News

Wiedźma duszona w winie

Bożena – stateczna pani menadżer jednego z banków – prowadzi uporządkowane, choć dość przewidywalne życie, w którym nie ma miejsca na szaleństwa.


Wiedźma duszona w winieBożena nieoczekiwanie dziedziczy po wuju nieruchomość w małym miasteczku i odtąd już nic nie będzie takie samo…

Okazuje się, że nieruchomość jest dość nietypowa i ma swoje tajemnice. Zawsze elegancka Bożena stawia się na miejscu. Musi zmienić pantofelki na gumiaki. I nie tylko. Zmiany w jej życiu zajdą na znacznie głębszych płaszczyznach i będą dotyczyć serca, które – dotychczas zimne i nieporuszone – zaczyna bić mocniej.

A są ku temu… dwa dorodne powody.

Bożena musi mądrze wybrać, choć ma coraz mniej czasu. W odziedziczonym budynku działa małe bistro, w którym może sprawdzić się jako kucharka – podejmuje więc wyzwanie. Okazuje się również, że miasteczko tylko pozornie jest oazą spokoju: dojdzie w nim do szeregu zdarzeń, które wstrząsną mieszkańcami.

Bożena ma z tym ścisły związek…

Marta Obuch
Wiedźma duszona w winie
Wydawnictwo Filia
Premiera: 13 czerwca 2018
 

Wiedźma duszona w winie


Nazwijmy rzeczy po imieniu.
Bożenie chciało się dziś na swój widok rzygać.
Ni mniej, ni więcej.
Słowa może nie porażały elegancją, ale dogłębnie oddawały metaforyczny sens jej istnienia. Czy jakoś tak. A mówiąc wprost – Bożenie nie chciało się żyć. W ogóle i w szczególe. Choć przecież nie działo się nic konkretnego: zarabiała znacznie więcej niż przeciętny Polak i gdyby chciała, mogła spełnić prawie każdy swój kaprys, lekarz nie stwierdził u niej hemoroidów, a w skrzynce na listy nie czekało zawiadomienie o eksmisji, wręcz przeciwnie. Jako osoba trzydziestoczteroletnia mogła się poszczycić własnym lokum (choć słowo „apartament” bardziej by tu pasowało), miała ciekawą pracę i z pewnością można było uznać, że jej życiowy pejzaż malował się w kolorach przewidywalnych, ale za to stabilnych. Żadnych szalonych różów czy fioletów, żadnej wiejskiej feerii barw. Nic z tego. Brązy. Godność i eleganckie skórzane kapcie.
Tylko…
Jak tu nie puścić na te kapciuszki pawia?!
Przecież na dobrą sprawę do szczęścia człowiekowi potrzebne są jakieś impulsy. A jedyne impulsy w życiu Bożeny były naliczane przez operatora T-Mobile, który z końcem miesiąca wysyłał jej moc ciepłych uczuć, owszem, ale za to z dołączoną do kompletu fakturą. Na operatora płci męskiej, który będzie słał impulsy pęczniejące od dzikiego pożądania, uczucia i ogólnie szału, Bożena przestała liczyć. Praca, dom, praca, dom i tak na okrągło. A w pracy – była dyrektorem pionu ryzyka w jednym z największych banków w Polsce – pierwiastek męski reprezentowali twardogłowi i kolesie biegający