Nowości

Ona & On

“Ona & On”. Poznali się przez portal randkowy. Zamiast kochankami, zostali przyjaciółmi. I chcą, by tak zostało.


Ona & OnOna jest aktorką. On – pisarzem
Ona ma na imię Mia. On – Paul.
Ona jest Angielką. On – Amerykaninem.
Ona ukrywa się na Montmartrze. On mieszka na Marais.
Ona ma na koncie wiele sukcesów. On… No, tak naprawdę, to nie.
Ona jest słynną gwiazdą filmową. On nic o tym nie wie.
Ona została sama. On również.
Ona nie powinna się zakochać. On – tym bardziej.
Ona i On. Nic więcej. Aż tyle.

Komedia romantyczna, w której spotkamy postaci znane z “Jak w niebie”, zekranizowanego z Reese Witherspoon i Markiem Ruffalo.

Marc Levy – jeden z najlepiej rozpoznawalnych francuskich pisarzy. W wieku 18 lat podjął pracę w Czerwonym Krzyżu. Równolegle studiował zarządzanie na Uniwersytecie Paris-Dauphine. W 1984 r. wyjechał do USA, gdzie założył firmę zajmującą się grafiką komputerową. Po powrocie do kraju otworzył kolejną, specjalizującą się w architekturze wnętrz. Debiutancka powieść Jak w niebie uczyniła go gwiazdą literatury. Przetłumaczona na 38 języków, rozeszła się w 3 milionach egzemplarzy; w Hollywood powstała jej adaptacja z Reese Witherspoon w roli głównej (za prawa filmowe Steven Spielberg zapłacił 2 miliony dolarów!). Łączna sprzedaż książek Levy’ego, m.in. W następnym życiu, Dzieci wolności, Moi przyjaciele, moje kochanki, Pierwszy dzień, Pierwsza noc, Złodziej cieni, Przeznaczenie, Powtórka i Uczucie silniejsze od strachu przekroczyła 20 milionów egzemplarzy. „Le Figaro” plasuje go na drugim pod względem poczytności miejscu we Francji w 2012 sprzedał prawie półtora miliona książek.

Marc Levy
Ona & On
Przekład: Joanna Prądzyńska
Wydawnictwo Albatros
Premiera: 23 lutego 2016
 

Ona & On


1

Deszcz lał jak z cebra, woda spływała po dachach i fasadach domów, po samochodach i autobusach, po chodnikach i przechodniach – od chwili nadejścia wiosny w Londynie bez przerwy lało. Mia wyszła z biura swojego agenta.
Creston był przedstawicielem starej szkoły, zawsze mówił prawdę, ale wytwornie.
Wysławiał się elegancko, szanowano go i często cytowano w towarzystwie, gdyż jego cięte uwagi nigdy nie były obraźliwe. Mia była jego ulubienicą, co w okrutnym, często bezwzględnym świecie kina miało wartość wszystkich przywilejów świata.
Tego dnia Creston poszedł na prywatny pokaz ostatniego filmu Mii, a ponieważ przy takich okazjach nie pozwalał jej sobie towarzyszyć, czekała na niego w biurze. Gdy się zjawił, zdjął płaszcz przeciwdeszczowy i od razu zasiadł w fotelu. Nie zamierzał przedłużać napięcia.
– Akcja, trochę romantyzmu, zgrabnie skonstruowany scenariusz wokół intrygi… bezsensownej, ale kto na to będzie zwracał uwagę? Sukces murowany! – oświadczył pewnym głosem.
Mia zbyt dobrze go znała; wiedziała, że to nie koniec.
Ona? Ona jest wprost wspaniała! Trochę zbyt często się rozbiera; następnym razem trzeba będzie uważać i nie świecić gołym tyłkiem w co drugiej scenie, już on tego przypilnuje, oczywiście dla dobra jej kariery, dziś tak szybko szufladkuje się aktorów.
– Creston, czy może mi pan szczerze powiedzieć, co pan myśli?
– Grasz doskonale, a biorąc pod uwagę, co to za rola, należy ci się jeszcze większa pochwała. Ale jest jedna rzecz: nie można wiecznie grać w filmach, których bohaterowie spędzają jesień na zdradach, cudzołóstwach i piciu herbaty. No, cóż… To jest film akcji, kamera często się przemieszcza, bohaterowie również… Czego chcesz więcej?
– Chcę, żeby mi pan powiedział prawdę!
– Moja droga, to jest chała, kompletna chała, która przyciągnie mnóstwo widzów, ponieważ grasz ty i twój mąż, co samo w sobie jest już wydarzeniem… zresztą jedynym. Dziennikarzom będzie się podobać wasze porozumienie, a jeszcze bardziej to, że ewidentnie kradniesz mu show. To nie jest komplement, tylko fakt.
– W życiu codziennym to on jest głównym bohaterem – oświadczyła Mia z bladym uśmiechem.
Creston, wymownym u niego gestem, pogładził się po zaroście.
– Jak się mają sprawy w waszym małżeństwie?
– W ogóle się nie mają.
– Uwaga, Mia, żadnych głupstw!
– O jakich głupstwach pan mówi?
– Doskonale mnie zrozumiałaś. Jest aż tak źle?
– Praca przy tym filmie raczej nas do siebie nie zbliżyła.
– Właśnie tego nie chcę słyszeć, przynajmniej dopóki film nie wejdzie na ekrany. Przyszłość tego arcydzieła zależy od waszego porozumienia, zarówno na ekranie, jak i w życiu prywatnym.
– Ma pan dla mnie jakiś scenariusz?
– Mam kilka.
– Chciałabym wyjechać za granicę. Chciałabym znaleźć się z dala od Londynu, z dala od tej szarości, pragnę zagrać rolę kogoś inteligentnego, wrażliwego, słuchać rzeczy, które mnie poruszą, które mnie rozśmieszą, marzy mi się trochę czułości… To nie musi być jakiś ważny film.
– A ja chciałbym, żeby mój stary jaguar nigdy się nie psuł, ale jestem już na ty z mechanikiem, który go reperuje, a to mówi samo za siebie. Biłem się zawzięcie o to, żebyś zrobiła karierę, w Anglii masz ogromną publiczność, twoi fani zapłacą ci choćby za recytowanie książki telefonicznej, powoli zaczynasz być doceniana również na kontynencie, jak na dzisiejsze czasy twoje honoraria są nieprzyzwoicie wysokie, a jeśli ten film będzie takim sukcesem, jak mi się wydaje, niedługo staniesz się najbardziej rozchwytywaną aktorką twojego pokolenia. A więc trochę cierpliwości, moja droga. Zgoda? Za kilka tygodni spadnie na ciebie prawdziwy deszcz propozycji z Ameryki. Zaczniesz grać w pierwszej lidze.
– W pierwszej lidze idiotek, które uśmiechają się, kiedy są smutne?
Creston wyprostował się w fotelu i odchrząknął.
– W pierwszej lidze tych i innych, które są szczęśliwe. Bardzo cię proszę, Mia, nie chcę już dłużej oglądać tej smutnej miny! – Creston podniósł głos. – Wspólnie udzielane wywiady powinny wam pomóc w przełamaniu kryzysu małżeńskiego. Podczas promocji będziecie musieli ciągle się uśmiechać i w końcu uśmiech stanie się waszą drugą naturą.
Mia podeszła do biblioteczki i ze szkatułki stojącej na półce wyciągnęła papierosa.
– Wiesz, że nie znoszę, kiedy ktoś pali w moim gabinecie.
– Więc dlaczego to tu stoi?
– Na wszelki wypadek.
Popatrzyła na niego i usiadła z niezapalonym papierosem między wargami.
– Wydaje mi się, że on mnie zdradza.
– W dzisiejszych czasach wszyscy zdradzają wszystkich… – odpowiedział Creston, przeglądając świeżą pocztę.
– To nie jest śmieszne.
Popatrzył na nią uważnie.
– Jak cię zdradza? – spytał. – Od czasu do czasu, czy ma kogoś na stałe?
– Czy to coś zmienia?
– A ty go nigdy nie zdradziłaś?
– Nigdy. To znaczy… może raz, ale to był tylko pocałunek. Mój filmowy partner znakomicie całował, a ja zrobiłam to dla dobra sceny. Nie można raczej nazwać tego „zdradą”, prawda?
– Liczy się intencja. W którym to było filmie? – spytał Creston, unosząc brew.
Mia popatrzyła przez okno. Agent westchnął.
– Dobrze. Załóżmy, że twój mąż cię zdradza. Co to ma za znaczenie, jeśli już się nie kochacie?
– On mnie już nie kocha. Ja wciąż go kocham.
Creston wysunął szufladę, wyjął z niej popielniczkę i podał Mii ogień. Dziewczyna zaciągnęła się głęboko. Nie wiedział, czy jej oczy zaszkliły się z powodu piekącego dymu, czy czegoś innego. Postanowił nie pytać.
– On był gwiazdą, gdy ty zaledwie stawiałaś pierwsze kroki w branży filmowej. Zagrał rolę Pigmaliona, a uczennica, jak się okazało, prześcignęła mistrza. Na co dzień jego ego bardzo cierpi… Uwaga na popiół, bardzo lubię ten dywan!
– Niech pan tak nie mówi, to nieprawda.
– Oczywiście, że prawda. Nie mówię, że nie jest dobrym aktorem, ale…
– Ale co?
– To nie najlepszy moment, żeby o tym rozmawiać, pogadamy później, teraz jestem zajęty. – Creston wstał, obszedł biurko, delikatnie wyjął papierosa z ust Mii i zgniótł go w popielniczce. Potem wziął ją pod ramię i zaprowadził do drzwi. – Wkrótce będziesz mogła grać, gdzie sobie tylko zażyczysz, w Nowym Jorku, Los Angeles, w Rzymie… Na razie przestań się wygłupiać. Proszę cię tylko o miesiąc. Od tego zależy twoja przyszłość. Obiecujesz?

***

Wyszedłszy od Crestona, Mia wsiadła do taksówki i pojechała na Oxford Street. Kiedy nachodziła ją chandra – a w ciągu ostatnich tygodni zdarzało się to dość często – zawsze jechała na tę handlową i pełną życia ulicę, żeby pospacerować i pooglądać wystawy sklepowe.
Kręcąc się między stoiskami któregoś z wielkich domów handlowych, starała się dodzwonić do Davida, ale wciąż odzywała się automatyczna sekretarka.
Co on mógł takiego robić późnym popołudniem? Gdzie w ogóle był od dwóch dni? Dwa dni i dwie noce bez żadnej wiadomości, tylko to nagranie w ich domowym telefonie. Krótka informacja dla niej, że jedzie na wieś „naładować akumulatory”, żeby się nie martwiła. Łatwo mu mówić!
Po powrocie do domu postanowiła wziąć się za siebie. Nie ma mowy, żeby okazała niepokój, kiedy David wróci. Musi zachować się z klasą; mąż nie może się zorientować, że podczas jego nieobecności ona ze zdenerwowania odchodzi od zmysłów. Przede wszystkim zaś nie będzie go o nic wypytywać.
Znajoma zaprosiła ją na otwarcie jakiejś restauracji. Mia zdecydowała się ubrać elegancko i umalować. Ona również może wywołać zazdrość Davida. A poza tym lepiej znaleźć się między ludźmi, zamiast gryźć się samotnie w pustym mieszkaniu.

Restauracja była ogromna, muzyka zbyt głośna, sala nabita ludźmi, nie można było ani porozmawiać, ani zrobić kroku, nie ocierając się o innych. Komu może sprawiać frajdę podobny wieczór? – zastanawiała się Mia, szykując się do starcia z tłumem.
Przy wejściu do lokalu błyskały flesze aparatów fotograficznych. Oto dlaczego koleżance tak bardzo zależało na jej towarzystwie… Nadzieja znalezienia się na zdjęciu zamieszczonym na stronie kolorowego magazynu. Złudzenie sławy. Do cholery, Davidzie, jak możesz pozwolić, żebym włóczyła się sama po takich miejscach? Odpłacę ci za to „ładowanie akumulatorów”!
Zadzwoniła jej komórka. Połączenie anonimowe. O tej godzinie to był na pewno on. W tym hałasie nic nie będzie słychać. Gdybym była snajperem, zabiłabym DJ-a – przemknęło jej przez głowę.
Spojrzała przed siebie; znajdowała się w połowie drogi między wejściem a kuchnią. Tłum pchał ją w kierunku kuchni, ale Mia postanowiła przebić się do wyjścia. Odebrała połączenie i krzyknęła:
– Nie rozłączaj się!
Jak na kogoś, komu nie wolno okazać niepokoju, nieźle zaczynasz, koleżanko! – pomyślała.
Musi dotrzeć do wyjścia, odepchnąć tę wymalowaną lalę na szpilkach i idiotę, który się do niej zaleca… potem przydeptać stopy tej chudej gidii, która wykręca się jak piskorz, ominąć przystojniaka przyglądającemu się jej jak potencjalnemu łupowi… Na twoim miejscu, koleś, nie śmiałabym się tak. Z tego, co ten szkielet mówi, wynika, że nie jest taka głupia… Jeszcze dziesięć kroków, i już jest przy drzwiach.
– Nie rozłączaj się, Davidzie!
Przestań, idiotko! – skarciła się w myślach.
Teraz jeszcze musi ubłagać wzrokiem bramkarza, żeby pomógł jej się stąd wydostać.
Wreszcie jest na ulicy, świeże powietrze i względny spokój. Musi odejść jak najdalej od kolejki frajerów, którzy czekają, żeby wejść do tego piekła.
– David?
– Gdzie jesteś?
– Na takim otwarciu…
Jak on śmie jeszcze wypytywać mnie, gdzie jestem?! Co za tupet!
– Dobrze się bawisz, kochanie?
Hipokryta…
– Tak, jest dość miło. Co za głupstwa opowiadasz! – A ty, kretynie, gdzie jesteś? Od dwóch dni?
– Właśnie jadę do domu. Kiedy wracasz?
– Siedzę w taksówce! – Boże, muszę szybko znaleźć jakąś taksówkę!
– Myślałem, że jesteś na jakimś otwarciu?
– Właśnie wychodziłam, kiedy zadzwoniłeś.
– Na pewno będziesz w domu przede mną. Jeśli jesteś zmęczona, nie czekaj, stoję w korkach, nawet o tej porze prawie wszystkie ulice są zablokowane! Londyn stał się straszny!
To ty jesteś straszny, jak możesz mi mówić, żebym na ciebie nie czekała? Od dwóch dni tylko to robię, czekam na ciebie…
– Zostawię światło w sypialni.
– Wspaniale, no to buzi, do zobaczenia!
Mieniący się od deszczu chodnik, pary chroniące się pod parasolami…
…a ja sama, jak jakaś idiotka. Jutro, nowy film czy nie, zmieniam życie. Nie, nie jutro, już dziś!

2

Paryż, dwa dni później.
– Dlaczego gdy próbujesz sto kluczy, zawsze dopiero ostatni otwiera drzwi? – spytała zdesperowana Mia.
– Bo życie jest źle zorganizowane, inaczej na klatce schodowej nie byłoby ciemno – odpowiedziała Daisy, starając się oświetlić zamek komórką.
– Nie chcę nigdy więcej zakochać się w wyobrażeniu, jakie się ma na temat kogoś, chcę rzeczywistości, która mi odpowiada. Chcę żyć teraźniejszością, wyłącznie teraźniejszością.
– A ja pragnę mniej niepewnej przyszłości. – Daisy westchnęła. – Na razie, jeśli nie możesz otworzyć, daj mi te klucze, już prawie kończy mi się bateria.
Ostatni klucz, jak to było do przewidzenia, pasował. Wchodząc do mieszkania, kilkakrotnie nacisnęła włącznik, bez rezultatu.
– Wygląda na to, że w całym budynku nie ma światła.
– Tak jak i w całym moim życiu! – dodała Mia.
– No, nie przesadzaj.
– Bo ja nie umiem kłamać! – powiedziała Mia tonem, który domagał się współczucia, ale Daisy znała ją od zbyt dawna, żeby dać się na to nabrać.
– Nie opowiadaj głupstw, jesteś utalentowaną aktorką, więc kłamiesz profesjonalnie! Gdzieś muszę mieć świece, na wypadek gdyby bateria smartfona…
Ekran telefonu zgasł.
– A gdybym wysłała ich wszystkich do diabła? – wyszeptała Mia.
– Nie uważasz, że powinnaś mi trochę pomóc?
– Tak, ale przecież naprawdę nic nie widać.
– Uspokaja mnie to, że sobie z tego zdajesz sprawę! – Daisy zaczęła ostrożnie posuwać się do przodu. Dłonią wymacała stół. Obchodząc go, potknęła się o krzesło i zaklęła. Tuż za stołem był blat kuchenny. Wciąż po omacku podeszła do kuchenki gazowej, zdjęła z półki pudełko zapałek, przekręciła kurek i zapaliła palnik.
Błękitne światło zalało miejsce, w którym stała.
Mia usiadła przy stole.
Daisy tymczasem przeszukała po kolei wszystkie szuflady. Nie miała na podorędziu zapachowych świec, ponieważ była zapaloną kucharką i nie znosiła, żeby z zapachami dań kolidowały inne wonie. Tam gdzie inni wywieszają na swoich restauracjach szyldy z napisami „Nie przyjmujemy czeków”, ona chętnie wywiesiłaby napis „Nie przyjmujemy osób zbyt wyperfumowanych”.
Znalazła świece i zapaliła je. Światło płomieni wydobyło pomieszczenie z ciemności.
Mieszkanie Daisy ograniczało się, można powiedzieć, do kuchni. Przebywało się głównie w niej, była większa niż dwie znajdujące się z tyłu sypialnie przedzielone łazienką. Na kuchennym blacie wznosiły się dumnie ściśnięte w rzędzie gliniane pojemniki, w których rosły tymianek, laur, rozmaryn, koperek, oregano, bergamotka i pieprz z Espelette. Ta kuchnia to było laboratorium Daisy, jej pasja i sanktuarium, tu przestawała myśleć o wszystkim, co ją drażniło i niepokoiło. Tu również powstawały nowe dania, którymi w odpowiednim czasie raczyła klientów swojej restauracyjki na Montmartrze, znajdującej się o dwa kroki od jej mieszkania.
Daisy nie uczęszczała do żadnej znamienitej szkoły, zawód poznała dzięki swojej dużej zżytej rodzinie i prowansalskiej ziemi, z której wszyscy się wywodzili. Już jako dziecko, gdy jej koleżanki bawiły się w cieniu sosen i drzewek oliwnych, ona przypatrywała się matce i powtarzała każdy jej gest.
W otaczającym dom ogrodzie poznała wszystkie gatunki ziół, a w rodzinnej kuchni nauczyła się ich zastosowania. Gotowanie było całym jej życiem.
– Jesteś głodna? – spytała teraz Mii.
– Tak, może… Nie, nie wiem.
Daisy wyjęła z lodówki talerzyk z kurkami, pęczek pietruszki i oderwała główkę czosnku ze splecionego warkocza, który wisiał po jej prawej stronie.
– Czy czosnek jest niezbędny? – spytała Mia.
– Masz zamiar z kimś się całować dziś wieczorem? – spytała Daisy, siekając pietruszkę. – Powiedz mi, co się stało? Ja tymczasem przygotuję coś do jedzenia.
Mia westchnęła głęboko.
– Nic się nie stało.
– Zjawiasz się nagle w momencie, kiedy zamykam restaurację, z torbą podróżną i miną, jakby świat się zawalił, i bez przerwy jęczysz. Wydaje mi się więc, że nie przyjechałaś tu wyłącznie z tęsknoty za mną.
– Mój świat naprawdę się zawalił.
Daisy przerwała siekanie.