Nowości

Francuski romans

Gina i Sally Makepiece odziedziczyły stoisko we Francuskim Domu – centrum z antykami ukrytym w samym sercu angielskiej wsi…


Francuski romansGina postanawia wprowadzić Francuski Dom i jego gderliwego właściciela w dwudziesty pierwszy wiek.

Uzbrojony we wszystkie atrybuty współczesnego pana Rochestera, Matthew Ballinger jest co najmniej nieszczęśliwy z powodu zawieruchy, jaka rozszalała się na jego progu. Ostatnie, czego oboje pragną to zakochać się.

Czy jednak podróż do Francji nie każe im zmienić zdania?

Katie Fford urodziła się i wychowała w Londynie, ale od trzydziestu lat mieszka z rodziną w Gloucestershire. Jej pierwsza książka, Living Dangerously, była promowana przez firmę WHSmith w kampanii na rzecz młodych talentów. Od tamtego czasu powstało prawie 20 powieści jej autorstwa. Wiele z nich poznały także polskie czytelniczki. Jej hobby to śpiewanie w chórze i taniec flamenco. Katie Fforde jest także przewodniczącą Stowarzyszenia Autorów Romansów.

Katie Fforde
Francuski romans
Przekład: Katarzyna Petecka-Jurek
Wydawnictwo Sonia Draga
Premiera: 17 września 2014
 

Francuski romans


Rozdział 1


– Kotku, mówię to bardziej z przerażeniem niż ze złością, ale naprawdę chcesz iść tak ubrana?
Gina posłała siostrze spojrzenie, w którym irytacja mieszała się z rozbawieniem i lekkim znużeniem. Jechały samochodem główną drogą do Cranmore-on-the-Green i nawet przez myśl jej nie przeszło, że mogłaby teraz zawrócić tylko po to, by się przebrać. Dziewczynki Sally spały na tylnym siedzeniu i Ginie prowadziło się znacznie łatwiej, kiedy nie śpiewały, sprzeczały się czy rozrzucały kartoniki po sokach po całym samochodzie. Chciała dojechać możliwie jak najdalej, zanim się obudzą.
– Zważywszy, że już jesteśmy w drodze, to tak, naprawdę pójdę tak ubrana – powiedziała. – A poza tym, co ci się nie podoba w moim ubraniu? W bagażniku mam żakiet.
Sally, młodsza o osiemnaście miesięcy i w pełni wykorzystująca babie lato, miała na sobie długą spódnicę, luźny drapowany top, sandały gladiatorki i mnóstwo koralików. Irytująco dobrze prezentowała się w stylu hippisowsko-eleganckim. Gina poczuła się skrytykowana.
– Wyglądasz okropnie korporacyjnie – oznajmiła Sally. – Czarny spodnium i bielusieńka koszula może nadają się na spotkania biznesowe, ale to…
– To jest spotkanie biznesowe. – Gina zerknęła na GPS. – Zresztą wszystkie inne ubrania są jeszcze w kartonach, które dali mi ludzie od przeprowadzek. Ta koszula jest przynajmniej czysta i wyprasowana. Jako jedyna ze wszystkiego, co aktualnie posiadam.
– To nie do końca jest spotkanie biznesowe – powiedziała Sally, spoglądając przelotnie na dziewczynki, żeby się upewnić, że dalej śpią. – Chodzi w nim o bardzo ważny list. Od naszej szalonej ciotki Rainey.
Gina czuła, że choć odrobinę musi stłumić entuzjazm Sally.
– To jest biznes. Nasza droga zmarła ciotka miała stoisko w centrum z antykami tego gościa. Więc to jest biznes, tak? List dotyczy właśnie tego. Prawdopodobnie.
Sally cmoknęła zniesmaczona przyziemnym podejściem Giny.
– Tak, ale to kontakt zza grobu.
Rzekła to takim tonem, jakby była Yvette Fielding zapowiadającą wyjątkowo przerażający odcinek Most Haunted.
Gina zachichotała.
– Nie pleć! Przecież dostałyśmy listy od jej adwokata. Kontakt zza grobu byłby wtedy, gdybyśmy zrobiły seans spirytystyczny.
– Myślisz, że to dobry pomysł?
Teraz już Gina śmiała się na całego, nawet kiedy kręciła przecząco głową.
– Słowo daję, Sal, kompletnie ci odbiło. Seans spirytystyczny to głupi pomysł. Poza tym kompletnie niepotrzebny, bo przecież mamy listy. Na prawdziwym papierze, jak najbardziej z tej ziemi. – Posłała Sally pełne miłości, choć odrobinę rozpaczliwe spojrzenie. – Czasem się zastanawiam, czy od bycia artystką i siedzącą w domu mamuśką nie zgnił ci mózg. – Zrobiła sekundową przerwę. – Co nie znaczy, że nie radzisz sobie świetnie, chociaż nie masz pieniędzy. Ale niektóre twoje pomysły są czasem trochę poronione.
– No wiesz, odrobina rozrywki się przydaje, kiedy trzeba szukać malutkich ubranek pod łóżkiem albo rozdzielać dziewczynki, żeby się nie pozabijały.
Sally westchnęła.
Ginie zrobiło się głupio, że tak palnęła o zgniłym mózgu.
– Jesteś wspaniałą matką, Sally, naprawdę. Wystarczy popatrzeć na dziewczynki.
– Ale? Czuję, że zaraz nastąpi.
– To nie dotyczy ciebie, ale naprawdę uważam, że na tym spotkaniu podpiszemy tylko dokumenty, żeby centrum z antykami odzyskało swoje stoisko czy coś w tym stylu. Nic nadzwyczajnego.
– To znaczy, że według ciebie nie będzie z tego żadnych konkretnych pieniędzy?
Gina pokręciła głową.
– Nie bardzo wiem, skąd miałyby się wziąć. Widywałaś ciocię Rainey częściej ode mnie, ale chyba byśmy wiedziały, gdyby była bogata, no nie? Nie miała domu i chyba też nie miała pieniędzy.
Sally znowu westchnęła.
– Tęsknię za nią, wiesz? Niezły był z niej numer, wciąż mówiła o Beatlesach i tych wszystkich zespołach, jakby byli jej najlepszymi przyjaciółmi, ale była fajna. Żałuję, że nie spotykałam się z nią częściej, ale nie było łatwo, tym bardziej że urodziłam bliźniaczki zaraz jak tylko się tu przeprowadziliśmy. – Uśmiechnęła się. – Kilka razy przyszła na podwieczorek, zawsze ubrana jak eksrockowa elegantka, i myślę, że dziewczynki by ją uwielbiały, kiedy byłyby starsze, ale cóż, niestety zmarło się jej.
– Była naprawdę świetna i ekscentryczna. A ty, jak nie będziesz uważać, staniesz się taka sama – dodała Gina.
– Nie miałabym nic przeciwko temu. Ciotka była super.
– Wiem. To miał być komplement. W pewnym sensie.
Sally przyjrzała się siostrze, chyba nie do końca wiedząc, jak to powinna zrozumieć. W końcu zmieniła temat.
– Jaki był? Ten cały Matthew Ballinger?
– Przecież nie poznałam go osobiście.
Sally machnęła ręką, jakby to był szczegół bez znaczenia.
– Ale z nim rozmawiałaś. Jaki miał głos?
– Och. Miły, spokojny. Chociaż chyba trochę zrzędliwy… Znowu to robisz, prawda?
– Co?
Oburzenie Sally było tak niewinne, że Ginie przypominało jej siostrzenice, kiedy zarzuciło się im, że zrobiły kosmiczny bałagan albo coś nabroiły.
– Swatasz mnie – powiedziała Gina, siląc się na zdecydowany ton. – Dlatego tak się czepiałaś mojego ubrania. Masz natychmiast przestać.
Siostra wyglądała przez boczne okno, chyba trochę zmieszana.
– No wiesz, już czas, żebyś znalazła sobie nowego chłopaka.
– Wcale nie. Robię sobie przerwę od mężczyzn. Ostatni okazał się prawdziwą katastrofą, nie tylko zabrał mi pieniądze, ale narobił też innych świństw, które znasz na pamięć. – Gina umilkła. – Między innymi z tego powodu wyprowadziłam się z Londynu, na wypadek gdybyś zapomniała. I jeszcze długo nie mam zamiaru tam wracać.
– Dokąd? Do Londynu?
Gina warknęła.
Sally zaczekała chwilę, aż Gina się uspokoi.
– Ale to przecież nie był prawdziwy powód. Londyn jest gigantyczny. Gdybyś się postarała, mogłabyś unikać Egana.
– Och, próbowałam! Ale kiedy zna się tych samych ludzi, nie da się nie wpaść na kogoś, kogo wcale nie chce się spotkać.
– To tylko wymówka. Tak naprawdę wyprowadziłaś się, bo chciałaś widzieć, jak twoje siostrzenice dorastają – powiedziała Sally z zadowoleniem.
Gina uśmiechnęła się, zgadzając się z siostrą.
– To prawda. Poza tym interesy kiepsko idą i jedyny poważny klient, jaki mi został, też się tu przeprowadził. Na dodatek czynsz za moje mieszkanie wzrósł niebotycznie, więc z powodu recesji musiałam przegrupować siły. Ale wszystko to wiesz.
– Zapomniałaś dodać: „i nieustannie wierciłaś mi dziurę w brzuchu” – powiedziała Sally.
– To też – roześmiała się Gina.
– Będziesz zachwycona życiem tutaj. Wiem o tym.
Gina niechętnie się z nią zgodziła.
– Ja też wiem. Już uwielbiam budzić się w moim domku i na końcu ogrodu widzieć pola zamiast tylnej ściany obskurnej knajpy z rybą i frytkami.
– Ale za niektórymi rzeczami będziesz tęsknić – powiedziała życzliwie Sally. – Mieszkałaś w tętniącej życiem metropolii, a teraz…
– W zapadłej dziurze? Będzie mi brakować, że nie mogę zjeść porządnego curry?
Sally nigdy wcześniej nie wspomniała o ani jednej złej stronie życia na wsi. Czyżby czuła się odpowiedzialna za szczęście siostry?
– Można tu zjeść naprawdę wyśmienite balti, ale może będzie ci brakowało tego całego gwaru? Mam nadzieję, że nie. Tak się cieszę, że się przeprowadziłaś. Wszyscy się cieszymy.
– Nie tylko dlatego, że będę mogła wam popilnować dzieci?
– Jasne, że nie! Jakbyś to robiła.
Gina zachichotała. Uwielbiała swoje siostrzenice i chociaż potrafiły ją porządnie zmęczyć, zawsze lubiła spędzać z nimi czas.
– Myślę, że w głębi serca jestem dziewczyną ze wsi, poza tym tutaj życie jest dużo tańsze niż w Londynie. – Milczała chwilę. – Ale koniec ze swataniem, słyszysz? Jak kiedyś uznam, że może jestem gotowa na następny związek – powiedzmy za jakieś dziesięć lat…
– Kiedy będziesz miała czterdzieści lat i na dziecko będzie za późno.
– Albo ci o tym powiem, albo zacznę szukać w Internecie.
– To takie nieromantyczne!
– I dobrze. Skończyłam z romantyzmem.
– Niemożliwe. W każdym drzemie romantyzm, tylko nikt się do tego nie przyznaje.
Gina uniosła brew i próbowała się nie uśmiechnąć. To jej siostra była romantyczką. Ona była twardą kobietą interesu, która musiała zarabiać na życie. W jej życiu nie było absolutnie miejsca na romantyzm, ani teraz, ani kiedykolwiek w przyszłości. Kiedy się zakochiwała, zawsze kończyło się to katastrofą. Odtąd głowa będzie rządzić jej sercem, i żeby nic jej od tego postanowienia nie odwiodło, w ogóle postara się unikać wszelkich związków.
– Skoro już wiem, że nie masz zamiaru nigdy więcej zbliżyć się do żadnego mężczyzny, możemy chyba spróbować zgadnąć, jaki też może być ten Matthew Ballinger? – Mówiła dalej Sally. – Jest stary czy młody? Myślisz, że w tym samym wieku co ciocia Rainey?
– Sądząc po głosie, raczej w średnim. I nie, nie zgadłam po głosie, czy jest żonaty.
– Przecież nie zapytałam!
– Czy ciocia Rainey wspominała o nim kiedyś? Kiedy była u ciebie z wizytą?
Sally zmarszczyła twarz, zastanawiając się.
– Nie przypominam sobie, ale miałam dzieci i w gruncie rzeczy rozmawiałyśmy głównie o nich.
– Pytałam przez telefon tatę, czy coś o nim wie. Nic. Ale powiedział, że ciocia Rainey lubiła otaczać się młodszymi mężczyznami.
– Może to jeden z jej młodych kochanków. – Sally westchnęła. – Jak mnie stuknie sześćdziesiątka, może też będę miała młodych kochanków.
Gina roześmiała się.
– Przy Alaricu nie masz nawet o czym marzyć!

Cranmore-on-the-Green było miasteczkiem w Cotswold znanym ze ślicznych zabytkowych budynków, antyków, herbaciarni i turystów. Teraz, w ten pogodny jesienny dzień roiło się od ludzi korzystających ze słonecznych dni, niewielu, jakie jeszcze zostały.
Gina i Sally znalazły gigantyczny parking, który był chyba całe kilometry od centrum, i po kilku minutach zmagań i „chcę iść na nóżkach” udało się im załadować i zapiąć bezpiecznie obie dziewczynki w podwójnym wózku. Cała gromadka ruszyła, torując sobie drogę przez tłum.
– Nigdy nie byłaś we Francuskim Domu, prawda? – zapytała Gina.
Sally pokręciła głową.
– Nie. W Cranmore-on-the-Green nie ma supermarketu, więc nie mam po co tu przyjeżdżać, a zresztą tyle tu sklepów z antykami i centrów, że chybabym go nawet nie zauważyła. Zawsze wysyłam tu na wycieczkę rodziców Alarica, kiedy do nas przyjeżdżają. Są zachwyceni. Ale mam mapkę, więc może uda się nam trafić.
Szkoda, że nie mógł zostać z dziewczynkami – mówiła dalej, zjeżdżając wózkiem na ulicę, żeby ustąpić drogi grupce starszych pań, które najwyraźniej zjadły właśnie lunch w pubie i teraz usiłowały odnaleźć parking dla autokarów.
– Nie, dobrze, że nie mógł – powiedziała zdecydowanie Gina. – Miał się spotkać z klientem i może zarobi porządną prowizję.
Gina uważała, że jej siostra i szwagier, oboje o romantycznych i artystycznych duszach, powinni trochę poważniej podchodzić do życia, chociaż czasami dla równowagi potrafili zachowywać się aż za poważnie. Często myślała o nich jak o Kapryśnych Królikach, „zapobiegliwych i radosnych”.
– Tak, ale nie każdy lubi dzieci, a my przecież chcemy, żeby to spotkanie przebiegło dobrze – powiedziała Sally, wciągając wózek z powrotem na chodnik.
– Och, dajże spokój. One są urocze. Zresztą i tak spędzimy tam najwyżej pięć minut. No, jesteśmy na miejscu.
– Wielki Boże! – rzekła Sally.
Patrzyły na budynek, który był stary, majestatyczny i ogromny. Różnił się od georgiańskich budynków po drugiej stronie ulicy: miał okna umieszczone bliżej siebie i wyższe. Ściany porastała szkarłatna kurtyna dzikiego wina, a dwa lekko zardzewiałe wsporniki podtrzymywały napis głoszący, że w istocie jest to „Francuski Dom”. Na wiodących do wielkich podwójnych drzwi schodkach rosło w donicach kilka krzewów wawrzynu. Napis przydałoby się odnowić, a krzewy straciły swój pierwotny kształt lizaków, ale Gina uważała, że ta aura lekkiego zaniedbania dodawała budynkowi uroku – wyglądał pięknie i romantycznie.
– Rzeczywiście jest trochę francuski, prawda? – powiedziała Sally.
Gina kiwnęła głową.
– Chyba tak.
Sally westchnęła.
– Sprawdźmy, czy uda nam się wnieść wózek na schody i czy przejdzie przez drzwi.
W tym domu dzieci chyba nigdy nie gościły.
Kiedy siostry wchodziły, rozległ się dzwonek. Gina zauważyła całkiem sporą dziurę w dywanie, ale okucia na drzwiach były wypolerowane na wysoki połysk. Zjawiła się sympatyczna kobieta w średnim wieku.
– Witam, jestem Jenny. Matthew czeka na panie. Czy mam popilnować wózka? Matthew jest na górze.
– Bardzo miło z pani strony, dziękuję – powiedziała Sally, kiedy już wszystkie się przedstawiły.
Po krótkiej dyskusji, która z bliźniaczek chce iść z Giną, każda z sióstr wzięła za rączkę jedną ze złotowłosych dziewczynek i ruszyły w ślad za Jenny imponującymi schodami. Kiedy Jenny zapukała do jednych z drzwi u ich szczytu, Gina wyprostowała ramiona. Nie wiedziała, co ją czeka, i czuła się odrobinę onieśmielona.