w wyścigu szczurów. Wszystko upaćkane wazeliną, a na lśniącej bankowej posadzce poprzetrącane kręgosłupy, tak to w praktyce wyglądało. To znaczy zaraz, moment, fakt faktem, że i ona w tych zawodach brała udział, a nawet je organizowała i chyba właśnie dlatego nie miała na nic czasu. Osiągnęła sukces, ale coraz częściej czuła się na tym korporacyjnym pustkowiu jak omszała skała. Niewzruszona, twarda, ale powoli jednak kąsana zębem czasu.
Bo dla kogo tu żyć?!
Nic więc dziwnego, że kiedy taka spełniona, ale samotna kobieta wstaje o poranku z łóżka i patrzy przez okno, chce przez nie wyskoczyć. Tak po prostu. I nie pomaga nawet świadomość, że niektórzy w tym czasie rozpaczliwie walczą o życie w szpitalach onkologicznych, nie mówiąc już o tym, że gdyby jednak kobieta sukcesu zdecydowała się na skok, jej wątłe szczątki opadłyby na blaszany daszek osiedlowego śmietnika. O tej godzinie bardzo rozgrzany daszek…
Tak, Bożena wiedziała, że te czarne myśli są w jej okolicznościach życiowych nie w porządku. Bardzo nie w porządku.
Ale znowu zobaczyła swoje odbicie w lustrze…
Niestety, to również trzeba przyznać: nie zaliczała się do świeżych dziewoi, które wstają rano rześkie i gotowe oporządzić całe gospodarstwo, a z grabiami im do twarzy tak, że hej heeej. Należała do tych pokrzywdzonych przez los istot, które codziennie muszą włożyć ciężką pracę w to, żeby wyglądać. Kremy, bazy, podkłady, pudry, cienie… Roboty tyle, że starczyłoby dla brygady budowlanej. Ale na tym nie koniec. Do tego dochodziło obowiązkowe mycie głowy. Każdego cholernego dnia, inaczej wyglądałaby jak wyciągnięta po tygodniu z jakiejś mocno zanieczyszczonej rzeczki. Tudzież z wody po ogórkach.
A dziś musiała się prezentować szczególnie dobrze.
Wszystko przez wuja Remigiusza – przyrodniego brata ojca – który nieoczekiwanie się zawinął. Nawet po śmierci był na tyle złośliwy, że nie tylko obciążył Bożenę kosztami pogrzebu (spotkali się raz w życiu, a wiadomość o zawale przyszła tuż po tym, jak wuja zakopano, więc nawet nie wzięła udziału w ceremonii!), ale uczynił ją swą spadkobierczynią. Tyle że nie tylko ją i właśnie to było w tej opowieści najlepsze.
Odziedziczyła po wuju NIERUCHOMOŚĆ.
Czytaj: kupę gruzu w jakiejś zapadłej dziurze między Opolem a Katowicami zwanej szumnie Pruską Stacją. Drugim spadkobiercą był niejaki Roch Pawlicki.
I tu zaczynało być ciekawie.
Powiązań rodzinnych pomiędzy wujem a Pawlickim brak, jakichkolwiek informacji o człowieku również brak. Rzeczony współspadkobierca musiał jednak być albo cwany, albo tak samo sztywny jak wuj, bo nie pojawił się na odczytaniu testamentu i w ogóle nie można się było z nim w żaden sposób skontaktować – staruszek podobno nie posiadał czegoś takiego jak telefon komórkowy, bo przecież po co… W dwudziestym pierwszym wieku? Bożena na próżno szukała go również w mediach społecznościowych, a Google nie wyświetlił choćby jednego rekordu związanego z tym nazwiskiem.
Jakby facet w ogóle nie istniał!
W dalszej części spotkania, które miało miejsce równo tydzień temu, notariusz zapewnił, że wuj Remigiusz nie zostawił żadnych długów, tyle tylko że w nieruchomości trwa remont i spadkobiercy muszą się zobowiązać, że prace zostaną ukończone.
Oczywiście.
Czyli jest haczyk.
A właściwie kilka haczyków i żeby je wyciągnąć i rozdzielić splątane żyłki, nie było wyjścia. Bożena musiała wziąć urlop i pojechać na zapadłą wiochę. Pruska Stacja, co za nazwa… Ale dobrze, pojedzie tam, dorwie Pawlickiego, którego adres pokrywał się z adresem nieruchomości, i wszystko sobie wyjaśnią. Jak dorośli ludzie. Niech ją dziadek spłaci i grzęźnie w remontach, jego sprawa. A jeśli się nie dogadają, cóż, ona na chleb i wino ma, nie potrzebuje żadnej jałmużny.
Obejdzie się.
Tak bojowo nastawiona posprzątała w mieszkaniu, zjadła wczesny obiad i ubrana w nienaganną letnią garsonkę Massimo Dutti wsiadła do auta. Trasę oczywiście obejrzała wcześniej w internecie, po drodze wypiła herbatę, zjadła sałatkę z owoców i ogólnie nawet poweselała, przecież był piękny czerwcowy dzień, tyle tylko że pod Strzelcami Opolskimi…
Rozegrał się jakiś cholerny armagedon!
Bo co to niby miało być?!
Na jedną maluteńką chwilę straciła czujność i zerknęła do SMS-a, który przyszedł od koleżanki z banku, i tyle wystarczyło. Otrzymała silne uderzenie w bok. Naprawdę silne, a przy tej prędkości nawet muśnięcie mogło skończyć się katastrofą. Błyskawicznie zerknęła więc do lusterka i próbowała wyprowadzić auto na prostą, bo właśnie mierzyła w czyjś bagażnik, ale po chwili było jeszcze gorzej. Zarzuciło nią, wpadła na prawy pas, wbijając się w kolejny samochód.
Wtedy eksplodowały poduszki.
Okropna chwila.
Bożena przestała cokolwiek widzieć, paliła ją twarz, kręciło się jej w głowie, prawie zaczęła się dusić. Dopiero w tym momencie wcisnęła hamulec, choć nie była pewna, czy w ten sposób nie skraca życia swojego i innych.
Te upiorne dźwięki, jakby gniotła się stal, jakby ktoś rysował blachę ostrym narzędziem… Odruchowo chciała zatkać uszy. Zamiast tego przeleciało jej przez myśl: bezpieczna pozycja! Tylko jak przyjąć bezpieczną pozycję, kiedy duszą cię napompowane powietrzem śliskie buły?! Które rosną, zasłaniają świat, sama stajesz się bułą, z głowy wyrasta ci kierownica…
Tlenu, potrzebowała tlenu!
Zanim straciła przytomność, zastanowiła się, czy nie zakończy swojego żywota zgnieciona kawałkami blachy na żałosny i cieniutki placuszek, który po kilku godzinach wygrzebie ze sterty żelastwa jakiś rozentuzjazmowany interwencją strażak. A może umieranie wcale nie boli?
Nic jej przecież nie bolało, było jej wręcz przyjemnie. Coraz przyjemniej. Czuła gorąco w całej czaszce: biegło strużką od skroni ku potylicy, potem ześlizgiwało się do kręgosłupa, płuc…
– Halo! Halo, proszę pani! Proszę się odezwać! – Z daleka, z bardzo dalekiego daleka, dobiegł ją czyjś głos i było jej już wszystko jedno, bardzo miłe wszystko jedno, jakby nie musiała się o nic martwić.
Raporty?
Maile?
Ależ ona była tylko małą, złotą rybką opadającą z pluskiem na dno. Miała czadowe płetwy i przezroczystą skórę, a woda była tak orzeźwiająco chłodna… Piasek pokrywały błyski światła i krągłe kamyczki, fale miarowo rybkę kołysały, nawet chciało się jej śpiewać, choć podobno dzieci i ryby głosu nie mają.
Ale potem ktoś wsadził łapę do wody. I koniec pieśni.
Bożena poczuła szarpnięcie.
– Boże, kobieto, nie rób mi tu numerów… Błagam! Ja mam rodzinę. Halo! Niech mi ktoś pomoże, ona się dusi!
– Przekłuj pan te poduszki! Na co pan czekasz?!
– Ale jak?!
– Nie wiem, cholera, dźgaj pan długopisem czy czymś! Może coś z auta?
– To chociaż jej odchylcie głowę! Stoją i się zastanawiają, a kobieta zaraz zejdzie… Przecież charczy, nie słyszycie?! Róbcie coś!
– Dym, spod maski idzie dym! Zaraz to wszystko wybuchnie! Trzeba ją wyciągnąć…
Bożena odbiła się nagle do dna w tempie nad wyraz przyspieszonym i teraz nie była już złotym drobiażdżkiem, ale tłustym karpiem, którego ktoś brutalnie wyrzucił na brzeg.
Bardzo brutalnie.
I tempo tego wyrzucania sprawiło, że ożywcza poranna myśl stała się naraz rzeczywistością – w każdym razie w jej przełyku pojawiła się ohydna, lepka ciecz, której należało się natychmiast pozbyć.
I słowo ciałem się stało.
– Uwaga, rzyga!
– Jak rzyga, to chyba dobrze?
– Może ma wstrząs mózgu. Dzwonił ktoś po karetkę?!
– Na pewno, przecież nie tylko ona jest poszkodowana. Auto na aucie, ja cież pierdzielę, co się porobiło…
– Muszzz…
– Cicho! Coś mówi. – Przy Bożenie uklękła jakaś kobieta i troskliwie ujęła ją za dłoń. – Wszystko w porządku? Jak się pani czuje?
– Ja muszę… Muszę jechać – odpowiedziała, ale nie poznała własnego głosu. Był głuchy i daleki. Jakby dobiegał ze studni. – Odzie… Dziewiczyłam spadek. Spacja… Stacja… Chyba car albo cesarz, nie pamiętam… Mam w nawigacji. Muszę jechać…
Tyle że nikt nie wziął jej słów na poważnie.
Kobieta westchnęła ze współczuciem, a grupka otaczających ją mężczyzn aż zafalowała w niedowierzaniu:
– Jechać… – powtórzył, cmokając z naganą, jeden z nich. – Chyba na urazówkę. Bredzi dziewczyna. No, nieźle jej główkę przeorało…

*

Cezaria była dziś mocno niespokojna.
Wczoraj miała okropny sen, z tłustymi białymi robakami w roli głównej. Aż chciała o nim zapomnieć, tak bardzo był odrażający, a takie sny męczyły ją tylko wtedy, kiedy miało się zdarzyć coś złego.
Robaki na sto procent oznaczały chorobę albo kłótnię.
Co najmniej.
Nie ma się co śmiać, niektórzy mają w salonie plazmę, inni – połączenie z Kosmosem.
Albo jeszcze inaczej, można mieć pakiet telewizji cyfrowej z programami naukowymi, żeby lepiej rozumieć świat, a połączenie z Kosmosem trzeba pielęgnować, bo nie wszystko w świecie da się zważyć, zmierzyć i wystawić po dwadzieścia złotych za kilo.
ABSOLUTNIE nie wszystko.
A Cezaria, Cyganka z dziada pradziada i z babci prababci, czuła to niemierzalne we własnych kościach. Na przykład przed kłótnią z mężem zawsze bolał ją łokieć. Nie żeby serdeczny palec albo jakaś inna szlachetna kostka, ale właśnie łokieć. Dlaczego, nie wiadomo, ale za każdym razem, kiedy jej Kazio wpadał do domu naprany jak Pershing, nie mogła ruszyć ręką. Zamiast na łokieć tenisisty cierpiała na łokieć mężowski. Albo kiedy kogoś czekała poważna choroba lub, nie daj Boże, operacja, wtedy wcześniej zawsze odzywał się jej kręgosłup piersiowy. Zresztą o tym, co miało się stać, informowały ją nie tylko kości. W uszach piszczało jej, zanim ktoś rzucił oszczerstwem albo plotką, ale kiedy miała zobaczyć jakąś wyjątkową podłość, o dziwo, wcale nie piekły jej oczy.
Serce.
Wtedy zawsze bolało ją serce.
Od rzeki powiał wiatr i Cezaria wystawiła do słońca policzki, które zaraz podskoczyły do góry, uniesione spokojnym, ale dość zawadiackim uśmiechem. Jeszcze ktoś pomyśli, że biedaczkę ciągle coś strzyka, że słyszy głosy, a kiedy krowa ma wejść w szkodę, strzela jej gumka w majtkach. He, he. Nie, tak źle nie było. Jej babcia, stara i nad wyraz mądra kobieta, uczyła ją dawno temu, a Cezaria pamięta te nauki do dzisiaj, że ciało powinno być dla człowieka świątynią.
I trzeba go słuchać, ale nie nasłuchiwać.
I co innego kręcenie w kiszkach, a co innego, kiedy ciało samo daje znaki. Dobre znaki, które nie męczą, ale podpowiadają. Bo temu to wszystko ma służyć.
Zgoda.
Trzeba żyć ze światem i z wszystkim dookoła w zgodzie.
A jak się nie da, bo przecież nie wszyscy są do zgody stworzeni, to trzeba tupnąć nogą i się nie certolić. Do szczęścia nie wolno ludzi zmuszać, mają przyjemność taplać się w nieszczęściu, proszę bardzo. Błoto też w przyrodzie występuje, znaczy się – jest potrzebne.
Od błota do robaków droga była niedaleka i Cezaria znowu wróciła myślami do swojego snu. A ponieważ ciało nie wysyłało żadnych sygnałów, no może poza tymi, które mówiły, że słońce daje mu tak potrzebną energię, była niemal pewna, że jej rodzinie nic nie grozi.
Ale z pewnością na coś się zanosiło.
Ptaki latały chaotycznie, jakby ociężale, skrzydełka owadów migotały pod słońce z opóźnieniem, nie tylko to widziała, ale słyszała ten wibrujący dźwięk – miał inną częstotliwość niż zwykle, nie brzmiał wesoło; przypominał raczej nieprzyjemny pisk. I to wszystko wcale nie dlatego, że nadciągała burza, bo popołudnie było spokojne, wręcz leniwe, i nic nie zapowiadało gwałtownych zmian dekoracji.
Cezaria spojrzała czarnymi oczami na wzgórze ozdobione drewnianym kościółkiem, westchnęła i wydobyła z torebki tarota. Nie ma się co zastanawiać. Będzie się zastanawiać, gdy będzie się nad czym zastanawiać. A tarot powie jej, co w trawie piszczy, bez dwóch zdań. Wystarczy zadać odpowiednie pytanie.
Jednak karty, które wyłożyła na drewnianą ławkę, przyprawiły ją o dreszcz.
Szczerze mówiąc, były fatalne.
Świat, Rydwan i Koło Fortuny. A w środku… Królowa Denarów. W kolejnym rozkładzie Król Denarów, Wieża, Sąd Ostateczny i Królowa Kielichów w towarzystwie Śmierci.
Miała rację.
Ktoś znajdował się w poważnych tarapatach.
Ale czy to będzie miało wpływ na nią…?

*

Kiedy Bożena ustaliła metodą dotykową, że żaden z jej organów jednak się nie przemieścił, a nawet wszystkie jej członki są całe i zdrowe, usiadła tam, gdzie chwiała się na nogach, czyli na małej kępce zielonego tuż przy brzegu autostrady.
Serce waliło jej jak po przejażdżce kolejką.
Uspokoiła zgromadzonych przy niej kierowców i już w samotności próbowała dojść do siebie. I tak minuty mijały, oddech powoli się normował, ale po głowie Bożeny wciąż chodziła natrętna myśl.
Żyje!
A przecież w ciągu kilku chwil mogła się przenieść na tamten świat; pstryk, światło gaśnie i dziękujemy. Wystarczył moment i już by jej nie było.
I co z tego, że jej szafa pękała od najlepszych strojów, co z tego, że mieszkanie zamieniła w ekskluzywną przystań, a dochody generowały kolejne?
Ile to wszystko tak naprawdę znaczyło?
Przecież nie zabierze ze sobą do trumny kolekcji swoich oszałamiających butów i wypasionej angielskiej kuchni. Nie zabierze i już. Co się stanie z tymi wszystkimi przedmiotami, które przez lata wybierała, gromadziła i pieściła, gdzie trafią, kiedy ona będzie leżeć w zimnym grobie? Owszem, Egipcjanie wymyślili ciekawy projekt upychania tego całego chłamu do grobowczyków, ale prawda była taka, że wszystko, co doczesne, w ostatecznym rozrachunku przestawało mieć jakąkolwiek wartość.
I czemu nagle przypomniał się jej analizowany w szkole średniej wiersz Szymborskiej – chyba Muzeum? Wtedy uznała, że staruszka musiała się mocno nudzić, oj, mocno, skoro pisała o takich bzdurach jak muzealne graty: jakieś talerze, obrączki, buty… Kto to czyta? Aż tu dziś wymowa utworu noblistki dotarła do Bożeny, i to, można powiedzieć, dotarła bezpośrednio.
Czyli jest tak, jak zawsze wciskali w wierszach poeci, to nie żaden liryczny kit.
Życie nie trwa wiecznie.
Jasna, pieprzona cholera!
Można doznać iluminacji, mamrocząc godzinami mantry w pozycji lotosu, a można upaćkać trawą spódnicę i pojąć, że kierunek życiowych działań powinien być jednak inny. Niektórzy gromadzą przecież wspomnienia, uczucia, intensywnie przeżyte chwile, a ona wzruszała się tylko o poranku. Nad pancakesami, które zawsze wychodziły jej obłędne – poranki to była jej chwila, oczywiście zanim ruszyły przygotowania do pracy. Nigdzie nie musiała pędzić, celebrowała śniadanie, potem w spokoju piła kawę i kontemplowała widok parku za oknem.
Tylko tyle?
Chlipanie czarnej lury i zapychanie jelit mąką?
Nie zasłużyła na więcej?
Nigdy nie należała do mazgajów, wręcz pogardzała mięczakami, którzy zamiast działać roztkliwiają się nad sobą, fuj, ohyda, ale w tym momencie było jej siebie żal. Bardzo żal. I w ogóle cała ta sytuacja załamywania nad sobą rąk…
I to gdzie – na poboczu.
Pani dyrektor pionu ryzyka!
Tyle że Bożena żadną miarą nie potrafiła powstrzymać napływających zewsząd emocji. Zalały ją potężną falą, skoczyły do gardła, znowu zaczęło w niej wszystko drgać, pulsować, cóż jej więc pozostało…
Rozryczała się głośno i bez zahamowań.
Wyła gorzej niż syrena samochodu policyjnego, który przedzierał się właśnie wśród poprzewracanych aut.
I było jej wszystko jedno.
– O, kurwa… – Jej wybuch nie umknął uwadze gawiedzi.
Chociaż tyle.
To zapewne ci mili panowie, którzy wydobyli ją z samochodu.
– Mógłby się pan powstrzymać – zgromiła jednego z nich kobieta, którą Bożena już rozpoznawała po głosie.
– Ale ja nie o tym, co pani, tam jest premier! – bronił się przejęty mężczyzna i jego okrzyk spowodował wybuch sporego zamieszania. – Samochód rządowy, patrzcie… Poszło im koło!
Bożena chlipała nadal, ale z nieco mniejszym zaangażowaniem, bo wszystko dookoła zaczęło się ruszać, a ludzka ciekawość zdawała się mieć moc zrywania asfaltu. Premier. I co z tego. Wyszło szydło z worka, śmierć zrównuje stany, czy się ktoś nazywa Bożena Mostowicz, czy Tony Blair.
Ale Bożena nie wzięła pod uwagę jednego.
Że gdyby nie pierwiastek rządowy, wydostałaby się stąd znacznie szybciej.
To znaczy wydostałaby się przy założeniu, że jej toyota jest sprawna, a autko miało nie tylko uszkodzone drzwi, ale zgnieciony cały przód i jego właścicielka mogła o dalszej podróży zapomnieć. Tym bardziej że po piętnastu minutach na miejscu było tyle przeróżnych służb, że dla uczestników karambolu stało się jasne: nikt nie opuści miejsca zdarzenia, dopóki prokurator nie sprawdzi każdego kamyczka, każdego źdźbła trawy.
I znowu wydarzyło się coś dziwnego.

tekst: Materiały prasowe wydawcy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *