następnie bez wahania zasunęłam zamek. Nie gniewałam się na Diane. Wściekłość oznaczałaby, że mam jakieś uczucia. Prawdę powiedziawszy, nie winiłam jej. Gdybym miała taką pasierbicę, sama wezwałabym policję.
– Jesteś gotowa, Mio? – zawołał ojciec z parteru.
Nie odpowiedziałam.
– Mio Rose Jett!
– Daj mi dwie minutki! – odkrzyknęłam, postawiłam w połowie pustą walizkę obok drzwi do sypialni i po raz ostatni rozejrzałam się po nagich murach mojego więzienia przed odjazdem do kolejnego. Ściany zawsze były tu puste, podobnie jak łóżko, szafa i biurko. Absolutne zero osobowości. Byłam pewna, że kiedy ostatecznie się wyprowadzę, nikt się nie domyśli, że kiedykolwiek tu mieszkałam, a pokój szybko zacznie odgrywać rolę sypialni dla gości. Szłam o zakład, że Diane już zbiera inspiracje na Pintereście.
– Nie ma mowy, nie pojedziesz w tym. – Stojąca na parterze Diane skrzywiła się mocno.
Lekko pokręciła głową, lecz jej tleniony blond kok ani drgnął. Zawsze nadużywała lakieru do włosów. Jak się tak zastanowić, nigdy nie widziałam jej z rozpuszczonymi włosami. Po obiedzie przygotowywała w sypialni piętnastominutowe filmiki instruktażowe fitness, zostawiając uchylone drzwi. I nigdy nie widziałam, żeby jej fryzura się poruszyła.
– Ale dlaczego?
Spuściłam głowę i obciągnęłam zbyt dużą czarną koszulkę opatrzoną napisem „śliczna psycholka”. Oprócz niej miałam na sobie obszarpane dżinsowe szorty, z których wystawały moje kościste nogi. Koszulka była tak długa, że wyglądałam w niej jak goła od pasa w dół. Ale byłam ubrana. Słowo, tato.
– Niech będzie. Lepiej już chodźmy, bo spóźnisz się na lot – powiedział tata, wzywając mnie gestem.
Odkąd pamiętam, za wszelką cenę unikał konfrontacji. Zastanawiałam się czasem, kogo bardziej się boi: mnie czy Diane? Patrząc na niego teraz, dostrzegłam wreszcie zaczątki łysiny, o której napomykał już od jakiegoś czasu. Dotychczas mu nie wierzyłam, ale tak zobojętniałam, że w tej chwili nawet tego nie skwitowałam. Niegdyś był przystojnym mężczyzną, osamotnienie zrobiło jednak swoje mimo towarzystwa Diane. Brązowe oczy miał podkrążone, mięśnie mu sflaczały.
Ot, konsekwencje małżeństwa.
Walizka obijała się o każdy stopień, kiedy schodziłam na parter.
– Mogła przynajmniej się uczesać – wymamrotała Diane, wychodząc z domu przede mną i tatą.
Zacisnęłam wargi, dumając nad jej hipokryzją. Na mojej czuprynie przynajmniej nie łamały się grzebienie.
– Wytrzymaj jeszcze trochę – powiedział mój rodziciel, złapał walizkę za uchwyt i pociągnął ją za sobą.
Słusznie. Za jedenaście i pół godziny miałam się znaleźć jakieś pięć i pół tysiąca kilometrów od nich. Tata wybrał życie doskonałe, do którego nie pasowałam, ale wcale mi to nie przeszkadzało. Odrobiłam pracę domową i wiedziałam, co czeka mnie na miejscu.
Dolor University był brytyjskim college’em poprawczym, czyli w zasadzie więzieniem. Instytucję zaprojektowano na potrzeby udręczonych dusz i młodocianych przestępców, którzy zmagali się z chorobami psychicznymi, uzależnieniami i konsekwencjami marnej opieki rodzicielskiej. Podejrzewałam, że moi starzy wybrali tak odległe miejsce, aby wymówić się od wizyt, ale nie miałam im tego za złe. Mogli mnie wywieźć gdziekolwiek. Nie zależało mi na towarzystwie ludzi, którzy nie chcieli mojego. Izolacja stanowiła mój prywatny raj.
Przez całą drogę na lotnisko wyglądałam przez okno, omotując wokół palca brudne brązowe włosy, a tata opowiadał o programie nauczania w Dolor.
– Biorąc pod uwagę historię Mii Rose, powinniśmy byli wybrać instytucję dla dziewcząt – marudziła Diane.
– Mia Rose potrzebuje różnorodności – przypomniał jej tata.
– Mia Rose jest w tym samym aucie i potrafi przemawiać we własnym imieniu – poinformowałam ich.
Z czystego wygodnicwa Diane została w samochodzie, gdy tata odprowadził mnie najpierw do odprawy bagażowej, a potem paszportowej. Nie mógł towarzyszyć mi dalej. W zasadzie byłam zdziwiona, że zdobył się na aż tyle.
Stałam przed nim, gdy w jego oczach zaczęła się zbierać wilgoć.
– Wybacz mi, Mio.
Nigdy nie był zbyt wylewny. Pod tym względem wdałam się w niego. Czas płynął, ale nadal nie potrafił spojrzeć mi w oczy. Jak zwykle. Nawet kiedy z nim rozmawiałam, patrzył gdzieś za mnie, jakbym była duchem.
„Popatrz na mnie, tato”.
Ojciec kiwnął jednak tylko głową, odwrócił się i zostawił mnie z paszportem oraz biletem lotniczym.

ROZDZIAŁ 2

Wszystko zdarzyło się nagle,
porozumienie między
jej umysłem, sercem, ciałem i duszą.
Opuściły ją naraz.
Ich miejsce zajęły cztery ściany.
Wrzeszczy w głębi ducha.
Ciemność była nieunikniona.
Wszystko stało się nagle.

OLIVER MASTERS

Lot był zupełnie w porządku. Nie musiałam się użerać z rozwrzeszczanymi bachorami ani z gadułami. Przyznaję, że nie jestem zbyt przystępna, a ludzie generalnie mnie unikają. Mam wiecznie skwaszoną minę, bliźnim okazuję raczej jad niż serce, którego i tak nie mam. Dysponuję tylko organem bezustannie pompującym krew, który niestety sumiennie wypełnia swoje zadanie.
Przez cały lot opierałam się o okno, wbijając wzrok w rozmaite odcienie błękitu. Nie zdejmowałam słuchawek bezprzewodowych. Słuchałam muzyki, która zdecydowanie nie przypadłaby do gustu praktykującym wiernym. W pewnym momencie kolor oceanu zlał się z barwą nieba, przez co ciężko było powiedzieć, gdzie kończy się jedno i gdzie zaczyna drugie.
Co ciekawe, tata załatwił mi limuzynę, która miała mnie przewieźć z lotniska do college’u. Było jednak jasne, że zrobił to, aby wzbudzić we mnie poczucie winy.
Niebo przybrało kolor zwiastującej burzę szarości. Wreszcie dotarliśmy do wysokiej żelaznej bramy uczelni. Pośrodku zamocowano wygrawerowaną literę „D”, która rozszczepiła się na dwie połowy, gdy wrota powoli się otworzyły. Cały kampus był otoczony wysokim ceglanym murem, który uniemożliwiał ucieczkę, kiedy za skazańcem zatrzasnęła się brama. Gdyby nie doborowy strażnik, którego przysłało po mnie Dolor, uciekłabym przy pierwszej okazji. Byłam nawet gotowa porzucić walizkę, w której ukryłam kondomy. Jakoś bym sobie poradziła w Wielkiej Brytanii; mogłam przecież żebrać o jedzenie i sypiać w bocznych uliczkach. Myśl o reakcji taty sprawiła, że uśmiechnęłam się do siebie. Dużo bym dała, żeby ukradkiem przysłuchiwać się jego rozmowie telefonicznej z władzami uczelni. Towarzyszący mi wielki Niemiec obrzucił mnie drwiącym spojrzeniem. Przynajmniej wyglądał mi na Niemca. Był wysoki i muskularny, o wygolonej głowie, kwadratowej szczęce i jasnych oczach. Nie odzywał się, ale sprawiał wrażenie faceta, który głośno kibicuje ulubionej drużynie rugby. Czyżby się domyślał, co mi chodzi po głowie? Na pewno nie byłabym pierwszą uciekinierką. Mogłam sobie wyobrazić przynajmniej tuzin prób, z których każda kończyła się gorzej niż poprzednia.
Oparłam się o czarną tapicerkę, odwróciłam wzrok od milczącego Niemca i popatrzyłam na widniejący za przyciemnioną szybą zamek.
Trawnik był idealnie przycięty, nadal widniały na nim ślady kół kosiarki. Po kamiennych murach pięły się pnącza. Na lewo ode mnie stała wysoka wieża, a na prawo osobny betonowy budynek. Front zamku zdobiły okna w stylu wiktoriańskim, które wyposażono w czarne poziome kraty.
Nie było ucieczki.
Limuzyna się zatrzymała. Jednoosobowy komitet powitalny dał głos, kiedy tylko kierowca otworzył drzwi pasażera.
– Dziękuję, Stanleyu – powiedział do Cichego Niemca starszy dżentelmen, gdy wysiadłam z limuzyny. – Witamy w Dolor, panno Jett. Jestem dziekan Lynch. Pozwól ze mną.
Lynch nawet nie chciał uścisnąć mi ręki. Ulżyło mi. Podążyłam za nim z bagażem, ze słuchawkami na szyi. Przeszliśmy przez wysokie podwójne drewniane drzwi, za którymi czekała strategicznie ulokowana stróżówka. Stanley wziął moją walizkę i położył ją na pasie transmisyjnym. Po raz drugi w ciągu dwudziestu czterech godzin mój bagaż skończył w skanerze rentgenowskim.
– Proszę podnieść ręce – nakazał Stanley, unosząc detektor.
A więc jednak potrafił mówić.
Uniosłam ręce, wbijając spojrzenie w sufit.
– Czy to naprawdę konieczne?
Stanley przesunął detektor wzdłuż mojego tułowia. Urządzenie zaczęło piszczeć, kiedy tylko dotarło do biodra.
– Proszę mi to oddać – powiedział Lynch, wyciągając do mnie dłoń. – Telefony komórkowe są tu zakazane.
– Bez jaj. Nie mogę nawet słuchać muzyki? – Miałam gdzieś, czy do kogoś jeszcze się odezwę. Nie obchodziło mnie nawet, czy porozmawiam kiedyś z tatą albo z Diane.
– Musisz też oddać słuchawki i wszelkie kosztowności.
Zdjęłam z szyi słuchawki i wręczyłam mu.
– Chciałby pan też próbkę krwi i wymaz?
Lynch rozluźnił ramiona.
– Owszem, ale najpierw odbędziemy krótkie spotkanie informacyjne.
Zmrużyłam brwi. Robiłam sobie z niego jaja, ale facet mówił poważnie.
Kiedy dziekan Lynch skonfiskował jedyne przedmioty, które trzymały mnie przy zdrowych zmysłach, wreszcie zaliczyłam punkt kontrolny. Następnie poprowadził mnie przez salę o posadzce z lśniącego biało-szarego marmuru. Rozglądałam się dookoła, podążając jego śladem. Ściany były wyłożone deskami o naturalnym kolorze oraz listwami.
– Rok akademicki trwa już dwa tygodnie, więc będziesz musiała nadgonić zaległości. Rozumiem, że to twój pierwszy rok na uniwersytecie? – zapytał Lynch, nie zwalniając.
Był chudy i sprawiał wrażenie kruchego. Miałam nadzieję, że jeśli spróbuje stanąć z boku, po prostu rozpłynie się w powietrzu.
– No.
Lynch zatrzymał się tak gwałtownie, że niemal się z nim zderzyłam. Odwrócił się w moją stronę, ale wbrew moim oczekiwaniom nie zniknął, tylko spojrzał na mnie z góry. Zauważyłam, że ma krzywe zęby.
– Sugeruję nauczyć się dobrych manier – napomniał. Miał bladą cerę upstrzoną bliznami po trądziku oraz cynamonowe oczy, z których ziała pustka.
– Tak jest, psze pana – wyszeptałam, szczerząc zęby.
Wbił we mnie ostre spojrzenie pozbawionych życia oczu, ale nie ustąpiłam. Miałam dziewięć lat, żeby się przyzwyczaić do identycznego przenikliwego wzroku. Nic nie potrafiło mnie złamać.
Lynch odwrócił się ode mnie i pomaszerował dalej pustym korytarzem. Szedł równie szybko jak chwilę wcześniej, lecz teraz zachowywałam dystans półtora metra.
Na ścianach wisiały portrety w zmatowiałych mosiężnych ramach. Przedstawiały ludzi o oczach równie pozbawionych życia jak dziekana. Wyglądało na to, że każdy, kto przekroczył bramę Dolor, tak samo obojętnieje.
Skręciliśmy i weszliśmy do biura. Lynch nakazał mi gestem, abym usiadła. Za biurkiem z drewna wiśniowego stały pasujące do niego regały, które ciągnęły się wzdłuż całej ściany. Większość sąsiedniej ściany zajmowało wielkie okno z grubą zasłoną z czerwonego aksamitu. Biurko było z zasadzie puste, jeśli nie liczyć akt opatrzonych moim nazwiskiem. Lynch zasiadł za nim i otworzył teczkę.
– Przez pierwszy rok będziesz zdobywała punkty na poczet licencjatu, który liczy się również w Stanach. A jeśli przez dwa lata w Dolor uzyskasz wystarczająco wysokie noty, wyjdziesz stąd z czystą kartoteką. Będziesz oceniana na podstawie wyników w nauce, rozmów z psychologiem, wymogów terapii grupowej i sprawowania. – Lynch wyciągnął jakiś dokument i podał mi go. – To twój rozkład zajęć. Dwa razy tygodniu musisz spotkać się z doktor Conway. Za tydzień, kiedy już trochę okrzepniesz, zaczniesz sesje terapii grupowej. Tutaj masz podręcznik naszej uczelni. Sugeruję się z nim zapoznać, zwłaszcza z fragmentami dotyczącymi poprawnego zachowania i odpowiedniego ubioru. – Podał mi grube tomiszcze. – Jakieś pytania, panno Jett?
Pokręciłam głową, choć odpłynęłam w połowie jego przemowy.
– Znakomicie. Stanley zaprowadzi cię do gabinetu pielęgniarki, a potem do twojego pokoju. – Lynch zamknął teczkę i wsunął ją do szuflady, a ja wstałam nadal rozkojarzona. – Jeśli opuścisz zajęcia, karą będzie pobyt w izolatce. Jeśli będziesz sprawiać problemy wychowawcze, spędzisz trochę czasu w izolatce. A jeśli…
Westchnęłam ostentacyjnie.
– Rozumiem, pobyt w izolatce.
– To twoja jedyna szansa. Jeśli nie nauczysz się przestrzegać zasad, zostaniesz usunięta z Dolor i skończysz w szpitalu psychiatrycznym zgodnie z zaleceniem sędziego. Czy tego chcesz?
Wpatrywałam się w dziekana, rozważając jego słowa. Mężczyzna nadal wbijał we mnie twarde spojrzenie.
– Nie, proszę pana.
Lynch kiwnął głową.
– Zajmij się resztą, Stanleyu.
Podążyłam za nim do gabinetu pielęgniarki. W pustych korytarzach pobrzmiewało dudnienie moich glanów i podzwanianie pęku kluczy, który Stanley przytroczył sobie do pasa. Zastanawiałam się, czy nie zjednać go sobie niezobowiązującą rozmową i urokiem osobistym, ale dotarliśmy na miejsce, zanim zdążyłam się odezwać.
Pokaźny sterylny pokój był wręcz oślepiający. Ściany pomalowano na biało, pomieszczenie oświetlały świetlówki. Stały tam rzędem trzy łóżka szpitalne z identyczną białą pościelą; każde w razie potrzeby można było oddzielić od reszty gabinetu cienką białą zasłoną. Pod ścianami zobaczyłam białe maszyny wyposażone w rozmaite przyciski oraz koszyki wypełnione niebieskimi rękawicami różnych rozmiarów. Odór środka odkażającego był tak intensywny, że pozbawił mnie węchu.
– Chcesz skoczyć do kibelka, zanim zaczniemy? – zapytała czarnoskóra kobieta, które weszła do gabinetu przez boczne drzwi.
Stanley zdążył już wyjść i zamknąć za sobą drzwi, ale byłam pewna, że nie odszedł zbyt daleko. Całkiem możliwe, że czekał na korytarzu jak na dobrego ogara przystało.
– Do kibelka? – powtórzyłam, odwracając się do niej. – Nie, obejdzie się.
– No to bierzmy się do roboty. Rozbierz się od pasa w dół i połóż się na stole. Poczekam za zasłoną, aż będziesz gotowa.
Pobrała mi krew i odciski palców, zrobiła wymaz z pochwy. Czułam się znieważona w każdy możliwy sposób. Pielęgniarka wyjaśniła mi, że w Dolor rutynowo przeprowadza się badania pod kątem chorób przenoszonych drogą płciową, fizycznych deformacji oraz niepełnosprawności. Przedyskutowałyśmy też kontrolę urodzin, nad którą i tak straciłam panowanie. Od tej pory kuratelę nad nią przejęła pielęgniarka.
Jak przewidziałam, Stanley czekał na mnie na zewnątrz. Wspięliśmy się po krętych marmurowych schodach z czarną żelazną balustradą, podążyliśmy korytarzem, którego ściany wyłożono takimi samymi deskami i listwami jak na parterze, i skręciliśmy w lewo.
– Sale lekcyjne są na trzecim piętrze, a kwatery na drugim. W swoim pokoju znajdziesz mapkę. – Ponownie skręciliśmy w lewo. – Tutaj jest wspólna łazienka. Jeśli dojdziesz do końca korytarza i skręcisz w prawo, dotrzesz do stołówki – mówił, wskazując kierunki. – Zamieszkasz w czwartym skrzydle, ale będziesz korzystać z łazienki w trzecim.
– Komunalna łazienka? Chce pan powiedzieć, że chłopaki i dziewczyny korzystają z niej razem?
– Dolor nie dyskryminuje pod względem płci. Nawykniesz.
Przystanął, aby się upewnić, że go zrozumiałam, po czym obrócił się na pięcie. Po obu stronach korytarza widniały ciężkie stalowe drzwi. Podłoga była wyłożona marmurem z szarymi żyłkami, a ściany otynkowane na bladoniebiesko. Podeszliśmy do drzwi po prawej, gdzie Stanley się zatrzymał.
– Dzisiaj nie masz żadnych zajęć, więc zapoznaj się z podręcznikiem. Kolacja jest o piątej trzydzieści, a od ósmej trzydzieści trwa godzina policyjna. Drzwi zamykają się wtedy automatycznie. Jeśli będziesz musiała w nocy skorzystać z toalety, naciśnij przycisk w sypialni. Stróż nocny zaprowadzi cię do łazienki.
Stanley chwycił pęk kluczy, otworzył drzwi i wszedł do sypialni. Obrzucił pomieszczenie uważnym wzrokiem, po czym zaprosił mnie gestem do środka.
– Wszystko będzie dobrze – dodał, poprawnie odczytując moją mowę ciała.
Zatrzasnął za sobą drzwi, a ja stanęłam w murach mojego nowego więzienia.
Ściany były otynkowane na szaroniebiesko, przez co kojarzyły się z korytarzem, który dopiero co pokonałam. Nie tego się spodziewałam, choć z drugiej strony sama nie wiedziałam, czego właściwie oczekiwać. Całkiem możliwe, że podczas lotu chodził mi jednak po głowie pokój rodem z psychiatryka, taki ze ścianami obitymi gąbką. Po lewej stało podwójne łóżko bez zagłówka. Na cienkim materacu nakrytym szarym prześcieradłem leżała poduszka. Naprzeciwko ustawiono puste biurko i czarne metalowe krzesło. Podeszłam do uzbrojonego w kraty małego okna, aby obejrzeć teren szkoły. Dostrzegłam tylko rosnące gdzieniegdzie drzewa i majaczący na horyzoncie ceglany mur.
Obok drzwi czekała moja walizka, ale nie chciało mi się rozpakowywać. W pokoju i tak brakowało szafy; pod łóżkiem była tylko wysuwana szuflada na kółkach. Przysiadłam na skraju materaca i przejechałam palcami po cienkim prześcieradle. Zastanawiałam się, ile osób spało tam przede mną. Nad drzwiami wisiał zegar, który poinformował mnie, że jest trzecia szesnaście po południu. Położyłam się na łóżku, ręce splotłam pod głową i wbiłam spojrzenie w sufit. Przypomniałam sobie ciąg wydarzeń, które doprowadziły mnie do tego piekiełka. Sama byłam sobie winna.
W końcu to ja nieraz prowokowałam w szkole bójki. Kończyłam na dywaniku częściej niż w klasie. Zostałam wydalona ze szkoły i aresztowana, kiedy podpaliłam auto dyrektora Tompsona. Zaliczyłam pracę społeczną i terapię, ale udało mi się skończyć liceum z idealną średnią. W ramach indywidualnego toku nauczania, ale jednak. Wbiłam ostatni gwóźdź do własnej trumny, kiedy celowo staranowałam autem Diane drzwi garażowe. Ojciec podjął jednak negocjacje z sędzią i zaproponował, że wyśle mnie do Dolor, gdzie będę mogła podjąć studia. Miało mi to oszczędzić pobytu w szpitalu psychiatrycznym. Byłam inteligentna, to samo jednak można powiedzieć o większości socjopatów. Sędzia chciał mnie ukarać dla przykładu, lecz ja wiedziałam swoje. Nikt nie postępuje szlachetnie z dobroci serca. Ostatecznie facet przystał na propozycję taty, bo chciał na jego koszt dodać do swojego CV kolejną udaną socjalizację. Z drugiej strony lepsze to niż pobyt w wariatkowie.
Wzięłam leżący obok podręcznik, przyjrzałam się mu, otworzyłam go na pierwszej stronie i wtedy usłyszałam pukanie do drzwi. Zignorowałam intruza i przewróciłam kartkę.
Ponownie rozległo się zniecierpliwione pukanie.
Wstałam z łóżka i ruszyłam w kierunku drzwi, klnąc po drodze. Okazało się, że intruzów jest dwoje: dziewczyna o średnio długich kręconych czarnych włosach i kościsty blondyn. Chłopak był jakieś pięć centymetrów wyższy od towarzyszki. Miał jasnoniebieskie oczy i wąskie wargi.
– A nie mówiłam, Jake? Ktoś się tu wprowadził – powiedziała dziewczyna, klepiąc chłopaka po ramieniu. Miała na szyi czarną aksamitkę, która podkreślała wdzięczny pieprzyk obok ust.
– Nie jestem zainteresowana – skwitowałam to i zaczęłam zamykać drzwi.
Chłopak zablokował je stopą.
– Nie tak prędko.
Ponownie otworzyłam drzwi i oparłam się o nie, biorąc się pod boki. Czekałam, aż się wyjaśni powód tego najścia.
– Jestem Jake, a to Alicia.
– Niech zgadnę: ty jesteś pedziem, a Alicia ślini się na samą myśl o tym. Pewnie chcecie mnie oprowadzić, bo potrzebujecie trzeciego członka do swojego żałosnego gangu?
Alicia i Jake wymienili się spojrzeniami, po czym wybuchli śmiechem.
Wywróciłam oczami.
– No co?
– Mamy tu niewielu Amerykanów, ale w jednym trafiłaś. – Jake chichotał, próbując złapać oddech. – Naszemu, jak to ujęłaś, żałosnemu gangowi przydałby się ktoś taki jak ty.
Machnęłam lekceważąco ręką.
– Spadajcie na bambus.
Mój komentarz nie zrobił na nich wrażenia. Jake się pochylił, opierając łokcie na kolanach. Jego śmiech był równie głośny jak irytujący.
Alicia poklepała go po plecach, po czym ponownie zawiesiła na mnie wzrok.
– Kapuję, jesteś twardą laską, która nienawidzi świata – powiedziała sarkastycznie. – Ale jeśli masz ochotę się dzisiaj rozerwać, znajdź nas na kolacji.
Odwrócili się i odeszli w swoją stronę, nabijając się z mojego amerykańskiego akcentu.
„Spadajcie na bambus?”, szepnęło któreś z nich, naśladując amerykański akcent i szturchając drugie w ramię. Ich rechot niósł się echem po całym skrzydle, aż zatrzasnęłam drzwi znacznie mocniej, niż powinnam była.
Ponownie położyłam się na łóżku i naciągnęłam na twarz czapkę, próbując uciszyć irytujące brytyjskie akcenty, które tłukły mi się po głowie.
Kiedy otworzyłam oczy, była już za dziesięć szósta. Psiakrew. Przysnęłam, przez co spóźniłam się na kolację. Nie miałam czasu się przebrać, więc wypadłam z sypialni i zaczęłam szwendać się po pustym korytarzu, próbując przypomnieć sobie instrukcje Stanleya. Plułam sobie w brodę, że nie słuchałam go uważniej.
Nagle usłyszałam dochodzący z daleka gwar, który potężniał z każdym moim krokiem.
W stołówce zobaczyłam istne morze białych koszul i czarnych spodni. Patrzyłam przed siebie, wędrując między stołami w kierunku nieistniejącej kolejki po jedzenie. Gwar przycichł, miejsce szaleństwa zajął bezruch. Zewsząd dochodziły szepty na mój temat, gdy mijałam stolik za stolikiem, ale postanowiłam je zignorować. Staruszka w czepku kucharskim i upapranej sosem koszuli dotarła do drzwi prowadzących do bufetu w tej samej chwili co ja.
– Wybacz, ale kuchnia już zamknięta. Sugeruję nauczyć się punktualności – powiedziała. Otworzyłam usta, żeby zaoponować, lecz nie dała mi dojść do słowa. – Nawiasem mówiąc… na twoim miejscu wróciłabym do siebie i ogarnęła się trochę – dodała i zamknęła mi drzwi przed nosem.
– Bez jaj! – krzyknęłam w nadziei, że usłyszy mnie po drugiej stronie drzwi. Na sali zrobiło się cicho jak makiem zasiał. Kiedy się odwróciłam, wszyscy wbijali we mnie wzrok. – No co? – zapytałam, unosząc dłonie.
Cisza.
Rozejrzałam się po stołówce, szukając reakcji, ale mocno się rozczarowałam.
Wszyscy wrócili do rozmów, toteż znalazłam wolny stolik obok okna, z którego miałam widok na frontową część kampusu. Nie licząc powoli gasnącego szarego dnia, nie było na co patrzeć. Zauważyłam tylko mężczyznę w stroju gimnastycznym, który jadąc czymś przypominającym wózek golfowy, zbierał śmieci z trawnika. Po drugiej stronie siedzieli moi nowi koledzy i koleżanki.
W stołówce poustawiano bez ładu i składu okrągłe stoliki, wokół których zasiadały grupki studentów. Na ich twarzach widniały uśmiechy, jedne rozbawione, inne pogardliwe. Poczułam się, jakbym znowu znalazła się w szkole średniej. Zauważyłam też Alicię i Jake’a. Łypali na mnie z drugiego końca pomieszczenia, szepcząc coś do siebie. Towarzyszyły im dwie osoby; paczka nie próbowała nawet ukryć tematu rozmowy. Na stole rozsiadł się facet, który trzymał długie nogi na siedzeniu krzesła. Obok niego chuderlawa dziewczyna o bladej cerze i krótko przyciętych włosach położyła na blacie głowę.
Było jasne, że jest wysoki. Świadczyło o tym zgięcie kolan, na których opierał łokcie. Miał na sobie luźną białą koszulkę, jego ramiona pokrywały czarno-białe tatuaże. Oddychał głęboko, ale falowanie jego klatki piersiowej było ledwie dostrzegalne. Zwrócił jednak moją uwagę. Przeniosłam wzrok na jego twarz i spojrzeliśmy sobie w oczy. Miał na głowie szarą czapeczkę, spod której wystawały kosmyki ciemnych włosów. Zmrużył oczy i lekko skinął głową. Gdy nie zareagowałam, skrył twarz w upierścienionych dłoniach. Dostrzegłam przez nie ukradkowy uśmiech, który przyjemnie komponował się z dołeczkiem.
Zaczątki porozumienia przerwał kartonik z mlekiem, który nagle przeleciał między nami. Podążyłam wzrokiem za jego trajektorią, która zakończyła się na siedzącym nieopodal młodym chłopcu. Pocisk trafił go w głowę, biały płyn obryzgał od stóp do głów. Cała stołówka jak na komendę wybuchła śmiechem, gdy chłopak zerwał się z krzesła i przywarł do dużego okna. Z jego ust wyrwał się krzyk, a ja odsunęłam krzesło od stołu i zerwałam się na nogi.
Facet z tatuażami zeskoczył z blatu i podbiegł do chłopca.
– Odbiło ci, Liam? Życie ci niemiłe? – zapytał gromkim, lecz opanowanym głosem, zwracając się do grupy rechoczących hien, których ręce wystrzeliły w powietrze. Następnie kucnął przed wrzeszczącym dzieciakiem. – Oddychaj, Zeke – polecił, ściskając mu ramiona. Chłopiec spojrzał na niego. Jego twarz, początkowo zaczerwieniona, w ciągu kilku sekund przybrała kolor purpury. – Wdech, wydech – zademonstrował poprawną technikę.
Odliczył na palcach do trzech, po czym odetchnął, a chłopak wpatrywał się w niego z zaskoczeniem, które pojawiło się również w moich oczach.
Wreszcie przestał się wydzierać, jego oddech wrócił do normy. Wytatuowany rzucił mi przelotne spojrzenie, po czym ponownie zwrócił się do chłopca.
– Lepiej stąd chodźmy, dobra? – Pomógł mu wstać.
Zeke przywarł do niego i obaj opuścili stołówkę.
– Hej, Ameryka. Przemyślałaś naszą ofertę? – zapytał Jake, którego paczka otoczyła mój stolik.
Głęboko odetchnęłam i ponownie zajęłam miejsce, gdy gość z tatuażami i Zeke skręcili, znikając z pola widzenia.
– Już ci mówiłam, nie jestem zainteresowana.
– Jeśli zmienisz zdanie, zaczynamy o północy – powiedziała Alicia.
Słowo daję, mogłabym obić im mordy, a te małolaty i tak nie zrozumiałyby przekazu.
Dziewczyna o krótko przyciętych włosach trzepnęła Alicię w głowę.
– Trochę dyskrecji, jeśli łaska. Zapomniałaś skonsultować się z resztą grupy, że o Olliem nie wspomnę.
– Dziewczyna jest spoko, zaufaj mi – odparła Alicia. – Zobacz przez okno, to czwarty blok na lewo.
– A jak się tam dostać? – Nie miałam zamiaru się z nimi spoufalać, ale jeśli mogłam opuścić po kryjomu pokój, musiałam poznać sposób.
W odpowiedzi Alicia dyskretnie wskazała wycięty w suficie otwór wentylacyjny, po czym cała trójka się odwróciła i odeszła w swoją stronę.

ROZDZIAŁ 3

Wyciągam prawdę na światło dzienne i obnażam kłamstwa,
nagle doznaję zarazem paniki i błogości.

OLIVER MASTERS

Tej nocy przewracałam się z boku na bok. Materac był cienki i osobliwie twardy. Poza tym zmiana stref czasowych sprawiła, że zmagałam się z jet lagiem. Ostatniej doby spałam stanowczo za dużo, a teraz nie mogłam zmrużyć oka. Policzyłam wszystkie pęknięcia w cemencie i każdy bolec w stalowych drzwiach. Jeśli wystarczająco się skoncentrowałam, mogłam dostrzec konstelacje w marmurowej posadzce, którą oświetlał księżyc. Dokładnie o szóstej rano rozległo się kliknięcie, gdy drzwi automatycznie się otworzyły. Do komunalnej łazienki dotarłam pierwsza. Miałam ze sobą tylko szczoteczkę do zębów, nową koszulkę z symbolem Dolor i obcisłe czarne dżinsy. Nie mogłam przywieźć szamponu, odżywki ani dezodorantu. Nawet golarki były zakazane. Tata powiedział, że uczelnia zapewnia wszystkie niezbędne kosmetyki.
Cementowe ściany łazienki pomalowano na biało. Na prawo ode mnie zainstalowano sześć umywalek. Nad każdą wisiało wysokie lustro. Naprzeciwko dostrzegłam prysznice. Tylna ściana była wyłożona surowymi białymi płytkami. Każde stanowisko oddzielała ścianka z desek cedrowych oraz biała kotara. Po obu stronach umywalek zainstalowano wąskie półeczki, na których leżały sterty czystych ręczników. Między umywalkami wisiały koszyki z kosmetykami. Dla obu płci przewidziano te same marki. Na szczęście aromat kokosowy okazał się całkiem znośny.
Wybrałam prysznic na samym końcu. Odkręciłam go i zaczekałam, aż woda się rozgrzeje. Byłam co prawda ubrana, ale bez makijażu czułam się naga i bezbronna. Prawdę powiedziawszy, miałam gdzieś, czy zrobię na kimkolwiek wrażenie. Nie potrzebowałam makijażu; dotąd robiam go na złość Diane. Zawsze stosowałam najgrubsze kredki do oczu i najbardziej wyzywające szminki. Całość podkreślał czarny lakier do paznokci, który zawsze doprowadzał ją do szału.
Wpatrywałam się w lustro. Wyglądałam na młodszą o pięć lat; pod oczami miałam blade piegi, które zdobiły również mój nos. Moje piwne oczy nie kłamały. Wystarczyło raz w nie spojrzeć, żeby pojąć tajemnice, ból i udrękę, które w nich mieszkały. Tyle że grube brwi z reguły odwracały uwagę ludzi od tkwiącej we mnie historii. Nikt nie poświęcał mi wystarczająco dużo czasu ani zainteresowania, by naprawdę mnie poznać.
Nawet własny ojciec.
Wyczułam za sobą czyjąś obecność i otrząsnęłam się z zamyślenia.
Ten wytatuowany, którego widziałam w stołówce, szedł w moją stronę, ocierając kąciki oczu. Na ramię zarzucił ciuchy na zmianę. Miał na sobie luźne szare spodnie od dresu i prosty czarny podkoszulek. Niesforne ciemnoblond włosy zaczesał na bok. Zauważył mnie, kiedy opuścił rękę i zatrzymał się. Dzieliło nas jakieś półtora metra. Wpatrywał się we mnie z twarzą bez wyrazu. Wreszcie przywitał mnie sennym uśmiechem, po którym dał głos:
– Hej…
Odwzajemniłam uśmiech… ale tylko dlatego, że okazał się zaraźliwy.
– Hej.
Gość nadal stał w miejscu.
Dopiero po chwili do mnie dotarło, że sterczymy tak dobrych kilka minut, toteż odwróciłam się i odkręciłam kran, by umyć zęby. Facet podszedł, pojawiając się w lustrze, i sięgnął po leżący na półce ręcznik. Co prawda zachował stosowny dystans, ale zarazem nie kwapił się do odejścia.
Odkręcił wodę w sąsiednim prysznicu. Następnie zawiesił swoje ciuchy i ręcznik i podszedł do sąsiedniej umywalki.
Nasze odbicia spojrzały sobie w oczy.
– Jesteś Mia, prawda?
Wtedy zauważyłam jego niecodziennie piękne zielone oczy. Były wyraziste, a zarazem trudne do opisania. Kojarzyły się z odbiciem palm w przybrzeżnej wodzie, kiedy słońce sięga zenitu. Była to barwa południa. Nie przypominała ani głębokiego błękitu oceanu, ani koloru gromadzącej się na piasku piany. Stanowiła idealny balans między nimi. Ucieleśniała doskonały moment, kiedy słońce, drzewa i woda zlewają się w jedno.
Nawet w lustrze widok zapierał dech w piersiach.
– Taaa, zgadza się.
Odwrócił się, aby na mnie spojrzeć, pochylił się w moją stronę i wyciągnął do mnie rękę. Jego tęczówki okazały się jeszcze piękniejsze, kiedy patrzył mi prosto w oczy.
– Jestem Ollie.
Wziął mnie z zaskoczenia tym czarującym spojrzeniem i ceremonialnym gestem. Przez chwilę zerkałam to na jego oczy, to na podawaną dłoń, którą w końcu uścisnęłam. Ostatnio uczyniłam to tak dawno temu, że nie miałam pewności, czy robię to poprawnie.
Ollie wyszczerzył zęby.
Położył na umywalce szczoteczkę do zębów i golarkę. Mina mu zrzedła, kiedy próbował zaczesać palcami gęstą niesforną czuprynę. Włosy miał za krótkie, żeby zakryły uszy, a jednocześnie na tyle długie, że opadały mu na oczy.
– To się nazywa pierwsze wrażenie, nie?
Zaśmiał się nonszalancko, a ja tak chciwie wpatrywałam się w golarkę, jakbym znalazła milion dolarów.
– Skąd to wytrzasnąłeś?
Zerknął na umywalkę, po czym ponownie spojrzał na mnie. Między jego brwiami pojawiła się mała zmarszczka.
– Nie masz golarki? – Pokręciłam głową, a Ollie przesunął ostrze w moją stronę. Uczynił to tak dyskretnie, jakbym kupowała od niego narkotyki. – Zatrzymaj ją. Jest nowa, jeszcze nieużywana.
– Dzięki.
Wymieniliśmy się uśmiechami. Ollie uprzejmie skinął głową, po czym odwrócił się i zniknął za kotarą.
Woda szybko się zagrzała, więc rozebrałam się we własnej przegrodzie i stanęłam pod prysznicem. Temperatura okazała się znośna. Wycisnęłam na rękę szampon i wmasowałam go w głowę. Nie spieszyłam się; miałam nadzieję, że Ollie skończy się myć, zanim woda wyziębnie. Niezobowiązujące pogawędki nie należały do moich mocnych stron. Były równie krępujące jak bezsensowne, więc unikałam ich jak ognia.
Wreszcie zakręcił wodę. Usłyszałam szuranie odsłanianej kotary.
– Sugeruję się pospieszyć, jeśli chcesz uniknąć godziny szczytu – przekrzyczał szum wody. Głos miał głęboki, bogaty. Mówił powoli, starannie dobierając każde słowo. Wyjrzałam przez szparkę w kotarze. Zobaczyłam w lustrze, jak naciąga koszulkę na wytatuowany brzuch. – Tylko lojalnie uprzedzam.
Opuścił łazienkę, nie czekając na odpowiedź. Niespełna pięć minut później ludzie zaczęli zajmować stanowiska pod prysznicami i przed umywalkami, co rusz rzucając komentarze.
Tego dnia miałam pierwsze zajęcia oraz sesję doradztwa osobistego. Nie uśmiechało mi się ani jedno, ani drugie. Mój rozkład zajęć składał się z czterech naprzemiennych kursów. Poniedziałki i środy były takie same, oba dni kończyły wspomniane sesje. Wtorki i czwartki też były identyczne, ale na koniec dnia musiałam brać udział w terapii grupowej. W wolne piątki przewidziano zajęcia pozalekcyjne, nie zamierzałam jednak brać w nich udziału.
Przybyłam do Dolor w środę, toteż czekał mnie pierwszy i zarazem ostatni w tym tygodniu dzień zajęć. Potem mogłam się cieszyć trzydniowym weekendem. Co prawda tego dnia miała się odbyć terapia grupowa, ale dziekan Lynch zostawił w moim rozkładzie zajęć notkę przypominającą mi, że do drugiego tygodnia włącznie czekają mnie tylko indywidualne sesje z doktor Conway.
Suszarki były na liście przedmiotów zakazanych, więc wytarłam włosy ręcznikiem, po czym włożyłam obcisłe czarne dżinsy oraz glany. Zasady dotyczące ubioru mogły być znacznie gorsze. Koszula z kołnierzykiem i z logo Dolor nie była ani workowata, ani obcisła. Całkiem dobrze leżała na mojej przeciętnej klatce piersiowej. Nie zapięłam jednak guzików.
Zapach soku i bekonu, który poczułam, gdy tylko wkroczyłam do stołówki, sprawił, że zaczęło mi burczeć w brzuchu. Wybrałam ten sam stolik co poprzedniego dnia, oficjalnie go anektując. Atmosfera podczas śniadania bardzo różniła się od nastroju przy kolacji. Poranne słońce przedzierało się przez szare chmury, jego promienie tworzyły w sporym pomieszczeniu plamy światła. Moi nowi towarzysze niedoli milczeli, smętnie wędrując od kolejki do stołów. Studenci powoli zajmowali salę, na ich twarzach widniał strach przed kolejnym dniem. Alicia, Jake oraz ich przyjaciele zajęli ten sam stół co poprzedniego wieczoru.
Jake pomachał do mnie z drugiego końca stołówki, ale pokręciłam głową. Nie potrzebowałam przyjaciół, zwłaszcza upartych. Ludzie mnie irytowali, a w towarzystwie Jake’a odsiadka dłużyłaby się jeszcze bardziej. Zamierzałam tylko unikać kłopotów i jakoś wytrzymać następne dwa lata bez zbędnych komplikacji. Gdyby Jake uwierzył, że zostaliśmy przyjaciółmi, niechybnie wyniknęłyby z tego problemy. Miałam skłonności do kąśliwych uwag i porywczego działania. Oznaczało to, że prędzej czy później zraniłabym czyjeś delikatne uczucia.
Kilka minut później do stołówki wkroczył Ollie. Ciemnoblond włosy zaczesał na bok, przez co przypominały falę. Miał na sobie prostą białą koszulkę, która opinała jego wysoki kościsty tułów. Spod niej wyzierały tatuaże, jego zaraźliwy uśmiech zdawał się rozświetlać pomieszczenie. Ciekawiło mnie, dlaczego nie włożył koszuli z symbolem Dolor. Z drugiej strony wyglądał na faceta, któremu niejedno może ujść na sucho. Zjawił się w towarzystwie nieco niższego gościa o wygolonych po obu stronach głowy kruczoczarnych włosach. Miał bardziej ponure rysy i starannie przystrzyżoną brodę. Nie zamierzałam nawiązywać na tyle bliskich relacji, żeby poznać jego imię, nazwałam go więc Wampirem.
Obaj zerknęli w moją stronę, kiedy Ollie wyszeptał mu coś do ucha.
Dziewczyna o krótko przystrzyżonych włosach pocałowała go w policzek, a Ollie rzucił mi szybkie spojrzenie, wyraźnie się spinając. Początkowo podejrzewałam, że to jego dziewczyna, ale jego reakcja mi uświadomiła, że to nieprawda.
Ponownie skoncentrowałam się na jedzeniu. Odgryzłam kawałek pozbawionego smaku naleśnika, gapiąc się w dzieciaka imieniem Zeke, który wieczorem tak wrzeszczał, a teraz jadł samotnie.
Zdecydowana większość studentów trzymała się swoich paczek, względnie unikała towarzystwa. Wyłowiłam wzrokiem rozsianych po stołówce samotników. Nie brakowało też standardowych klik – osób o niejasnej orientacji seksualnej, punków, zwykłych bandziorów, mięśniaków, złośnic czy niepełnosprawnych. Podobnie jak ja wszyscy godzili się na pobyt w Dolor, aby uniknąć odsiadki w pierdlu lub wariatkowie.
Różnorodna grupa, w której znaleźli się Jake i Alicia, stanowiła wyjątek.
Ollie i Wampir zasiedli przy stole. Po chwili Ollie wyszukał mnie wzrokiem. Było jasne, że go kręcę. W końcu ludzie instynktownie wpatrują się w obiekt swojego zainteresowania.
Kiedyś przeczytałam studium o różnych poziomach kontaktu wzrokowego. Nawiasem mówiąc, jest ich dziewięć. Ollie reprezentował poziom trzeci, czyli „półtora rzutu oka”. Gdyby jednak odwrócił oczy tylko po to, aby ponownie na mnie zerknąć, czekałby go awans na poziom czwarty, czyli „podwójny rzut oka”.
Odwrócił się, a ja utrzymałam wzrok przez kilka dodatkowych sekund.
Spojrzał na mnie znowu. „Panie i panowie, przybyliśmy na poziom czwarty”.
Wbił we mnie spojrzenie, całkowicie pochłaniając moją uwagę. Poziom piąty. W płomiennych zielonych oczach widniała niekłamana powaga, zarazem przytłaczająca i porywająca. Wyszczerzył do mnie zęby – poziom szósty – a ja pokręciłam głową zaskoczona jego arogancją. Czyżbym się uśmiechnęła? A niech mnie, naprawdę to zrobiłam! Ollie uniósł brew, dopasowując swój uśmiech do mojego. Dołeczek się mu pogłębił, lecz wreszcie wyrwałam się z jego mocy i ponownie przybrałam neutralny wyraz twarzy.
Byłam napalona, i to nie na żarty.
Pierwsze zajęcia minęły jak z bicza strzelił. Już w ostatnim roku szkoły średniej uczyłam się algebry na poziomie uniwersyteckim, a teraz wzięłam się za trygonometrię. Matma jest czarno-biała. Każdy problem ma tylko jedną poprawną odpowiedź, z reguły oczywistą.
Następne było wprowadzenie do literatury. Gdy tylko weszłam do klasy, dostrzegłam Jake’a, który szeroko otworzył oczy i walnął ręką w pusty stolik obok.
– Super – wyszeptał, gdy zasiadłam na krześle, które dla mnie zachował. Nie miałam jak się wyłgać. – Wniesiesz do tej katorgi trochę życia.
– Aż tak źle?
Jake kiwnął głową i kontynuował opowieść o nudnym profesorze i pracach, które będziemy musieli napisać w trakcie semestru. Przyznaję, że nienawidzę angielskiego, literatury i wszystkiego, co się z nimi wiąże. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego kogokolwiek interesuje fikcja, która nijak się ma do przetrwania w realnym świecie. Ilu czytelników, tyle interpretacji, a to oznacza, że nie sposób dojść do precyzyjnej odpowiedzi.
Po zajęciach Jake szybko zebrał książki, żeby za mną nadążyć. Prawie zdążyłam się mu wymknąć. „Prawie” robi wielką różnicę.
– Może razem pójdziemy do stołówki? – zapytał, łapiąc oddech.
– Pod warunkiem, że pozwolisz mi na małą prelekcję.
– Na prelekcję? – wydyszał.
– Taaa. To taka gra, która mnie kręci.
Na jego twarzy pojawił się zaciekawiony uśmiech.
– Jeśli chcesz… Co mi tam.
Co prawda już go rozgryzłam, ale i tak dla efektu obrzuciłam go uważnym wzrokiem. Jake się wyprostował, przez co zdał się jakieś dwa i pół centymetra wyższy. Miałam tylko metr sześćdziesiąt wzrostu, a on przewyższał mnie najwyżej o jakieś dziesięć centymetrów.
– No dobra, Jacob… Używasz imienia Jake, bo czyni cię mniej… męskim. – Wywrócił niebieskimi oczami, po czym przełożył książki do drugiej ręki. Z jego zachowania jasno wynikało, że jest za pan brat z kobiecą stroną swej natury. – Jesteś średnim dzieckiem, które wychowało się z siostrami… – Jake otworzył usta, lecz uniosłam palec, nie pozwalając mu dojść do słowa. – Masz starszego brata, który jest świetnym sportowcem. Rodzina zawsze cię z nim porównywała. Oznacza to, że urodziłeś się jako trzeci z czwórki rodzeństwa. – Jake uniósł brwi. Jego reakcja znaczyła, że jestem na właściwym tropie. – Pochodzisz z religijnej rodziny. Zawsze starałeś się świecić przykładem. Przestrzegasz wpojonych ci zasad, starasz się postępować słusznie… ale rodzice i tak cię tu wysłali, żeby wyleczyć cię ze skłonności homoseksualnych.
Jake pokręcił z niedowierzaniem głową.
– Cholera, naprawdę jesteś dobra w te klocki.
Strąciłam z ramienia wyimaginowany pyłek.
– To mój dar. Nie rozumiem tylko, dlaczego zgodziłeś się tu przyjechać. Jesteś przecież dorosły. Rodzice nie mogli cię zmusić.
– Racja, nie mogli mnie zmusić… Ale przekupstwo to inna para kaloszy.
Podczas spaceru dowiedziałam się, że Jake miał chłopaka i pewnego dnia ojciec przyłapał ich w łóżku. Jake tak szybko trafił do Dolor, że nie zdążył się nawet pożegnać. Początkowo władze uczelni chciały go odprawić, ale ojciec chłopaka jest pastorem i obiecał nagonić im więcej studentów skazanych na prace społeczne, jeśli tylko przyjmą jego syna.
Jake próbował mnie namówić, żebym zjadła z nim obiad, postanowiłam jednak trzymać się własnego stolika.
Kiedy uporałam się z posiłkiem, wyciągnęłam rozkład zajęć. Następna była psychologia, mój ulubiony przedmiot. Skrzyżowałam na stole ręce, oparłam na nich głowę i tak leżałam, aż rozległ się dzwonek.
Powiodłam wzrokiem do stołu Jake’a. Dziewczyna o krótko przystrzyżonych włosach oparła głowę o bark Olliego i rozmawiała z Wampirem. Alicia i Jake śmiali się, wskazując siedzącą na drugim końcu pomieszczenia dziewczynę, która miała wyraźne problemy z doniesieniem jedzenia do ust. Ollie zauważył ich rozbawienie, zerknął, co ich tak cieszy, i uderzył pięścią w stół.
Nie mogłam dosłyszeć ich rozmowy, więc udawałam, że są postaciami w operze mydlanej, którą uzupełniam o własny komentarz. Krótkowłosa dziewczyna zdjęła głowę z ramienia Olliego, po czym zwinęła się obok niego w kłębek, a on zerknął w moim kierunku. Odwróciłam głowę – udawałam, że wyglądam przez okno. Widok był marny, ale nie podobał mi się wpływ, jaki wywierało na mnie jego spojrzenie. Lgnęłam do niego, traciłam niespodziewanie kontrolę, która była przecież jedynym, co miałam.
Na psychologię chodziło najwyżej dziesięciu studentów. Co prawda z przodu sali było sporo wolnych miejsc, ale i tak wybrałam stolik w ostatnim rzędzie. Jak zwykle musiałam zachować panowanie nad sytuacją. Tym sposobem widziałam wszystkich przede mną, znałam drogę ewakuacyjną i rozumiałam otoczenie.
Profesor jeszcze się nie pojawił, więc przeanalizowałam każdego studenta. Niektórzy się garbili, inni siedzieli wyprostowani, oczekując na rozpoczęcie zajęć. Rozgryzłam też, którym towarzyszą przyjaciele, a którzy są sami. Na prawym skraju drugiego rzędu siedziała dziewczyna o krótkich blond włosach i wąskich ramionach, która co dziesięć sekund zerkała w stronę drzwi.
Najwyraźniej na kogoś czekała.
– Witajcie, moi drodzy – wymamrotał dżentelmen, który wpadł nagle do sali. – Przepraszam za to nieznaczne spóźnienie. Wyciągnijcie szybko podręczniki i znajdźcie rozdział poświęcony hierarchii potrzeb Maslowa. Nie marnujmy więcej czasu.
Był niedogolonym drobnym mężczyzną o sztywnych siwych włosach, w zsuniętych na czubek nosa okularach. Grzebał chwilę w papierach leżących na katedrze. Wyraźnie nie dbał o wygląd – niedokładnie wetknął koszulę w spodnie koloru khaki, które były o dwa rozmiary za duże. Wszystko wskazywało na to, że często się spóźnia.
Na chwilę oderwał się od dokumentów. Natychmiast przykułam jego uwagę.
– Jestem doktor Kippler. Jeśli potrzebujesz podręcznika, za tobą jest regał z książkami.
Kiedy ponownie zajęłam miejsce, zaczęłam kartkować podręcznik, a doktor Kippler ponownie przemówił:
– Miło z twojej strony, że do nas dołączyłeś, Masters.
Uniosłam głowę i zobaczyłam, że Ollie zasiada w drugim rzędzie, zaraz obok dziewczyny o krótkich jasnych włosach. No tak, najwyraźniej czekała na niego. Jej drobne ramiona się rozluźniły, wetknęła za ucho blond kosmyk.
– Tym razem nie będę drążył tematu, bo sam się spóźniłem, ale to ostatnie ostrzeżenie, Masters – dodał doktor Kippler.
Od razu wiedziałam, że to normalka. Mogłam iść o zakład, że nigdy nie wykaże się punktualnością.
Ollie kiwnął głową, po czym odwrócił się do blondynki, która delikatnie położyła mu dłoń na ramieniu. Kiedy jednak mnie dostrzegł, szybko poświęcił mi pełną uwagę.
Przez trzy intensywne sekundy patrzył mi w oczy. „Cześć”, powiedział bezgłośnie, poruszając tylko ustami.
Blondynka się odwróciła, aby sprawdzić, co pozbawiło ją uwagi Olliego. Zmrużyła oczy, a ja pomachałam do obojga palcami.
Kippler odchrząknął. Ollie i jego towarzyszka gwałtownie poderwali na niego wzrok.
– Masters, wymień sześć emocjonalnych potrzeb człowieka.
Ollie się rozluźnił i wyciągnął przed siebie długie nogi.
– Poczucie pewności, różnorodność, status, miłość, rozwój osobisty i przynależność – odpowiedział, nie otwierając nawet podręcznika.
– Które z nich są konieczne do przetrwania? – zapytał Kippler.
– Poczucie pewności, różnorodność, status… i miłość.
Parsknęłam śmiechem, kiedy wymienił ostatnią pozycję.
– Czyżbyś się nie zgadzała, panno… – Kippler spojrzał na listę nazwisk. – Panno Jett?
Postukałam ołówkiem w krawędź biurka, wszyscy zwrócili się w moim kierunku.
– Nie, proszę sobie nie przeszkadzać. Świetnie sobie radzicie – powiedziałam, uniosłam w górę kciuk i obdarzyłam ich podkreślającym sarkazm uśmiechem.
Bywałam już w podobnych sytuacjach. Na tej wojnie nie było zwycięzców. Miałam swoje poglądy na temat miłości, które nie pokrywały się z przekonaniami innych. Nie zamierzałam nikogo przekonywać do swoich racji.
– Becks, która z potrzeb jest dla ciebie najważniejsza? – Kippler wziął na celownik siedzącego w przodzie piegowatego chłopca o czerwonych włosach. Mogłam iść o zakład, że jest podpalaczem. Nawet marchewkowa czupryna podkreślała jego naturę.
– Status – odpowiedział Becks, a ja wywróciłam oczami zadowolona z trafności swojej oceny. – Chcę być dostrzeżony. I doceniony – dodał.
Taaa, za pomocą ognia.
– Gwen? – zapytał Kippler.
Gwen, czyli towarzysząca Olliemu blondynka, przysunęła się do niego.
– Poczucie pewności – odparła. Ollie usiadł wygodniej w krześle, a dziewczyna ciągnęła: – Chcę czuć się bezpieczna, zwłaszcza jeśli chodzi o relacje międzyludzkie – powiedziała tak, że atmosfera się zagęściła.
– A co ty uważasz za swoją największą potrzebę, Masters?
Nie mogłam się doczekać jego odpowiedzi. Byłam przekonana, że ceni sobie status. Odkąd przybyłam do Dolor, dziewczyny wręcz zabijały się o jego względy. Wyglądał mi na faceta, który pragnie uwagi i lubi czuć się pożądany.
– Ciężko powiedzieć, Kipp. Kusi mnie, żeby wybrać miłość, ale to żadna emocja.
Że jak?
– Mógłbyś to rozwinąć? – poprosił doktor Kippler.
– Emocje są zmienne. Miotają się między ekstremami w zależności od warunków, a miłość… – Pokręcił lekko głową. – Miłość jest stała. Nie poddaje się wpływowi emocji. – Westchnął. – Miłość jest nieugięta, Kipp. Dlatego nie nazwałbym jej emocją.
Wpatrywałam się w tył jego głowy, unosząc brwi.
Zamyślony doktor Kippler podrapał się po brodzie.
– Skoro tak, jaką emocję wstawiłbyś w miejsce miłości?
Ollie zachichotał.
– Dobre pytanie.
W pokoju zrobiło się cicho, gdy nauczyciel obrzucił nas wzrokiem.
– To może Jett? Którą potrzebę emocjonalną stawiasz na pierwszym miejscu?
Znowu znalazłam się na celowniku, więc spojrzałam na niego wyzywająco.
– Różnorodność – powiedziałam bez wahania. Odpowiedź była dla mnie oczywista.
– Mogłabyś to rozwinąć?
– Nie.
Doktor Kippler kiwnął głową w uznaniu mojej szczerości, po czym ponownie zwrócił się do wszystkich:
– Mała uwaga dla tych, którzy nie zapoznali się z różnorodnością. Chodzi o pragnienie zmiany oraz o gotowość do tego, by rzucić wyzwanie status quo. No chyba że Masters ma ochotę znowu zmienić definicje – dodał, posyłając Olliemu wyzywający uśmieszek. W sali rozległ się chichot, lecz Ollie pokręcił głową, toteż Kippler ciągnął: – Mówiąc poważnie, wasze odpowiedzi sugerują, dlaczego znaleźliście się w Dolor. – Złożył dłonie dumny z odkrywczego stwierdzenia.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *