Nowości

Naznaczona. Opowieść o dziewczynie, która widziała więcej

“Naznaczona. Opowieść o dziewczynie, która widziała więcej” to przemierzająca najpiękniejsze miasta świata historia o sile przeznaczenia.


NaznaczonaMagdalena ma niepokojący dar. Widzi słowa wypisane na ciele ludzi, których spotyka. Imiona, daty, szczegóły z życia opisują miłość, śmierć i grzechy, które popełnili. Kiedy w Paryżu poznaje Neila, jest zaintrygowana, że na policzku ma wypisane jej imię. W mieście przebywa też jego ojciec, który chce odkryć prawdę o swej zmarłej matce, słynnej pisarce, która porzuciła go tuż po urodzeniu.

Chłopak zakochuje się w Magdalenie, urzeczony jej bladymi oczami i tajemniczą aurą. Ona sama rozpaczliwie próbuje naprawić błędy po śmierci najlepszej przyjaciółki, bo wie, że dzięki swojemu darowi mogła zapobiec tragedii.

Przypadek albo przeznaczenie splatają losy trójki bohaterów, a dar Magdaleny może być kluczem do ich szczęścia…

***

Pełna wdzięku, elegancka powieść o miłości i tajemnicy, utracie i melancholii, smutku i nadziei: od słów napisanych na skórze po widok rzeczy nie do zniesienia, Saunders z wielkim rozmachem opisuje granice ludzkiego postrzegania.
Viet Thanh Nguyen, laureat nagrody Pulitzera, autor książki „The Sympathizer”

Adelia Saunders – absolwentka Georgetown University (tytuł magistra stosunków międzynarodowych) oraz Tisch School of the Arts NYU. Uczyła angielskiego w Paryżu, pisała dla niezależnego informatora w ONZ i pomagała ekonomistom rolnym w Ugandzie. Dorastała w Durango w Kolorado; obecnie mieszka z mężem i dwójką dzieci w Nowym Jorku. „Naznaczona” jest jej pierwszą powieścią.

Adelia Saunders
Naznaczona. Opowieść o dziewczynie, która widziała więcej
Przekład: Sylwia Chojnacka
Wydawnictwo Kobiece
Premiera: 19 lipca 2018
 

Naznaczona


{ Magdalena }

Wilno, 1991


W dawnych czasach, gdy na świat przychodziło dziecko, przed domem pojawiała się Pomyślność i szeptała w stronę okna. Będzie bogaty. Będzie wysoki. Będzie mu się powodziło. Po tym, jak dziecko zostało umyte i owinięte, akuszerka siadała przy oknie i słuchała. Będzie żył, póki pali się mały płomyk, powiedziałaby Pomyślność. Jeśli akuszerka była bystra, mówiła rodzinie, że nie może pozwolić na to, by zgasł ogień w palenisku. Matka całymi dniami rzucała więc do niego gałązki, a syn dorastał w kuchni, w której zawsze było ciepło, do momentu, aż – jak to dzieje się w opowieściach – poślubił bogatą dziewczynę, która nie dbała o stare zwyczaje, prawdopodobnie niezbyt dobrze radziła sobie w kuchni i nie korzystała z rad teściowej. On więc padał martwy jak kłoda w chwili, gdy kobieta pozwoliła palenisku zgasnąć.
Tę historię opowiadała Magdalenie jej matka, aż do dnia, gdy dziewczynka zaczęła uczyć się czytać. Zanim jednak zrozumiała, że coś jest nie tak, zapytała matkę, dlaczego akuszerka nie powstrzymała Pomyślności przed przejściem przez okno ze swoim piórem.
– Jakim piórem? – zapytała matka.
– Do zapisania jej imienia.
– Jakiego imienia?
– Na dziecku.
– O czym ty mówisz? – zapytała matka.
– Tak jak tutaj. – Magdalena przesunęła palcami po słowach wypisanych na szyi i ramieniu matki, szukając „Pomyślności”, która po litewsku oznaczała również „Szczęście” i czasami jeszcze coś, czego nie dało się dokładnie wytłumaczyć. Prawie każdy miał je gdzieś na sobie. Znalazła je na zgięciu nadgarstka swojej matki, gdzie miękka skóra marszczyła litery.
– Tutaj – powiedziała.
Litery poruszały się delikatnie pod wpływem pulsu. Magdalena przesunęła palcami po słowie, zastanawiając się, jak Pomyślność nauczyła się pisać jej imię w tak staranny sposób, biorąc pod uwagę to, że nie była niczym innym jak duszkiem i nigdy nie chodziła do szkoły.
Ale wtedy jej matka odsunęła rękę.
– Robisz sobie żarty – powiedziała, nie śmiejąc się. Dotknęła czoła Magdaleny, sprawdzając, czy ma gorączkę, i kazała jej iść do łóżka. A potem już nigdy więcej nie opowiadała historii o Pomyślności czekającej za oknem.

2008

{ Richard }

Paryż, czerwiec


Inga Beart zgubiła w Paryżu tak wiele rzeczy, że jej biografowie ledwie wspominali o butach. W tamtym czasie kilka gazet doniosło, że boso wsiadła na statek powrotny do Nowego Jorku, odrzuciwszy pomocną dłoń lekarza okrętowego, i przechadzała się wzdłuż pokładu na palcach. O ile wiem, nikt nigdy nie próbował wyjaśniać, co dokładnie stało się z jej butami – czerwonymi, na wysokiej, delikatnej szpilce. Historycy mówią, że w trakcie jej kariery rzadko widywano ją bez nich. Zanim w 1954 roku opuściła Francję, te buty były tak znane czytelnikom, jak jej blade tęczówki czy poplamione atramentem usta na zdjęciu z obwoluty lub jak sposób, w jaki siłą wydobywała coś lekkiego i lirycznego z prostej frazy.
Nie winię biografów za poświęcenie tak niewiele uwagi jej stopom. Zważywszy na najbardziej brutalny epizod w krótkim życiu Ingi Beart, kwestia tego, że przepadły jej buty, wydaje się tylko szczegółem, więc zamiast na nim uczeni skupili się na ostatnich wersach, jakie napisała na statku powrotnym do Ameryki – na wyznaniu, mimo że nikt w to wierzył, wydrapanym w farbie na ścianie jej koi z użyciem końcówki ołówka, którą trzymała ukrytą pod językiem. Ponieważ wcześniej, oczywiście, wszystko inne jej zabrali.
Ale w obliczu wszystkich pytań dotyczących ostatnich miesięcy Ingi Beart właśnie zniknięcie jej czerwonych butów najwięcej dla mnie znaczy. Przez lata rozmyślałem o wyjeździe do Paryża, by sprawdzić, czy nie mógłbym się dowiedzieć, co się z nimi stało, mimo że oczywiście zdawałem sobie sprawę, że znalezienie jakiegokolwiek istniejącego dowodu na temat ich losu po pięćdziesięciu latach jest niemal niemożliwe. Zapytałem o nie kilku historyków, ale odpowiedzieli mi tylko wzruszeniem ramion lub uniesieniem brwi, zdziwieni, że starszy mężczyzna interesuje się parą kobiecych szpilek, które przepadły dawno temu. „Pewnie zostały w Paryżu”, tak mi powiedzieli. „Te buty musiały być jej zbędne, gdy pielęgniarki spakowały jej rzeczy i odesłały do jej domu”.
I mogli mieć rację. Naprawdę nie wiem o Indze Beart więcej niż inni. Widziałem swoją matkę tylko raz i nikt nigdy nie pomógł mi umiejscowić w czasie jej wizyty. Ciotka Cat i reszta rodziny stanowczo zaprzeczali, że coś takiego kiedykolwiek się zdarzyło. Wszystko, co wiem, to to, że nie mogłem mieć wtedy więcej niż trzy lata, bo gdy skończyłem cztery, ona już była w Paryżu i oczywiście nigdy nie pozwolono by mi jako dziecku na zobaczenie jej w stanie, w jakim była, gdy wróciła.
Szczegóły dotyczące dnia, gdy przyjechała z wizytą, tak bardzo wymieszały się ze scenami ze starych filmów i fragmentami wyjętymi z jej biografii, że trudno stwierdzić, co naprawdę się wtedy wydarzyło, a co jest jedynie wytworem mojej wyobraźni. To wspomnienie zbyt skomplikowane dla kogoś tak młodego, przyznaję to pierwszy, ale czytałem, że w tym wieku dzieci mają czasami wybitną zdolność precyzyjnego zachowywania w pamięci pojedynczych kawałków pozornie przypadkowych informacji. I chociaż jest to rzadkie, właśnie to musiało mi się przytrafić, bo pamiętam buty mojej matki tak dokładnie, że mogę je zobaczyć nawet teraz, gdy zamknę oczy.
Wspomnienie okala coś, co wygląda jak koronka, ale musiało być rogiem obrusa ciotki Cat, i dlatego wyobrażam sobie, że w trakcie całej wizyty matki siedziałem pod kuchennym stołem. Reszta wspomnienia – niebieskie drzwi, rozbicie filiżanki – nieszczególnie pasuje do kuchni ciotki Cat. To mogło mi się później pomieszać. Ale obraz tych butów należy do mnie. Podczas godzin lub minut spędzonych pod stołem, gdy ona i ciotka rozmawiały, wszedłem w posiadanie cząstki Ingi Beart, którą przegapili wydawcy, naukowcy, fani i reporterzy, czy nawet ciotka Cat i lekarze. Nigdzie w całej literaturze, w żadnej szczegółowo opowiedzianej minucie jej życia, nie ma zapisu dotyczącego jej butów tak bogatego w detale, jak ja zapamiętałem. Próbowałem opowiedzieć kilku biografom, że zaliczyłem z tymi butami bliskie spotkanie, ale nie wydawali się tym zbytnio zainteresowani i napisali w swoich książkach to samo, co powiedziała ciotka Cat – że Inga Beart nigdy nie przyjechała, by się ze mną spotkać.
Tak naprawdę jednak każdy może być pewnym tylko kilku rzeczy w życiu i założę się, że ci biografowie i profesorowie z uniwersytetów wykorzystali swoje pule pewności na coś innego. Widziałem ją raz, wiem o tym, ale przez wszystkie lata, gdy leżałem nocami rozbudzony, nauczyłem się wspomnienia stóp mojej matki na pamięć. Sposobu, w jaki poruszały się jej kostki, zupełnie jakby pod skórą utknęły małe ptaki. Znałem miękką skórę i dokładny odcień czerwieni tych butów i dostrzegłem miejsca, w których były zarysowane i naprawiane. Widziałem, że ma pękniętą podeszwę – tak samo jak duszę – zanim zauważył to ktokolwiek inny. Pęknięcie znajdowało się na lewym bucie, na wysokości śródstopia, jakby stała na palcach przed długi, długi czas.
Sądzę, że najlepiej będzie zacząć tę opowieść od poranka, w którym przyjechałem do Paryża. Starałem się przypomnieć sobie moje pierwsze chwile w mieście. Czy towarzyszył temu jakiś dźwięk, który muskałby wspomnienie? Lub zapach, w jakiś sposób znajomy? Ale tak naprawdę po tych wielu godzinach spędzonych w samolocie wszystko wydawało mi się nowe i dziwne. Gdy w końcu wysiadłem z lotniskowego autobusu na Boulevard de Sébastopol, zauważyłem tylko to, że było bardzo wcześnie rano.
O tej godzinie panowała cisza, której ludzie ze wsi nie spodziewają się po mieście. Poluzowana szprycha w rowerze pobrzękiwała na brukowanej alejce, a promienie słoneczne dopiero się przeciskały przez rzędy budynków – wszystkich wykonanych z tego samego mlecznobiałego kamienia. Nie zatrzymałem się jednak, by celebrować tę ciszę. Martwiłem się o starą walizkę ciotki Cat. Zatrzaski się rozpięły i znalazłem ją na taśmie bagażowej włożoną w plastikowe pudełko, z doklejoną taśmą karteczką, wyjaśniającą, że mój bagaż uległ zniszczeniu w trakcie lotu.
Powinienem był wiedzieć, że walizka nie wytrzyma podróży, pomyślałem, ale nie odważyłem się rozszarpać taśmy i otworzyć jej tam, na lotnisku – nie byłem pewien, czy dam radę ponownie ją zamknąć. Wszystkie moje notatki i ważne dokumenty były bezpieczne w bagażu podręcznym, walizka zawierała tylko ubrania i kilka książek – tak sobie mówiłem, i tego byłem pewien, aż do momentu, gdy się znalazłem w autobusie opuszczającym lotnisko i przypomniałem sobie, że wśród nich jest też najnowsza biografia mojej matki, wydana zaledwie kilka miesięcy temu. Potrzebowałem jej na wizytę we Francuskich Archiwach Narodowych, na którą wybierałem się następnego dnia, i nie miałem pojęcia, jak miałbym kupić kolejną taką w Paryżu.
Dlatego gdy tylko kierowca autobusu podał mi mój bagaż, przyklęknąłem na jedno kolano na poboczu i zacząłem rozrywać taśmę. Włożyłem tę książkę na samym końcu, była dokładnie na wierzchu walizki. Wtedy nie myślałem o tym, jak stare są te zatrzaski, ani o tym, że ciężka książka wypadnie stamtąd jako pierwsza.
Otworzyłem walizkę. Podkoszulki, które zapakowałem, były pogniecione, jakby się wysypały i zostały wepchnięte z powrotem, ale książka leżała na miejscu. Okładkę przecinała plama tłuszczu, więc wyciągnąłem chusteczkę i próbowałem to wytrzeć. Nie chodziło o to, że zależało mi na samej książce – to tylko kolejna wywołująca sensację historia życia mojej matki, opowiedziana przez profesora z Wielkiej Brytanii, nazwiskiem Carter Bristol. Człowiek ten napisał kilka odkrywczych biografii i wysnuł pozbawione smaku wnioski o niektórych powszechnie znanych osobach, dzięki czemu odniósł jeszcze większy sukces. Okładka z jego nazwiskiem nałożonym na zdjęcie mojej matki szczególnie mnie wkurzała, ale i tak starłem z niej tłuszcz. To urocze zdjęcie, jedno z niewielu, jakie widziałem, na którym ona patrzy prosto w obiektyw. Pomimo cieni pod spodem, jej blade oczy wyglądają na tajemnicze i przypomniały mi o opisie, który przeczytałem pewnego razu w artykule prasowym: „Inga Beart patrzyła na świat przez parę pustych otworów”, głosił artykuł. „Jej oczy były dwiema małymi lukami w obrazie, które nigdy nie zostały zamalowane”.
Wyczyściłem książkę najlepiej jak umiałem i zawinąłem ją w koszulę. Mimo wszystko jestem w pewnym sensie dłużnikiem Bristola. Przez większość życia zbierałem się w sobie, by udać się do Paryża, i mogłoby to trwać jeszcze dłużej, gdyby nie on. Bo chociaż przekręca fakty z prywatnego życia mojej matki, by wykorzystać je do swoich celów, dokonał niezwykłego odkrycia, które opisał w rozdziale o ostatnich latach Ingi Beart w Paryżu: wspomina o listach i niepublikowanych zdjęciach, które – jak twierdzi – zrobiono jej latem 1954 roku. Przypis głosi: „Fonds Labat-Poussin, Archives nationales de France”. Jeśli to prawda, jest to pierwszy nowy materiał, który ktokolwiek znalazł na jej temat od lat.
Walizka ciotki Cat nie była z rodzaju tych na kółkach. Ciążyła mi, a z powodu zepsutych zatrzasków musiałem ją nieść ostrożnie. Wybrałem hotel w pobliżu Archiwów Narodowych, nie zdając sobie sprawy, jak trudno go znaleźć. Najpierw skręciłem w wąskie przejście, które skończyło się wysoką, kamienną ścianą, potem znalazłem się na kilku uliczkach, nie oznaczonych na mojej mapie, a wszystkie one kończyły się pod dziwnymi kątami w stosunku do tego, jak się zaczynały.
Oczywiście natychmiast zacząłem się zastanawiać, czy pewnego wczesnego ranka dobre pół wieku temu Inga Beart przechadzała się jedną z tych uliczek. Może opuściła imprezę, gdy zgasły lampy uliczne, i oparła się na moment o jedną z latarni, by popatrzeć w ten sam kawałek jaśniejącego nieba. Widziałem zdjęcia z tych paryskich wieczornych przyjęć: Inga Beart znajduje się zazwyczaj na krawędzi kadru, odpływając w nieświadomość na czyimś ramieniu lub odwracając się od obiektywów – które już nie skupiały się na niej, lecz na nowych pisarzach, artystach lub świeżych pięknościach. Nie zauważyliby mojej matki, gdyby się poślizgnęła, zachwiała albo potknęła, bo jeden z jej obcasów utknął między kamieniami i się wyrwał.
Okazało się, że przechodziłem właśnie obok zakładu szewskiego, więc zatrzymałem się na chwilę, by zajrzeć do środka. Postawiłem bagaż na ziemi, by dać ramieniu odpocząć, i zacząłem spoglądać przez szybę na zakurzone półki. Tak naprawdę nie spodziewałem się zobaczyć pary czerwonych szpilek, które mogły zostać przyniesione do naprawy jakieś pięćdziesiąt lat temu, w towarzystwie kaloszy i letnich sandałków, których klienci zapomnieli odebrać. Ale i tak ich szukałem, tak dla pewności.
Nie zauważyłem, że zajmuję większą część wąskiego chodnika, pochylony, by patrzeć przez to okno. Dziewczyna z walizką zeszła na ulicę, by mnie ominąć. Jej bagaż uderzył o bruk i się przewrócił. Odwróciłem się, by przeprosić, a ona zatrzymała się na krótką chwilę i powiedziała coś, czego nie zrozumiałem.
– Przepraszam – odezwałem się, a gdy wydawała się zmieszana, dodałem: – Przepraszam, nie mówię po…
– Och, nie, w porządku. W porządku – odpowiedziała po angielsku. Nie ma sensu pytać ją o kierunek, pomyślałem. Mówiła z akcentem, ale na pewno nie francuskim.
– Pomogę ci – zaproponowałem. Podniosłem jej walizkę i postawiłem na chodniku. – Obawiam się, że kółko się urwało. – Rozejrzałem się, by sprawdzić, czy nie wpadło do ścieków.
– Już dawno temu – powiedziała.
Musiała mnie wziąć za kogoś innego, bo spoglądała na mnie uważnie, delikatnie mrużąc oczy, jakby próbowała wypatrzeć jakiś szczegół na mojej twarzy. Odwróciłem wzrok i liczyłem w myślach: jeden tysiąc, dwa tysiące… To był nawyk, którego nabrałem, gdy zacząłem mieć problemy z radą szkoły, kiedy przez większość ostatniego semestru nauczania unikałem patrzenia na dziewczęta z klasy i skupiałem się na ich włosach. Liczyłem w myślach tysiąc, dwa tysiące, a potem przesuwałem wzrok ostrożnie, by nikt nie pomyślał, że spojrzenie trwa zbyt długo. Dziewczyna miała wysoką, ale równą linię włosów, które przy skórze były jasnobrązowe. Tysiąc, dwa tysiące, pomyślałem, i skierowałem wzrok na dół na nasze walizki, tysiąc, dwa tysiące, a potem na tanią różę w plastikowym stożku, którą trzymała. Jednocześnie zauważyłem, że pod pachą niesie pudełko po butach.
– Otworzę ci drzwi – zaproponowałem. Gdy spojrzała na mnie pustym wzrokiem, pokiwałem w kierunku zakładu szewskiego. – Wchodzisz do środka? – zapytałem.
– Nie – odpowiedziała. Widząc, że patrzę na pudełko po butach, które niesie, dodała: – To nie buty.
– Och – odparłem, a w myślach zacząłem: tysiąc, dwa tysiące.
Właśnie wtedy dotarło do mnie, że i w niej jest coś znajomego. Spojrzałem ponownie, próbując skojarzyć zarys jej podbródka czy nachylenie głowy.
– Czy wie pan, jak dojść na dworzec Montparnasse? – zapytała.
– Nie mam pojęcia – odparłem. – Przepraszam. Nie znam Paryża.
Tysiąc, dwa tysiące, pomyślałem, a gdy ponownie spojrzałem na dziewczynę, dotarło do mnie, co takiego rozpoznałem. To nie tak, że widziałem jej twarz wcześniej – a przynajmniej nie dokładnie. Ale patrzyłem właśnie na okładkę książki Bristola, gdzie na zdjęciu została uchwycona niespotykana jasność oczu Ingi Beart. Dziewczyna z walizką nie wyglądała jak moja matka, z wyjątkiem tego, że miała równie blade tęczówki, które nadawały je twarzy dokładnie ten sam chłodny wyraz – patrzyła na mnie, jednak mogła śledzić drobinki kurzu albo skupiać się na czymś bardziej odległym.
Dziewczyna ponownie powiedziała coś w swoim języku. Nadal na mnie spoglądała. Dostrzegałem delikatne dostosowywanie się jej źrenic, rozlewających się jak krople atramentu na spokojnej wodzie. Zbyt późno przypomniałem sobie o przeniesieniu uwagi na jej czoło. Potem, nie wiedząc, co więcej mógłbym zrobić, znów spojrzałem na witrynę sklepu.
Jest coś, co mówią o mojej matce: mimo tego wszystkiego, co widziała w innych ludziach, na mnie nie spojrzała ani razu. Według biografów w chwili moich narodzin Inga Beart odwróciła głowę. Jeden z nich cytuje pielęgniarkę obecną przy porodzie, która powiedziała, że go zapamiętała, ponieważ Inga Beart zamknęła oczy i nie otworzyła ich, dopóki nie zostałem zważony, zbadany i oddany w pośpiechu pod opiekę państwa – a nawet dziewczęta, które rodzą dzieci dla pieniędzy, próbują rzucić na nie choć jedno spojrzenie, zanim zabiorą je siostry. Potem poinformowano ją, że nadszedł czas, by podpisać dokumenty.
Ustalenie miejsca pobytu moich krewnych zajęło szpitalowi trochę czasu, i jeszcze więcej minęło, zanim ciotka Cat i wuj Walt dali radę zorganizować przyjazd i mnie zabrać. Przygarnięcie kolejnego dziecka nie było dla nich łatwe, bo Pearl nadal nosiła pieluchy, a Eddie miał zaledwie sześć miesięcy, więc pierwsze tygodnie życia spędziłem w sierocińcu.
Oczywiście, gdy urodził się mój własny syn, miałem mocne postanowienie, by w jego przypadku wszystko potoczyło się inaczej. Kiedy leżał w szpitalnym łóżeczku i chwycił mój palec z siłą noworodka, zbyt nowego na świecie, by robić cokolwiek na pół gwizdka, powiedziałem mu, że zadbam o to, by nigdy nie poczuł się samotny. Wystarczająco sprzyjało mi wtedy szczęście i nie wiedziałem, że taką obietnicę można złamać na tysiąc sposobów, więc całą noc stałem przy oknie sali dla niemowląt. Chciałem, by mój syn miał obok siebie ojca i mógł zobaczyć przez szybę jego twarz, w razie gdyby otworzył oczy.
Jeśli moja matka kiedykolwiek martwiła się tym, czy jestem samotny lub przestraszony, to żadne źródła o tym nie wspominają. Właściwie w ani jednej ze swoich powieści czy historii, w stosach korespondencji i podczas godzin wywiadów, których udzieliła przez lata, ani razu o mnie nie wspomniała. Wszyscy badacze to zauważyli i nawet najsubtelniejsi z biografów nie dali rady ująć tego w niebolesny sposób. Jak powiedział jeden z nich: „Dla Beart, która odmawiała wierzenia w kogokolwiek, dopóki o nim nie napisała, jej własne dziecko po prostu nie istniało”.
Być może. Jestem nawet skłonny przyznać, że Inga Beart i ja nigdy nie stanęliśmy twarzą w twarz – nawet tego dnia, gdy wróciła na nasze ranczo, by nas odwiedzić, bo ukrywałem się wtedy pod kuchennym stołem ciotki Cat. Ale jednak wróciła. Jakkolwiek mocno by się starała, moja matka nie zostawiła mnie zupełnie. To jedyna rzecz, jakiej jestem pewien. Bo gdy zamknę oczy, widzę podwójny szew dokładnie poniżej jej kostki, potem trzy kolejne i zaczynają się paski, krzyżujące się w lewo na prawej stopie i w prawo na lewej. Zapinane są na zewnątrz, ciasno na czwartą dziurkę, ale odrobinę poniżej trzeciej jest zagięcie, lekkie zniszczenie wskazujące na to, że przez jakiś czas musiała zapinać te czerwone buty odrobinę luźniej. To szczegół, o którym nie myślałem, gdy byłem młody. Później jednak, kiedy usłyszałem, jak ciężarna kobieta mówiła swojej przyjaciółce, że ma opuchnięte stopy, zacząłem się zastanawiać, czy te małe zagięcia na skórze obuwia nie były moim wkładem w życie matki, moim śladem na niej.
Byłem zaskoczony, gdy odkryłem, że dziewczyna z walizką nadal stoi na chodniku. Nie miałem pojęcia, że ona wciąż czeka, aż coś powiem. Nie mogłem sobie dokładnie przypomnieć, o czym rozmawialiśmy.
Większości sklepów na ulicy jeszcze nie otwarto, ale na tyłach zakładu szewskiego dostrzegłem sprzedawcę już przy pracy, nawlekającego nowe sznurówki na stary but do wspinaczki. Obok niego stała wypolerowana i opisana do odbioru para czerwonych butów. Wyglądały na staroświeckie, lecz kolor był zbyt jasny i zapięcia nie pasowały.
Dziewczyna wciąż mi się przyglądała, jakby jej nie satysfakcjonował fakt, że jesteśmy dla siebie obcy. Była mniej więcej w tym samym wieku co mój syn. Dalej patrzyłem w okno sklepu, próbując wymyślić, co powiedzieć.