Nowości

Kobiety w blasku słońca

Kolejna propozycja autorki bestsellerowej powieści “Pod słońcem Toskanii” – pełna ciepła, wzruszeń, przepysznych opisów miejsc, potraw i przyjaźni.


Kobiety w blasku słońcaFrances Mayes z charakterystyczną dla siebie czułością tka historię czterech kobiet, które – wcześniej sobie obce – budują silną więź, odkrywając razem piękno Włoch. Przed upływem najbardziej wyjątkowego roku w życiu każdej z nich, wszystko ulegnie zmianie. Na zawsze.

Obserwując z tarasu trzy Amerykanki, które wnoszą bagaże do kamiennej willi położonej niżej na zboczu wzgórza, ich rodaczka zadaje sobie pytania: Kim są i co je sprowadza do tego toskańskiego miasteczka daleko od domu? Czy odnajdą to, czego tu szukają?

Kit Raine, amerykańska poetka i pisarka mieszkająca na stałe w Toskanii, zbiera materiały do biografii swojej bliskiej przyjaciółki, której skomplikowana osobowość wciąż kładzie się cieniem na jej życiu. Proces ten przerywa przybycie Julii, Camille i Susan. Trzy kobiety połączyła niedawno spontaniczna przyjaźń o mocy wyrywającej korzenie i zmieniającej kierunki życiowych ścieżek. Susan, najodważniejsza z nich, namówiła pozostałe do szalonego pomysłu wynajęcia pięknej ogromnej willi w Toskanii, na przekór wszelkim stereotypom o statecznych emerytkach. Chociaż żadna z nich nie ma pojęcia o kulturze kraju, w którym się znalazły, nowo odkryta żądza przygód napawa je odwagą, apetytem na życie oraz determinacją, by czerpać z niego to co najlepsze. Tylko w jaki sposób? Mogą liczyć na pomoc Kit – pod jej łagodnym wpływem, trzy nowicjuszki rzucają się w wir włoskich przyjemności, realizują dawno zapomniane pasje i ambicje. Skutki są drastycznie nieprzewidywalne.

***

Urokliwe opisy kolorów, smaków, miejsc turystycznych we Włoszech, ogrodów, ręcznego czerpania papieru, poezja narratorki… Wszystko to sprawia, że warto sięgnąć po tę książkę. O każdej porze roku.
“Kirkus”

Czy to Południe Stanów Zjednoczonych czy Włochy, Frances Mayes zaprasza nas do domu, gdzie króluje bujna przyroda i wyostrzają się wszystkie zmysły. “Kobiety w blasku słońca” to zarazem podróż emocjonalna, wciągająca opowieść o zapadających w pamięć kobietach w przejściowym okresie życia. Towarzyszymy im, gdy żeglują po morzu zmian. To doskonała powieść o pisaniu, gotowaniu i… życiu.
Jill McCorkle, autor książki “Life After Life”

Powieść Frances Mayes o ucztach i przyjaźniach czterech Amerykanek na tle toskańskiej wsi to radość dla zmysłów i szansa dla nas wszystkich na dostrzeżenie nowych możliwości. “Kobiety w blasku słońca” jest jedną z tych książek, które się smakuje powoli – zostawia otwarte na stoliku, by czytać te same ustępy kilka razy.
Nancy Thayer, autorka książki “Czas przypływu”

Frances Mayes przeszła samą siebie. Książka jest przepiękna stylistycznie, wspaniałe konstrukcje zdań kojarzą się z architekturą, którą tak sprawnie opisuje. Czuję się, jakbym wróciła z Włoch. Co ważniejsze, mam wrażenie, jakby te kobiety – ich mężczyźni i dzieci – wciąż przechadzali się po zakamarkach mego umysłu.
Lee Smith

Frances Mayes wydaje się posiadać na własność toskańskie słońce. Jej powieść jest uroczą, kameralną podróżą zabarwioną przyjaźnią, stratą i nadzieją. Wszystko to na tle nieskończonego piękna toskańskich krajobrazów. Ukojenie i wybaczenie, dostępne wyłącznie dzięki wyprawie do Włoch. Che bella!
Adriana Trigiani, autorka książki “W stylu Valentine”

“Kobiety w blasku słońca” olśniewają egzotycznym czarem Włoch. Tym razem widzianych oczami trzech Amerykanek, które muszą nauczyć się rozstawać z przeszłością, aby w pełni docenić nową kulturę, przyjaźnie i życiowe szanse. Zachwycająca lektura!
Mary Alice Monroe, autorka książki “Letni wiatr”

Wielbiciele Mayes będą zachwyceni kolejną podróżą pod słońce Toskanii, gdzie zamieszkała tym razem amerykańska pisarka Kit Raine… Słońce i zabawa, dobra kuchnia i przyjaźń – nie ma nic lepszego.
“Library Journal”

Frances Mayes napisała siedem książek o Toskanii, łącznie z kultową już powieścią “Pod słońcem Toskanii”, która królowała na liście bestsellerów “New York Timesa” przez blisko trzy lata i doczekała się ekranizacji wyprodukowanej przez wytwórnię Touchstone z Diane Lane w roli głównej. W ślad za nią ukazały się “Bella Toskania” i “Codzienność w Toskanii”. Ponadto Frances Mayes jest autorką powieści “Słodka, leniwa Georgia”. sześciu tomów poetyckich oraz opracowania “The Discovery of Poetry”. Jej książki zostały przetłumaczone na ponad pięćdziesiąt języków.

Frances Mayes
Kobiety w blasku słońca
Przekład: Magdalena Rychlik
Wydawnictwo Prószyński Media
Premiera: 3 lipca 2018
 

Kobiety w blasku słońca


PRZYBYCIE

PRZYPADKIEM BYŁAM ŚWIADKIEM przyjazdu trzech Amerykanek. Od kilku godzin czytałam w ogrodzie, robiąc notatki i oznaczając marginesy czarnymi kropkami, abym mogła odnajdywać potrzebne fragmenty bez przetrząsania całej książki. Około czwartej trzydzieści – dość wcześnie, jak to zwykle bywa, gdy dni stają się coraz krótsze – zaczęłam myśleć o kolacji. Postanowiłam przyrządzić pulpety jagnięce i zerwać trochę boćwiny wciąż obficie zarastającej grządki. Boćwina z rodzynkami, czosnkiem i skórką pomarańczy. Tymianek i pietruszka do drobnych ziemniaczków, które Colin wykopał pod koniec lata. Odłożyłam książkę. Zrobiło się chłodno, poszłam więc do domu po kosz na drewno i ruszyłam w stronę szopy po kilka gałęzi oliwnych potrzebnych do rozpalenia kominkowego grilla.
No cóż, kolejna ucieczka przed pisaniem o Margaret, genialnej pisarce i trudnej przyjaciółce. Uwielbiam jej książki, ale ten mój projekt przypomina próbę rozniecenia ognia mokrymi zapałkami – czytam wciąż i czytam, zamiast pisać. Jej Schody do Palazzo del Drago przeczytałam kilkanaście razy.
Książka może być portalem. Każda z tych napisanych przeze mnie szczelnie zamyka jakąś ślimaczą skorupkę, po każdej otwieram się na nowe przestrzenie. Kiedyś tematy wybierały mnie same i tylko podążałam z zadowoleniem za ulotnymi obrazami widzianymi kątem oka, za liniami, które gwałtownie skręcają i załamują się niczym wykres elektrokardiografu. Albo jak bustrofedon, strumień liter od lewej do prawej i od prawej do lewej, przypominający trasę wołu zaprzężonego do pługa.
Niekiedy pismo zaczyna płonąć jak ognisko na polu wzniecone przez niegrzecznych chłopców. Jestem wówczas w euforii. Tym razem jednak temat wybrałam na chłodno, miałam pisać o przyjaciółce. Czuję się podobnie jak w czasach studenckich, kiedy w mękach wydawałam z siebie esej Koncepcja czasu w Czterech kwartetach T.S. Eliota. Praca sprawiała przyjemność, a zarazem przygniatało mnie upokorzenie z powodu własnych ograniczeń.
Łatwo się rozpraszam. Te jabłka na trzeciej terasie – już pomarszczone, ale wciąż złoto połyskujące jak w micie o trzech gracjach – kuszą wizją szarlotki. Poplątana jedwabista sierść Fitzy’ego wymaga szczotkowania. Moja fryzura też pozostawia wiele do życzenia. Teraz, kiedy funghi porcini rosną pod każdym dębem, chętnie zaprosiłabym gości na polentę z grzybami i kiełbasą. Moje myśli rozbiegają się w różne strony.
Człowiek działający pod wpływem poczucia obowiązku jest podatny na rozpraszacze.
Kiedy wybierałam chrust, zerknęłam na dół akurat w chwili, gdy Gianni, miejscowy taksówkarz, skręcił ostro na długi podjazd Malpiedich po drugiej stronie ulicy. Koła białego vana zachrzęściły na wysuszonym ściernisku. Malpiedi – Chore Stopy. Uwielbiam włoskie nazwiska, kojarzą mi się z imionami, które przybieraliśmy jako dzieci podczas zabaw w Indian na opuszczonym parkingu niedaleko mojego domu w Coral Gables na Koralowych Wzgórzach. Wędrujący Niedźwiedź, Jelenie Serce, Prosta Strzała. Jedna z koleżanek wybrała przydomek Spłuczka Toaletowa. Tutaj mamy: Bucaletto – Dziura w Łóżku, Zappini – Mała Ulicznica, Tagliaferro – Żelazny Nóż, Taglialagamba – Obcinający Nogi (być może chodzi o rzeźnika specjalizującego się w ćwiartowaniu owiec?), Cipollini – Cebulka, Tagliasopra – Wysokie Wcięcie, Bellocchio – Piękne Oko. Nazwy tętniące życiem.
W pierwszych latach spędzonych we Włoszech, gdy fascynowała mnie każda sylaba, kolekcjonowałam takie cudeńka. Ilekroć znajdowałam w hotelu książkę telefoniczną, czytałam ją w nocy i wyszukiwałam same perełki: Caminomerde (Kominowe Gówno – kryje się za tym pewna historia), Pippisecca (Sucha Rura albo Penis) czy Pescecane (Psia Ryba). A wspaniały Botticelli? Baryłka.
Chore Stopy przestały istnieć. Byłam na pogrzebie Luisy niedługo po tym, jak świętowała ostatnie urodziny w towarzystwie przyjaciół i erotycznie udekorowanego tortu; figurki z ogromnymi penisami przypominały freski z Pompei w neapolitańskim muzeum. Przechodząc obok ich stolika w restauracji, zerknęłam ze zdumieniem na różowo-zielone cukiernicze dziwo, nad którym wszyscy pokładali się ze śmiechu. Zawstydziłam się, gdy napotkałam wzrok pulchnego męża jubilatki, Tity, mężczyzny o opadających ramionach i króliczych oczach. Luisa zmarła nagle z powodu zapalenia uchyłku – nie mogłam się oprzeć myśli, że zjadła za dużo tortu. Wkrótce w jej ślady poszedł Tito: podczas samotnej kolacji zadławił się kęsem wieprzowiny, a nie było przy nim nikogo, kto mógłby zastosować chwyt Heimlicha. (Wolę nie wyobrażać sobie załzawionych, wychodzących z orbit oczu). Ich córka, Grazia – śmieje się, jakby chrząkanie świni przechodziło w ryczenie osła – odmalowała kilka pokoi, wstawiła zmywarkę i dała ogłoszenie w sprawie najmu, po czym wróciła do miasta, gdzie mieszka z chorą ciotką. Znacznie później się dowiedziałam, że wynajem miał opcję wykupu po roku od zamieszkania. Grazia nie planowała powrotu do wielkiego domu z kamienia, chłodnego w lecie, ale trudnego do ogrzania zimą. Brakowało mi sąsiadów, tęskniłam nawet za tymi latami, kiedy ich córka uczyła się grać na skrzypcach, Luisa na pianinie, a Tito na saksofonie, i godzinami musiałam słuchać dobiegających z naprzeciwka fałszywych dźwięków. Mieszkaliśmy na tym wzgórzu jedenaście lat, nasze życia toczyły się równolegle, aż nagle ich dom całkowicie opustoszał w ciągu sześciu miesięcy i tylko kuchenne okiennice łomotały nocą na alpejskim wietrze.
Zawsze byłam pod wrażeniem tego domu: ogromnej kamiennej bryły solidnie zakotwiczonej na długiej, płaskiej półce naszego zabudowanego wzgórza, z wielkimi portone wyposażonymi w kołatki w kształcie głowy sfinksa, popularne od czasów, gdy Rzymianie plądrowali Egipt. Nad drzwiami półkoliste okno i ozdobny inicjał z kutego żelaza – litera S z zawijasami – zapewne od imienia osoby, która zbudowała to imponujące domiszcze trzysta lat temu. Po przycięciu jaśminowych gałęzi ukazałby się napis VIRET IN AETERNUM. Wiecznie kwitnący. Dumne motto. Posiadłość nosi nazwę Villa Assunta. Być może budowa zakończyła się w okolicach święta Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, Ferragosto. Sześć dużych pokoi na planie kwadratu na górze, sześć na dole. Łazienki wydzielono później, ale nie szkodzi.
Kiedy moje drzewa owocowały zbyt obficie, zanosiłam Ticie i Luisie kosz pełen śliwek. Na woskowane kafle ganku padał snop światła z otwartych drzwi. Widziałam ogromne okno na końcu korytarza, a przez nie bujną zieloną koronę lipy, w zimie zaś nagie czarne gałęzie jak ze szkicu węglem.

SAMOCHÓD GIANNIEGO ZNIKNĄŁ za srebrzystą zasłoną liści drzew oliwnych i tylko od czasu do czasu połyskiwał zza nich bielą. Pokonał zaniedbany podjazd i wjechał na zarośnięty parking przed domem, na którym Luisa często zostawiała swojego niebieskiego fiata cinquecento z otwartym dachem, nawet gdy padał deszcz. Zawsze chciałam wykorzystać ten obraz w jakimś wierszu, lecz nigdy nie pasował.
Z białego vana wysiadły trzy kobiety, bynajmniej nie gracje, zwłaszcza gdy zmagały się z nieporęcznymi bagażami. Gianni wyjął cztery gigantyczne walizy i z trudem przemieścił każdą po kolei pod drzwi. Nie słyszałam głosów nowo przybyłych, chociaż miałam wrażenie, że śmieją się i pokrzykują. Pomyślałam, że przyjechały na jesienne wakacje. Niektórzy turyści bardziej od letniego zgiełku cenią sobie spokój po zakończeniu sezonu. Miałam nadzieję, że nie będą zbyt hałaśliwe, bo odgłosy niosą się tutaj po wzgórzach. Gdyby dołączyli do nich mężowie, zaczęłoby się wieczorne biesiadowanie, wkradłby się chaos. Zastanawiałam się, kim są. Nie były już młode.
Pamiętam, jak sama tutaj przyjechałam – Dio, to już dwanaście lat temu, a mam wrażenie, jakbym zaledwie wczoraj wysiadła z samochodu i pierwszy raz popatrzyła na opuszczone wiejskie domostwo z kamienia. Od pierwszej chwili wiedziałam – co takiego? Że to jest to. Że tutaj stworzę dla siebie przyszłość.
Czyżby one myślały podobnie? Margaret, bohaterka mojej książki, utracona przyjaciółka, też przybyła niegdyś – długo, długo przede mną – do domu z ozdobnego kamienia u stóp wieży Il Palazzone (w istocie, wielki to pałac) nieświadoma, co zastanie. Przede wszystkim „prezent” od byłych właścicieli nazywanych przez nią chłopami – ogromną zawodzącą maciorę pozostawioną w zamknięciu na parterze.
Margaret była prawdziwą emigrantką, nie to, co ja – w ciągłych rozjazdach między dwoma krajami. W haftowanych pantoflach i weneckim płaszczu z aksamitu ręcznie zdobionego metodą devoré, w niczym nie przypominała tych trzech nieznajomych kobiet w wysokich botkach i bufiastych kurtkach w kolorze fuksji, pomarańczy i szafranu.
Jaskrawa fuksja wyjmuje z samochodu transporter, po czym wypuszcza z niego małe, rudawe, hałaśliwe stworzonko, które zaczyna biegać wokół ludzkiego stadka, niemal unosząc się nad ziemią ze szczęścia. Skoro przywiozły ze sobą psa, odgadłam, to pewnie przyjechały na dłużej.
Wróciłam do wybierania gałęzi na opał. Gesty tych kobiet i ruchy wydały mi się nagle odległe, patrzyłam na nie jak na żywy obraz, swoiste tableau, współczesną ilustrację do średniowiecznego modlitewnika: szare niebo, zwalisty dom w ostatnich promieniach popołudniowego słońca, kamienie połyskujące, jakby były pokryte ślimaczym śluzem, szyby z ornamentowego szkła odbijające światło niczym lustra. Pomiędzy domem sąsiadów i moim wydłużone cienie cyprysów utworzyły pasiasty wzór na wiejskiej drodze. Kobiety, oddzielone ode mnie jakby leciutkim muślinowym welonem (popołudniowe światło nadaje tutaj wszystkiemu miodowy odcień), idą wolno ku drzwiom. Gianni operuje w zamku żelaznym kluczem, który wisiał na postrzępionej pomarańczowej wstążce na haku obok wejścia. Wiedziałam, że wkrótce poczują unoszący się w zamkniętym domu zapach starych książek. Wejdą do środka i zobaczą okno w holu, a za nim złotą koronę lipy. Być może zatrzymają się z westchnieniem: Och, a więc to jest nasze miejsce. Dlaczego mam w oczach łzy?
Luiso, nie zdążyłaś usunąć tego znamienia z podbródka, nie usuwałaś nawet grubych włosów, które z niego wyrastały i wzbudzały we mnie niewytłumaczalną ochotę, by ich dotknąć. Za późno, nie ma cię (już prawie rok), nie ma Tity i jego – olbrzymiego lub nie – fallusa, łagodnego uśmiechu. Wszystkie te miesiące w wielkiej starej kuchni z kominkiem, przy którym siadało się w fotelach, popijało vin santo i opowiadało wojenne historie o ludziach wracających boso z Rosji, przepadły. Ta rozlazła Grazia mogła choć trochę uprzątnąć podwórze. Wszystko przeminęło. Przeminęło z wiatrem, jak w tytule książki, którą zaczytywałam się we wczesnym nastolęctwie (nadal uważam, że to świetny tytuł). Margaret również via col vento, przeminęła z wiatrem. Cóż za przenikliwa pisarka, ta la Margherita. Takie bystre spojrzenie. Analizowałam jej prosty, zwięzły styl. Lubię używać spójnika „i”, bo dla mnie wszystko się ze sobą łączy. Ona nie używała go wcale, uważała, że nic nie jest ze sobą powiązane. Styl pisania zawsze zdradzi, kim jesteś.
Z biegiem lat jej proza została zapomniana, nawet Wschód słońca nad niebieskimi kwiatami, książka, która zdobyła uznanie krytyków i miejsce na liście bestsellerów. Niewielu pisarzom, których znam, jej nazwisko coś teraz mówi. Odczuwam dojmującą potrzebę, by wskrzesić zainteresowanie tymi kilkoma stworzonymi przez nią dziełami, chociaż nie łudzę się, że mam moc zapewnienia Margaret miejsca w kanonie literatury, o ile ów kanon jeszcze istnieje.

PRZYJAZDY. NOWE MOŻLIWOŚCI. Pamiętam swoją przeprowadzkę: czarny żelazny klucz wręczony przez agenta o nazwisku Pescecane (tak, Psia Ryba) po złożeniu ostatniego podpisu na umowie, chodzenie po pustych pokojach i ich liczenie – jedenaście, większość niedużych. Cztery na samym dole służyły niegdyś za mieszkanie zwierzętom hodowlanym, nadal miały oryginalne podłogi z kamienia pokryte białym nalotem od uryny. Wysokie sufity w pokojach na górze – dom miał kiedyś strych (dawno zawalony) do składowania ziarna i kasztanów. Zapomniałabym o zawilgoconym składziku na wino przyklejonym do długiego skrzydła z kuchnią i jadalnią. Pamiętam skrzypnięcie zasuwy, otwarcie na oścież okiennic i ten widok niczym dar niebios. Casa Fonte delle Foglie, fontanna liści. Może właśnie dlatego zakochałam się w tym miejscu – z powodu poetyckiej nazwy nabazgranej na najstarszych mapach okolic, doskonałej dla mojej działki na wzgórzu porośniętym drzewkami oliwnymi, lipami, ostrokrzewem i sosnami. Wnętrze domu widziałam przed zakupem tylko raz, nie zwróciłam wtedy uwagi na dwa kominki na górze, opadającą belkę w kuchni ani nawet na mysie szkielety w spiżarni. Dom od pierwszego wejrzenia wydawał się mój. Zakasałam rękawy – bynajmniej nie w przenośni – i przystąpiłam do pracy.
Czy to, co teraz widzą te trzy kobiety, zostanie z nimi na zawsze, czy zatrze się w pamięci, nim wakacje dobiegną końca? Jak tamten dom w Mugello na północ od Florencji, który wynajęłam kiedyś w lipcu; zamrażalnik starej lodówki przypominał igloo, nie domykała się przez ten lód, a dotknięcie uchwytu przyprawiało o dreszcze. Nie jestem w stanie przypomnieć sobie sypialni, ale pamiętam kartki świąteczne sprzed kilkudziesięciu lat i zaproszenia na chrzciny znalezione w jednej z szuflad. Pamięć zamknęła wszystkie drzwi na długim korytarzu oprócz jednych, na samym końcu, prowadzących do pustego białego pokoju z odchodami gołębi na podłodze pod krokwią. Kto się decyduje, by zapuścić korzenie w obcym kraju, całkiem sam? Ja to zrobiłam. Margaret – cóż, ona była urodzonym wędrowcem.
– Teraz już nigdy nie wrócisz do domu – przestrzegała mnie czasem.
Zawsze można do niego wrócić, tylko że czasem traci się pewność, gdzie on się znajduje. Ilu już widziałam śmiałków, pełnych nadziei, gdy zaczynali budować tutaj nowe życie, budzących się pewnego dnia – po remoncie, po lekcji włoskiego („A mówią, że to taki łatwy język”), po wyschnięciu studni, po licznych obficie zakrapianych winem lunchach w towarzystwie innych kiepsko władających językiem włoskim, po mroźnej zimie – z myślą: „Co ja tutaj, do diabła, robię?”.
Mimo wszystko przyciąga nas tu potężna siła. Przyciągnęła Margaret, przyciągnęła mnie. Na dworcu kolejowym we Florencji tablice wyświetlające przyjazdy migają tuż obok tych, które zachęcają do odjazdów. Treni in arrivi, treni in partenze – sugerują to jedno, to drugie (po dziś dzień odczuwam pokusę, by wsiąść do któregoś z tych pociągów). Margaret porzuciła Casa Gelsomino, swój Jaśminowy Dom, który długo był jej przeznaczeniem, aż wreszcie przestał nim być. Pojechała do Ameryki, ale wracała na lato, dwukrotnie spędziła je u nas. W tym czasie była krytyczna wobec Italii.
– Jesteś naiwna jak dziecko – powiedziała do mnie ze zniecierpliwieniem pewnego wieczoru. – Z tym swoim nieustającym zadziwieniem.
Nic nie odrzekłam. Już drugi raz wydała na mój temat tak ostry sąd.
Colin stanął w mojej obronie:
– Ależ Margaret, nie opowiadaj głupot. Kit nie ma klapek na oczach. – I nalał jej kieliszek grappy na zakończenie wieczoru.
– Włochy są bardzo stare. Tyle przynajmniej ci wiadomo. Ale nie wiesz, że nawet dzieci rodzą się tutaj stare. – Wychyliła trunek jednym haustem, aż oczy wyszły jej z orbit, i rzuciła na odchodne: – Buona notte.
A te trzy kobiety – wybierają właśnie sypialnie, wykładają bagaże na łóżka, orientują się, że w toskańskich willach nie ma szaf, za to w każdym pokoju na górze są przepastne skrzypiące armadio – co je sprowadza do chłodnego domu Luisy? Czy zakończenie ich historii jest splecione z początkiem? W moim początku jest mój kres Eliota drażniło mnie na pierwszym roku studiów. Cóż za posępna wizja, myślałam wtedy, dziś natomiast zastanawiam się, kiedy i jak mój czas tutaj dobiegnie końca. Przeznaczenie – to słowo może nazbyt wiele obiecuje, lecz jakaż inna czerwona nić łączy nieprzewidywalny koniec z dniem, kiedy przybyłam tutaj w białej letniej sukience, otworzyłam drzwi, rozpostarłam ramiona, zrobiłam taneczny obrót, ku zaskoczeniu agenta, i zawołałam: „Jestem w domu”.

IDĘ DO DOMU, niosę koszyk z drewnem, ostatnie promienie słońca eksplodują ognistymi plamami na jeziorach w dolinie, mam naręcze boćwiny, gałązki tymianku i rozmarynu w kieszeni, Colin macha do mnie, stojąc w drzwiach, Fitzy daje susa w stronę złotego spadającego liścia, na ogrodowym leżaku zostały Schody do Palazzo del Drago, Gianni naciska klakson i układa usta w pozdrowienie buona sera, signora, po czym odjeżdża szybko swoim vanem już bez pasażerek, jakaś cicha muzyka – Lucio Dalla? – dobiega zza progu i właśnie wtedy tak po prostu poczułam, że to temat znów wybrał mnie.

SZALONA SAŁATKA

KLOPSIKI CIELĘCE COLINA, OGIEŃ w kominku, wyśmienite brunello z naszej piwniczki i niespodziewana ulewa za oknem, krople deszczu uderzające w czarne szyby – czego chcieć więcej? Doświadczyłam w życiu wielu wspaniałych chwil, nic jednak nie może się równać z wieczorem w domowym zaciszu, koncertem Bacha w tle i paroma garściami kasztanów do upieczenia nad ogniem. Mam szczęście, że siedzę tu dziś i słucham, jak Colin porównuje różne wersje ukochanych oper Mozarta, opowiada o Pasażach Waltera Benjamina, najbardziej zagmatwanej książce, jaką napisano, i o oderwanej kieszeni sztruksowych spodni. Poza tym pilnuje, by nasze kieliszki były napełnione do połowy, wznosi toasty za nieobecnych przyjaciół i wygląda przystojnie w ciepłym świetle kominka, kiedy nachyla się, by dołożyć do ognia.
Gdy obracam kieliszek, na ścianie wyświetla się kaskada ognistych półksiężyców – połamanych, transparentnych, zderzających się ze sobą. Co powinnam teraz przedsięwziąć? Gdzie szukać tego czegoś, co zapowiada mój los, co sugeruje przeznaczenie tych trzech kobiet, które być może właśnie odkryły okupowaną przez pająki piwniczkę z winem Tity i otwierają zakurzoną butelkę niewątpliwie skwaśniałego vino nobile di Montepulciano? Głęboko w pamięci utkwił mi pewien rytuał praktykowany w starożytnym Egipcie. Otóż w dniu narodzin faraona niewolnicy zaczynali budować jego grobowiec. Kiedy zabraknie już miejsca w moim ulubionym notatniku, a komputer zapełni się plikami pełnymi notatek, słów i pytań, co będzie z nowymi mieszkankami wzgórza? Czy wyjadą, czy Margaret wreszcie spocznie w spokoju, czy ja sama zostanę tutaj, czy może będę gdzie indziej?
Jestem solidnym opowiadaczem. Chyba. Nie jestem pewna. Należę do tych pisarzy, którzy lubią pracować nad dwiema lub trzema rzeczami jednocześnie. Sporadycznie piszę wiersze, zawsze pod wpływem natchnienia. Pod tym względem całkowicie zgadzam się z Keatsem, według niego poezja powinna się pojawiać w sposób naturalny, niczym liście na drzewie. Proza jest bardziej przyziemna, porównuję ją do gotowania – lubię mieć wszystkie palniki włączone jednocześnie. Mogłoby się wydawać, że jestem wyjątkowo płodną pisarką, a jednak napisałam dopiero trzy tomiki wierszy i dwa krótkie utwory prozą. Pierwszy z nich traktował o Frei Stark, pierwszej kobiecie Zachodu, która w latach dwudziestych podróżowała po Arabii i Asyrii. Była znakomitą pisarką. Druga książka to krótka biografia Maud Gonne. Mój ukochany poeta wszech czasów, Yeats, pałał do niej namiętną miłością i opisał ją w swoich nieśmiertelnych wersach. Dwie najdziwniejsze linijki nawiązują do jedzenia: Hollow of cheek as though it drank the wind / And took a mess of shadows for its meat. (Twarz jej o zapadłych policzkach, jakby piła wiatr i żywiła się plątaniną cieni niczym mięsem). W innym wierszu wzbogaciła „szaloną sałatkę swoim mięsem”. Niewątpliwie była szalona. Pewnego razu uprawiała seks w grobowcu swego zmarłego dwuletniego syna w nadziei, że zdoła pochwycić jego duszę, aby odrodziła się w nowym dziecku. (Chyba jestem w stanie zrozumieć ten stan). Pisanie można porównać do szalonej sałatki. Z szalonym daniem głównym i deserem.
Skąd czerpię odwagę, by rozpocząć kolejną książkę? Cóż, gdy tomik moich wierszy, zatytułowany Mapy chwil, zdobył dwie prestiżowe nagrody, George Clooney przejeżdżający na motorze przez San Rocco wzbudził tam o wiele większe zainteresowanie niż moje światowe sukcesy. Zresztą sława – nawet ta uosabiana przez Clooneya – nie robi wrażenia na Toskańczykach, cóż z tego, że carabinieri w uniformach od Valentino eskortowali burmistrza do mojego domu, gdzie wręczył mi bukiet lilii. Byłam w Nowym Jorku, Bostonie, Waszyngtonie, na Zachodnim Wybrzeżu. Cudownie było poddawać się celebrze i być chwaloną, ale niewiele z tego wynikło, poza oprawionymi w ramki zaszczytnymi certyfikatami i kilkoma propozycjami gościnnych wykładów, którymi nie byłam zainteresowana. Dlaczego miałabym jeździć na gościnne wykłady? Zima w Ithace, lato w Arizonie? Otrzymałam pokaźne (jak na poetkę) nagrody finansowe od dwóch fundacji, przyjęłam je z wdzięcznością, po czym przeznaczyłam na wymianę kanalizacji i systemu grzewczego.
Mówią, że poezja jest oderwana od życia, ale to nieprawda, ona jest samym życiem. Linią wysokiego napięcia, jądrem języka, trafną metaforą, moim domem, pierwszą miłością i tym elementem, bez którego ludzie marnieją. (Nie pamiętam, kto to powiedział). Zostałam wyróżniona. Wielu poetów pracuje w próżni aż do śmierci. Chciałabym wierzyć, że zasłużyłam sobie na taki zaszczyt, ale w głębi duszy podejrzewam, że zawdzięczam go głównie zamieszkaniu daleko od wojenek amerykańskich literatów, we Włoszech. Może byłam jedyną osobą, którą zaakceptowała cała komisja?
Jeżeli o mnie słyszeliście, w co wątpię, to prawdopodobnie za sprawą Przekroczonych granic, książki o Frei. Dzięki znajomości Margaret z pewnym producentem stała się rzecz niebywała: na podstawie skromnej biografii wyjątkowej kobiety nakręcono kinowy przebój. Z pewnością widzieliście film, ale kto kojarzy nazwisko autorki książki? Cnotliwa Freya nie byłaby zadowolona z dodanych przez scenarzystę miłosnych scen z asyryjskimi wojownikami na pustyni. Pocieszałam się myślą, że dzięki filmowi wiele osób sięgnęło po jej książki. Skorzystała na tym pośmiertnie, a Hollywood zarobiło – ja też przy okazji. Oczywiście moja część zysków nie dorównywała pensjom geniuszy informatycznych czy nawet dochodom mojego kuzyna handlującego nieruchomościami, ale dla mnie była prawdziwym darem opatrzności. Dokończyłam remont kuchni, resztę zaś odłożyłam na konto oszczędnościowe.