Nowości

Świat marzeń zakupoholiczki

Ulubione zajęcie: zakupy. Jest jednak mały problem uniemożliwiający rozwijanie tej pasji. Liche dochody i nieustanny debet na koncie… “Świat marzeń zakupoholiczki” to przezabawna historia zwariowanej trzydziestolatki.


Świat marzeń zakupoholiczkiRebeka Bloomwood ‒ właścicielka imponującej szafy pełnej modowych must-have sezonu zawodowo zajmująca się pisaniem porad na temat gospodarnego wydawania pieniędzy. Ulubione zajęcie: zakupy.

Ale jak oddawać się swojej pasji, gdy dochody liche, a na koncie nieustanny debet? Zwiększyć zarobki? Trudne. Zmniejszyć wydatki? Niemożliwe. A bank wysyła coraz to więcej monitów…

Czy Becky wydostanie się z tego zaklętego kręgu? Czy znajdzie miłość? I czy odzyska kontrolę nad swoją kartą kredytową?

Sophie Kinsella
Świat marzeń zakupoholiczki
Przekład: Krystyna Chmiel
Wydawnictwo Sonia Draga
Premiera: 20 maja 2015
 

Świat marzeń zakupoholiczki


6.07.1997
Bank Endwich
Stallion Square 1
London Wl 3HW

Sz.P.
Rebeka Bloomwood
Jarvis Road 63 m. 4
Bristol BS1 ODN

Szanowna Pani!
Gratulujemy ukończenia studiów na uniwersytecie w Bristolu ze świetnym wynikiem.
My w Endwich również osiągamy świetne wyniki jako bank, który wychodzi naprzeciw różnorodnym potrzebom klientów. Szczycimy się szczególnie atrakcyjną ofertą dostosowaną do tej grupy odbiorców, do której należy także Pani.
Mamy zaszczyt zaproponować Pani specjalny, odnawialny kredyt dla absolwentów do wysokości 2000 funtów, udzielany przez dwa pierwsze lata po ukończeniu studiów. Gdyby zdecydowała się Pani założyć konto w naszym banku, kredyt mógłby zostać uruchomiony natychmiast. Mamy nadzieję, że zechce Pani skorzystać z naszej oferty i prześle nam odwrotną pocztą wypełniony wniosek.
Z poważaniem –
Nigel Fairs
Kierownik Działu Kredytów dla Absolwentów
Endwich troskliwym bankiem

10.09.1999
Bank Endwich
Oddział Fulham
Fulham Road 3
London SW6 9JH

Sz.P.
Rebeka Bloomwood
Burney Road 4 m. 2
London SW6 8FD

Szanowna Pani!
W nawiązaniu do treści pism 3 maja, 29 lipca i 14 sierpnia br. przypominamy, że ważność kredytu dla absolwentów upływa z dniem 19.09.1999. Zwracamy również uwagę, że przekroczyła Pani znacznie limit 2000 funtów.
Obecny stan Pani zadłużenia wynosi trzy tysiące siedemset dziewięćdziesiąt cztery funty pięćdziesiąt sześc pensów, proszę więc o telefoniczny kontakt z moją asystentką Eriką Parnell celem przenegocjowania warunków spłaty.
Z poważaniem –
Derek Smeath
Prezes Banku

22.09.1999
Bank Endwich
Oddział Fulham
Fulham Road 3
London SW6 9JH

Sz.P.
Rebeka Bloomwood
Burney Road 4 m. 2
London SW6 8FD

Szanowna Pani!
Niezmiernie mi przykro, że złamała Pani nogę. Po wyzdrowieniu proszę jednak uprzejmie o skontaktowanie się z moją asystentką Eriką Parnell w celu omówienia Pani sytuacji finansowej.
Z poważaniem –
Derek Smeath
Prezes Banku

17.11.1999
Bank Endwich
Oddział Fulham
Fulham Road 3
London SW6 9JH

Sz.P.
Rebeka Bloomwood
Burney Road 4 m. 2
London SW6 8FD

Szanowna Pani!
Niezmiernie mi przykro, że zapadła Pani na mononukleozę. Po wyzdrowieniu proszę jednak uprzejmie o skontaktowanie się z moją asystentką Eriką Parnell w celu omówienia Pani sytuacji finansowej.
Z poważaniem –
Derek Smeath
Prezes Banku

1

Dobrze już, dobrze. Nie panikujmy. Przecież to tylko rachunek za zakupy opłacone kartą VISA. Jeden gówniany świstek papieru z kupą cyferek, a ile krwi potrafi napsuć człowiekowi!
Wyjrzałam z okna mojego biura wychodzącego na Oxford Street, którą akurat przejeżdżał autobus. Zmusiłam się do otwarcia białej koperty leżącej na zagraconym biurku, wmawiając sobie kolejny raz, że to przecież tylko jakiś durny świstek papieru. Nie byłam głupia i dobrze wiedziałam, ile może wynosić taki rachunek… No, powiedzmy, z grubsza wiedziałam.
Mogli mnie skasować na jakieś dwieście funtów. Ewentualnie trzysta… tak, pewnie to będzie trzysta. Góra trzysta pięćdziesiąt!
Jakby nigdy nic przymknęłam oczy i zaczęłam w myśli podliczać ostatnie wydatki. A więc ten kostium, który kupiłam w Jigsaw… Obiad z Zuzą u Quaglina… No i ten cudowny dywanik w czerwono-żółty deseń! Prawdę mówiąc, sam tylko dywanik kosztował dwieście funtów, ale był wart tę sumę. Wszyscy się nim zachwycali, a już na pewno Zuza.
No, a ten kostium w Jigsaw kupiłam na wyprzedaży, więc o trzydzieści procent taniej. Czyli właściwie na nim zaoszczędziłam!
Otworzyłam oczy i sięgnęłam po rachunek, ale w tym momencie przypomniałam sobie o nowych soczewkach kontaktowych. Kosztowały dziewięćdziesiąt pięć funtów, kupę szmalu, lecz przecież musiałam je mieć. Mam poruszać się po omacku, czy co?
Do tego jednak potrzebne były płyny, zgrabny futeralik i niealergizujący tusz do powiek. Ile to może być razem… czterysta?
Przy sąsiednim biurku Klara Edwards podniosła wzrok znad papierów. Porozkładała przychodzące listy na oddzielne kupki, jak co rano. Każdy plik ścisnęła gumką i opatrzyła naklejką z napisem: „Odpowiedzieć natychmiast” albo „Nie bardzo pilne, ale trzeba odpowiedzieć”. Niedobrze mi się robiło, kiedy na to patrzyłam!
– Wszystko w porządku, Becky? – zapytała.
– Oczywiście, to list do mnie – zbyłam ją.
Sięgnęłam żwawo do koperty, ale nie wyciągnęłam z niej rachunku, tylko zacisnęłam na nim palce. Jak co miesiąc, prosiłam Boga, aby spełnił moje najskrytsze marzenie.
Pewnie jesteście ciekawi, o czym marzę? Ano o tym, żeby mi się zdarzyło coś podobnego jak w opowiadaniu, które przeczytałam w jakimś czasopiśmie. Tak mi się spodobało, że wycięłam je sobie i przykleiłam na drzwiach szafy. Opisana tam była pomyłka, jaką popełniono w pewnym banku. Wysyłając rachunki do dwóch osób, zamieniono je, i macie pojęcie, że ci ludzie się nie zorientowali? Uregulowali nie swoje rachunki i nawet okiem nie mrugnęli!
Od tamtej pory wielokrotnie wracałam do tego opowiadania, marząc, by i mnie przytrafiło się to samo. Gdyby na przykład mój kilometrowy rachunek otrzymała jakaś ekscentryczna starsza dama z Kornwalii i uregulowała go, nie sprawdzając, jakich dotyczy wydatków? Ja za to chętnie zapłaciłabym za trzy puszki karmy dla kotów po pięćdziesiąt dziewięć pensów. Trzeba w końcu postępować uczciwie, prawda?
Jeszcze kiedy wyglądałam przez okno, uśmiech nie schodził z moich warg, taka byłam pewna, że w tym miesiącu moje marzenie się ziści! Jednak gdy ponaglana wścibskim spojrzeniem Klary zajrzałam w końcu do koperty – mina mi zrzedła. Mało tego, zrobiło mi się gorąco, pewnie ze strachu.
Wydruk był gęsto upstrzony znanymi nazwami firm, które migały mi przed oczyma, jakbym przechodziła przez pasaż handlowy. Przewijały się zbyt szybko, abym mogła dogłębnie analizować ich znaczenie – udawało mi się najwyżej zatrzymywać wzrok przy wyrywkowo wybranych pozycjach.
Na przykład czekoladki Thorntona… Co one tu, do jasnej cholery, robią? Nie mogłam kupować sobie żadnych czekoladek, bo przecież miałam zacząć się odchudzać. W tym rachunku musi być błąd. A może to w ogóle nie chodzi o mnie? Przecież nie mogłam wydać aż takiej sumy!
Przykazałam sama sobie, aby nie wpadać w panikę. Wzięłam głęboki oddech i postanowiłam przeczytać powoli, po kolei, wszystkie pozycje wydruku. Zaczęłam od góry.
WH Smith – zgadza się. Przecież każdy czasem potrzebuje papeterii.
Boots – jak wyżej.
Specsavers – same potrzebne rzeczy.
Oddbins – musiałam kupić tam butelkę wina.
Our Price – zaraz, zaraz… Co to było? Aha, nowy album Szarlatanów. To chyba jasne, że musiałam go mieć!
Bella Pasta – aha, jadłam tam kolację z Caitlin!
Oddbins – następna butelka wina.
Esso – paliwo się nie liczy!
Quaglino – wiem, że u niego jest drogo, ale chyba raz można sobie pozwolić na małe szaleństwo?
Prêt-à-Manger – wtedy po prostu zabrakło mi gotówki.
Oddbins – kolejna butelka wina.
Dywany dla bogaczy… – no tak, to właśnie tam kupiłam ten idiotyczny dywanik!
La Senza – seksowna bielizna, której potrzebowałam na randkę z Jamesem.
Agent Provocateur – jeszcze bardziej seksowna bielizna, jakbym czegoś takiego potrzebowała!
Wszystko dla ciała – aparat do masażu, którego muszę używać.
Next – taka zwyczajna biała bluzka, ale kupiłam ją na wyprzedaży.
Millets…
Nad tą pozycją zatrzymałam się dłużej. Skąd się tu wziął Millets, jeśli nigdy nie kupuję w sklepach tej firmy? Marszcząc czoło, próbowałam się skupić nad wydrukiem, aż mnie olśniło. Przecież to jasne – ktoś musiał posłużyć się moją kartą. Wygląda na to, że ja, Rebeka Bloomwood, padłam ofiarą przestępstwa!
Dopiero teraz wszystko zaczęło trzymać się kupy. Jakiś kryminalista musiał zwinąć mi kartę i podrobić podpis. Ciekawe, gdzie jeszcze się nią posługiwał? To dlatego przysłali mi taki niebotyczny rachunek. Ktoś zaszalał na moje konto i liczył, że mu się to upiecze!
Tylko jak mógł to zrobić, jeśli moja karta VISA leży sobie grzecznie u mnie w portfelu? Gapiąc się na nią, wpadłam na pomysł, że ktoś musiał w takim razie wyjąć ją z mojej torebki, użyć jej i wsadzić z powrotem. A więc był to ktoś znajomy, ale, na miłość boską, kto?
Rozejrzałam się podejrzliwie wokół siebie. Ktokolwiek to zrobił, nie był zbyt inteligentny, bo użył mojej karty u Milletsa. Przecież ja nigdy tam nie kupuję, więc od razu się zdradził.
– Nigdy nie kupowałam u Milletsa! – wymówiłam na głos.
– Jak to nie? – zareagowała od razu Klara. – Oczywiście, że kupowałaś!
– Ależ skąd! – obruszyłam się, wściekła, że ktoś ingeruje w mój tok myślowy.
– Przecież kupiłaś tam prezent pożegnalny dla Michaela, nie pamiętasz?
Uśmiech znikł z mojej twarzy. Kurczę blade, rzeczywiście, tę pieprzoną niebieską kurtkę dla Michaela kupiłam właśnie u Milletsa!
Michael to nasz były zastępca redaktora naczelnego, który zwolnił się z pracy trzy tygodnie temu. Zgłosiłam się na ochotnika, aby kupić mu pożegnalny prezent. Wzięłam ze sobą do sklepu brązową kopertę z banknotami i monetami zebranymi wśród kolegów. Wybrałam sportowy skafander, bo znałam jego upodobania, ale w ostatniej chwili wpadłam na pomysł, że zapłacę kartą kredytową, a gotówkę zatrzymam dla siebie.
Przypomniałam sobie, jak wyłowiłam z koperty cztery banknoty po pięć funtów i wsadziłam je do portfela. Monety jednofuntowe włożyłam do specjalnej przegródki, a resztę drobniaków wrzuciłam na dno torebki. Pamiętałam nawet, jak się cieszyłam, że teraz długo nie będę musiała korzystać z bankomatu. Sądziłam, że sześćdziesiąt funtów wystarczy mi na całe tygodnie…
Jak się więc stało, że nie wystarczyło? Gdzie się podział ten szmal? Nie mogłam przecież wydać sześćdziesięciu funciaków, nie zdając sobie z tego sprawy!
– A dlaczego o to pytasz? – zaciekawiła się Klara, świdrując mnie wzrokiem przenikliwym jak promienie Roentgena. Widziała przecież, że studiuję wyciąg z konta VISA.
– Tak sobie, bez powodu – spławiłam ją, szybko odwracając wydruk na drugą stronę. Byłam już jednak do tego stopnia wytrącona z równowagi, że zamiast swoim zwyczajem skoncentrować się na wysokości Minimalnej Wymaganej Wpłaty – od razu zwróciłam wzrok na łączną sumę, wydrukowaną na samym dole. Stało tam jak byk, czarno na białym – dziewięćset czterdzieści dziewięć funtów i sześćdziesiąt trzy pensy!
Przez jakieś pół minuty bezmyślnie gapiłam się na wydruk, zanim wepchnęłam go z powrotem do koperty. Przez chwilę miałam wrażenie – przysięgam, że naprawdę tak się czułam – jakby ten świstek papieru mnie nie dotyczył. Może gdzieś się podzieje, gdybym, na przykład, zrzuciła go na podłogę za biurkiem? Sprzątaczka go wymiecie, a ja będę mogła udawać, że nigdy go nie dostałam! Przecież chyba nie mogą żądać ode mnie zapłacenia rachunku, którego nie widziałam na oczy!
Zaczęłam już układać sobie w myśli treść listu do kierownika działu obsługi kont VISA. „Szanowny Panie Kierowniku! Zdziwił mnie Pana list, gdyż nie otrzymałam z Pańskiego banku żadnego rachunku. Ostrzegam, że zwrócę się ze skargą do Rzecznika Praw Obywatelskich, Pani Anny Robinson”.
Zresztą w najgorszym razie zawsze zdążę dać nogę za granicę!
– Becky… – Głos Klary oderwał mnie od tych rozważań. Odruchowo wyprostowałam się, czując na sobie jej wzrok. – Napisałaś już ten kawałek o banku Lloyda?
– Prawie – skłamałam gładko, ale ponieważ nadal mnie obserwowała, musiałam potwierdzić swoje dobre chęci na ekranie komputera.
– „Posiadacze kont postąpią słusznie, jeśli otworzą u nas rachunek oszczędnościowo-rozliczeniowy” – wystukałam zdanie żywcem zerżnięte z komunikatu prasowego, który leżał na moim biurku. – „Od depozytów wyższych niż 5000 funtów będą naliczane korzystne, skumulowane odsetki…”
Postawiłam kropkę, łyknęłam kawy i przewróciłam stronę pisma z komunikatem.
Nawiasem mówiąc, właśnie takimi rzeczami się zajmuję. Pracuję w redakcji czasopisma poświęconego problemom finansowym. Płacą mi za to, abym doradzała ludziom, jak mają inwestować swoje pieniądze.
Oczywiście nie o takiej pracy marzyłam, ale dziennikarze piszący o sprawach finansowych zazwyczaj trafiają do tej branży przypadkowo. Zaklinają się, że właśnie to najbardziej lubią robić, ale nie wierzcie im. Prawda jest taka, że po prostu nie mogli się załapać na ciekawsze tematy. Każdy najpierw starał się o posadę w redakcji „Timesa”, „Expressu”, „Marie-Claire” czy „Vogue’a”, ale zewsząd odprawiano ich z kwitkiem.
Próbowali więc szczęścia w pisemkach typu „Miesięcznik Metalowca”, „Gazeta Serowarska” czy „Poradnik Inwestora” i cieszyli się, jeśli zatrudniono ich za psi grosz choćby na gównianej posadce asystenta redaktora. Chcąc nie chcąc, specjalizowali się z czasem w tematyce obróbki metalu, wyrobu serów czy korzystnych lokat kapitału, bo po prostu nie znali się już na niczym innym. Sama zaczynałam karierę w redakcji periodyku o chwytliwym tytule „Nasze Inwestycje”. Nauczyłam się tam przepisywać artykuły z gazet, robić mądrą minę na konferencjach prasowych i tak formułować pytania, aby stwarzać wrażenie, że wiem, o czym mówię. Możecie mi wierzyć albo nie, ale po półtora roku takiej pracy skaperował mnie magazyn „Korzystne Lokaty”.
Nie zmienia to faktu, że niewiele się nauczyłam na temat finansów. Byle pasażer miejskiego autobusu czy dziecko z podstawówki wie w tej materii więcej ode mnie. Po trzech latach pracy nadal obawiam się, że ktoś odkryje moją ignorancję.