Nowości

Przepis na miłość

Kiedy Zoe Harper dostaje się do konkursu kulinarnego, jej zachwyt nie zna granic…


Przepis na miłośćTo będzie szansa, by dzięki swym umiejętnościom zdobyć sławę i pieniądze, a także otworzyć małe delikatesy, o których zawsze marzyła.

Zoe jest oszołomiona atmosferą konkursu i natłokiem wydarzeń. Kobieta musi zmagać się nie tylko z energiczną i przebiegłą rywalką Cher, ale i z niewygodnym, lecz prędko rozkwitającym uczuciem do jednego z sędziów – bardzo apetycznego Gideona Irvinga.

Teraz w grze liczą się nie tylko desery i przekąski. Czy Zoe wygra konkurs, czy też przeszkodzi jej w tym pokusa zbliżenia się do Gideona?

I czy odważy się zaryzykować w imię miłości?

Katie Fforde
Przepis na miłość
Przekład: Elżbieta Janota
Wydawnictwo Sonia Draga
Premiera: 2 lipca 2014
 

Przepis na miłość

Rozdział 1

Zoe Harper leżała w słońcu na zboczu pagórka, z zamkniętymi oczami słuchając śpiewającego gdzieś w górze skowronka. Z bliska dobiegał ją szelest trawy i bzyczenie owadów. Pogoda bywała ostatnio zmienna, jak to w Wielkiej Brytanii, lecz dziś dopisała. Był piękny dzień u progu lata.
Ostrzegano ją, że w tej okolicy nie ma co liczyć na nawigację, więc przewidziała w swych planach dodatkowy czas na wypadek, gdyby się zgubiła. W efekcie dotarła na miejsce o wiele za wcześnie. Zastanawiała się, czy na pewno dobrze trafiła, bo, sądząc po pokaźnych rusztowaniach i kilku vanach firm budowlanych zaparkowanych na podjeździe, w ogromnej starej posiadłości trwały całkiem poważne prace remontowe. Fenella Gainsborough, kobieta w zaawansowanej ciąży, zapewniła ją jednak, że to właśnie tego domu szuka, po czym, najwyraźniej niegotowa na przyjęcie gości, wcisnęła w dłoń Zoe mapę i wysłała na spacer. Zoe, czując ulgę po szczęśliwym dotarciu do celu, chętnie porzuciła samochód i ruszyła dalej pieszo. A że żaden z pozostałych uczestników jeszcze nie dojechał – spodziewano się ich dopiero pod wieczór – odkrywała okolicę samotnie.
Obecnie usiłowała się zrelaksować, ale mimo promieni słońca ogrzewających jej powieki okazało się to trudnym zadaniem. Dzięki przechadzce z posiadłości Somerby aż tutaj spożytkowała nieco ze swej nerwowej energii, wciąż jednak buzowała w niej adrenalina. Myśl o zbliżającym się konkursie gotowania, do którego ku własnemu zachwytowi się zakwalifikowała, wprawiała ją w podekscytowanie i jednocześnie zmieniała ją w istny kłębek nerwów. A fakt, że cała rzecz miała być sfilmowana, a potem wyemitowana w telewizji, wcale nie pomagał. Zoe pocieszała się, że to przynajmniej nie był program na żywo. Wciąż nie mogła uwierzyć, że udało jej się przebrnąć przez rygorystyczny proces selekcji uczestników. Przystąpiła do eliminacji tylko ze względu na uporczywe namowy swej matki oraz najlepszej przyjaciółki, Jenny, a teraz proszę, wylądowała w samym środku pustkowia, czując się, jak gdyby ktoś zaraz miał zaprowadzić ją na ścięcie. Westchnęła i przeciągnęła się; lepiej zrobi, jeśli pooddycha głęboko i postara się zdrzemnąć.
Akurat w momencie, kiedy spokój angielskiej łąki zaczynał wreszcie działać cuda, usłyszała pomruk silnika na biegnącej dołem drodze, co momentalnie zupełnie ją rozbudziło. Auto minęło miejsce, w którym siedziała, a potem stanęło. Zoe wiedziała, że musiało natrafić na zagradzającą drogę bramę, bo jakieś pół godziny wcześniej sama się na nią natknęła i zrezygnowała z próby jej sforsowania. Wielki znak głoszący: „Zakaz wjazdu!” pomógł jej w podjęciu decyzji.
Po chwili ciszy samochód z chrapliwym warkotem zaczął cofać. Jeśli nie był to mały model, będzie musiał pokonać na wstecznym całą tę odnogę – a sądząc po odgłosach, mały nie był. Tymczasem Zoe usłyszała, że kierowca zatrzymał wóz i zmienił bieg. Kiedy uświadomiła sobie, co ten zamierza, natychmiast zerwała się i popędziła zboczem w dół. Wzdłuż drogi biegł rów ukryty wśród wysokich traw. Sama też by go nie zauważyła, gdyby prawie do niego nie wpadła, wysiadłszy z auta.
Za późno. Gdy dobiegła do drogi, otrzepując dżinsy z resztek roślinności, jedno z tylnych kół pojazdu kręciło się w powietrzu. Przód wozu sięgał niemal wykopu po drugiej stronie drogi. Kierowca wygramolił się na zewnątrz i zatrzasnął drzwiczki.
– Co za kretyńskie miejsce na cholerny rów – warknął.
Trzeba przyznać, że robił wrażenie. Był wysoki i szeroki w ramionach, miał ciemne włosy i wygląd człowieka nieprzyzwyczajonego do tego, by przedsięwzięcia inżynieryjne wchodziły mu w paradę.
Zoe stłumiła w sobie chęć do śmiechu i tylko wzruszyła ramionami.
– Moim zdaniem to całkiem logiczne: rów przy drodze, do odprowadzania wody.
Mężczyzna spojrzał na nią.
– Nie próbuj mnie mamić rozsądną argumentacją. Co niby mam teraz zrobić?
Było to prawdopodobnie pytanie retoryczne, lecz Zoe, która traktowała wszystko bardzo dosłownie, i tak odpowiedziała:
– Zadzwonić po pomoc do Stowarzyszenia Kierowców albo czegoś w tym stylu?
Na jego twarzy pojawił się grymas niezadowolenia.
– Czy ja ci wyglądam na członka Stowarzyszenia Kierowców?
Zoe to rozważyła. Nie wiedziała, jak miałby wyglądać typowy człowiek korzystający ze zorganizowanego systemu pomocy drogowej, ale za to przy dokładniejszym przyjrzeniu się stwierdziła, że kręcone, nieco za długie włosy mężczyzny są właściwie ciemnorude. Miał zielone oczy, wygiętą linię warg i duży, nieco zadarty nos. Zoe nie potrafiła zdecydować, czy był bardzo przystojny, czy może raczej brzydki, ale uznała, że nie sposób zaprzeczyć jego niezwykłemu seksapilowi. Wyglądał na kogoś, kto zakłada, że pomoc drogowa nigdy nie będzie mu potrzebna.
– No i co teraz? – spytał, znów retorycznie.
W Zoe obudziła się przekora. Wiedziała, że nie oczekiwał od niej żadnej odpowiedzi, a co najwyżej oferty sprowadzenia pomocy, lecz postanowiła trochę się z nim podrażnić. Czuła się nieco oszołomiona.
– Hm, tam przy bramie leży sporo gałęzi. Moglibyśmy podłożyć je pod koło i spróbowałbyś wycofać na tyle, żeby dało się wykręcić. – Mimo że w założeniu chciała go sprowokować, wyniknęła z tego całkiem poważna sugestia.
– Praktyczna z ciebie istotka, co? – rzucił, a w jego ustach praktyczność wydała się nagle wadą. Ale zaraz skierował się we wskazanym przez Zoe kierunku i zawołał ją władczo przez ramię: – No chodź! Pomożesz mi.
Rozzłoszczona jego sposobem bycia – „istotka”?! – lecz zadowolona z nadarzającej się okazji, by czymś się zająć i rozładować nerwy związane z konkursem, Zoe podążyła za nim. W duchu jednak strofowała się, że może w ten sposób wpaść w poważne tarapaty.
Domyśliła się już bowiem, z kim ma do czynienia – czy ktoś kręciłby się w pobliżu Somerby, jeśli nie ono było celem jego podróży? Ten człowiek, arogancki i kłótliwy, musiał być jednym z sędziów. Na pewno nie był tylko zwykłym uczestnikiem. A ponieważ pozostałych sędziów znała z ich telewizyjnych występów, ten tutaj to z pewnością Gideon Irving. W świecie kulinarnym znano go doskonale jako krytyka, dziennikarza branżowego oraz przedsiębiorcę. Jego artykuły cechowały się zgryźliwym, niemal okrutnym stylem, ale uwielbiał też odkrywać nowe talenty i niejednemu młodemu szefowi kuchni zapewnił uznanie odpowiednich kręgów.
Nie zachowała się w ewidentny sposób niegrzecznie, lecz niewiele jej do tego brakowało. Teraz na pewno nie wygra. I czy przebywając sam na sam z jednym z sędziów – jakkolwiek niewinnie – nie łamała jakichś reguł? Ach, dlaczego nie została na swoim miejscu wśród trawy, wsłuchana w śpiew skowronków? Przyspieszyła, by się z nim zrównać.
Oprócz gałęzi znaleźli parę sporych kloców drewna. Nieco dalej przeprowadzono wycinkę i choć większość pni zniknęła, część pozostawiono.
– Wezmę te większe, a ty zabierz to, co dasz radę unieść – zakomenderował.
Skinęła głową i zaczęła gromadzić leżące wkoło kawałki brzozy, jodły i buka.
– Jeśli to nie zadziała – z trudem dotrzymywała mu kroku, choć niósł w ramionach pokaźny ładunek – moglibyśmy pójść i poprosić ludzi z posiadłości, żeby przysłali traktor czy coś.
– Moglibyśmy – zgodził się Gideon Irving. – Ale najpierw wypróbujemy ten plan. – Nie mogła szczerze powiedzieć, że się do niej uśmiechnął, lecz znaczące spojrzenie, które jej posłał, świadczyło, iż spodobał mu się widok, jaki sobą przedstawiała.
Zoe nie należała do największych fanów własnej powierzchowności, ale krótkie ciemne loki, drobna budowa ciała, jasna cera i piegi wcale nie przysparzały jej kompleksów. Zdawała sobie sprawę, że przy odrobinie wysiłku może wyglądać całkiem atrakcyjnie, problem w tym, że dziś nie wysiliła się ani trochę. Miała na sobie dżinsy, tenisówki i pasiastą bawełnianą bluzkę z rękawem. Nigdy nie nakładała dużej ilości makijażu, dzisiaj jednak nie kłopotała się nim wcale. Miała niebieskie oczy i ciemne rzęsy i wiedziała, że przez swą posturę wyglądała na mniej niż dwadzieścia siedem lat.
– Dobra.
Wspólnie usypali w rowie stertę drewna, tworząc platformę dla wiszącego w powietrzu koła. Nie mówili przy tym wiele, ale Zoe całkiem dobrze się bawiła. Lubiła rozwiązywać problemy i kiedy zauważyła kilka kamieni, które musiały wypaść z muru, poszła i po nie.
W podzięce otrzymała krótkie spojrzenie oraz mruknięcie, ale z jakiegoś powodu poczuła się, jakby mężczyzna ją pochwalił. Naprawdę miał niesamowite oczy. Coś zatrzepotało w niej z podekscytowania.
– Pytanie tylko, czy musimy powtórzyć całą tę operację z rowem po drugiej stronie? – zastanowił się.
– Tak – odparła. Rozważała to podczas pracy. – Ale teraz, kiedy mamy kamienie, pójdzie nam dużo szybciej.
Gdy skończyli, Zoe była umorusana i spocona. Gideon dawno już zrzucił marynarkę, a jego białą koszulkę pokrywało błoto.
– Umiesz prowadzić?
– Tak.
– A wykonywać proste polecenia?
– Też. – Zoe ponownie postanowiła nie brać jego słów do siebie. Łatwiej było po prostu wsiąść do auta. Właściwie chciało jej się śmiać, ale znów stłumiła to w sobie, czując, że to niedobre posunięcie. Mężczyźni nie znosili, kiedy ktoś się z nich wyśmiewał podczas zmagań z samochodem. Nie uważała się za ekspertkę w sprawach mężczyzn, ale tego była pewna.
Wnętrze wozu pachniało znakomitą wodą kolońską oraz skórzaną tapicerką. Potrzebowała chwili, by rozeznać się w tablicy rozdzielczej.
Gideon pochylił się do niej i poinstruował przez otwarte okno:
– Wciśnij gaz, tylko delikatnie, i zobaczymy, co się stanie.
Jakiś czas – i sporą ilość błota – później wrócił na przód auta i skrzywił się do niej.
W odpowiedzi Zoe uśmiechnęła się współczująco.
– Nadal mogę wrócić do posiadłości i sprowadzić pomoc. – Popatrzyła na niego w górę. On także się spocił, a jeden z loków przykleił mu się do czoła.
Potrząsnął głową.
– Sam pójdę, jeśli będzie trzeba. – Zamilkł i zmierzył ją wzrokiem z nieodgadnionym wyrazem twarzy. – Spróbuj wrzucić wsteczny.
Wymagało to niemałej dawki cofania i wykręcania, i układania w rowie podpór, ale ostatecznie udało im się zawrócić samochód. Zoe czuła się, jakby przebiegła maraton. Wysiadła i stwierdziła, że nogi jej się trzęsą, choć nie robiła praktycznie nic poza wciskaniem pedałów.
– Dobra robota – rzekł Gideon i uśmiechnął się. To było jak zdobycie złota w biegu na sto metrów. – Podwieźć cię do domu? – Nadal się uśmiechał.
– Och… tak – zdecydowała, niepewna, czy nogi drżą jej tak przez to, co właśnie przeszła, czy też z zupełnie innego powodu.
– No to wskakuj – ponaglił, bo Zoe się nie poruszyła.
Jakoś zmusiła swoje ciało do posłuszeństwa i zajęła miejsce w kabinie. Ostra męska woń przyćmiła teraz zapach wody kolońskiej i skóry. Zwilżyła wargi, po czym skoncentrowała się na wyglądaniu przez okno po stronie pasażera. Ledwo sobie radziła z przebywaniem tak blisko niego. Wywierał na nią bardzo niepokojący wpływ. Nie była pewna, czy jej się to podoba, czy nie.
Zatrzymał samochód na końcu długiego podjazdu.
– Jesteś uczestniczką programu?
Pokiwała głową.
– A ty jesteś sędzią? – zapytała, choć znała odpowiedź.
Tym razem on skinął potakująco.
– Lepiej wysiądź już tutaj – poradził.
– Tak. – Na chwilę umilkła. – I może lepiej udawajmy, że się nie znamy.
– Jeśli chcesz – zgodził się. – Ale całe to zdarzenie nie wpłynie w żaden sposób na mój obiektywizm.
– Och. – Zarumieniła się. – Wcale nie sądziłam, że wpłynie. Po prostu chciałam pomóc.
– I pomogłaś. – Niemal się uśmiechnął. – Ale to nie znaczy, że wygrasz.
– Wysiądę już – stwierdziła Zoe.
– A ja zrobię małe kółko po okolicy.

Zoe wspięła się na wzgórze, na którym stała posiadłość Somerby. Dom był duży, lecz nie nadmiernie okazały. Sprawiał sympatyczne wrażenie, zupełnie jak jego właścicielka przy pierwszym spotkaniu.
Zapukała do drzwi, otrzepując się z błota i trawy. Minęła chwila, nim Fenella otworzyła; nie wyglądała przy tym na zachwyconą jej widokiem. Kilka psów wystrzeliło ze środka i pognało na trawnik przed domem.
– O! Już wróciłaś!
– Niestety, tak – odparła Zoe. – Mówiłaś, żebym zjawiła się po czwartej. A czwarta właśnie minęła.
Fenella westchnęła i odgarnęła włosy z twarzy.
– Chciałabym, żeby jeszcze przez parę godzin była druga.
Zoe się zaśmiała.
– Ciężki dzień?
Fenella skinęła głową.
– Nieważne, jak bardzo się starasz, żeby wszystko zaplanować i przygotować, i robisz listy, żeby o niczym nie zapomnieć – czasami po prostu wszystko idzie źle.
Zoe zakołysała się na progu.
– Masz na myśli coś konkretnego? Coś poszło źle?
– Nie, tylko nic nie poszło jakoś szczególnie dobrze. – Westchnęła ponownie. – Wszystko przez to, że Rupert, mój mąż, musiał wyjechać.
– Trochę nie w porę!
– No właśnie! Do tego mam na głowie organizację podwieczorku dla sędziów, a moje przemyślne plany, żeby poczęstować ich ciastem, wzięły w łeb. Teraz nie zdążę nawet kupić nic w zamian.
– Och.
Fenella otworzyła drzwi szerzej.
– Ale wejdź, proszę. Moje problemy w żaden sposób cię nie dotyczą. Jestem pewna, że kilka rozmiękłych herbatników to to, co snobistyczni ludzie z kulinarnego światka lubią najbardziej do popołudniowej herbaty.
– Na pewno – zgodziła się Zoe dyplomatycznie.
– Zamierzamy przerobić stodołę na coś w rodzaju zajazdu, wiesz, restauracja plus miejsca do spania. Dobrze byłoby mieć snobistycznych ludzi z kulinarnego światka po swojej stronie. – Przerwała, by zaczerpnąć tchu, przy czym przyjrzała się Zoe uważniej. – Co ci się stało? Wyglądasz, jakbyś uprawiała zapasy w błocie!
– Wiem. Tak było. Mniej więcej.
Być może wyczuwając, że Zoe wolałaby nie wdawać się w szczegóły, Fenella nie naciskała.
– Pokażę ci twój pokój. Będziesz musiała go oczywiście dzielić z inną uczestniczką, ale przynajmniej zamieszkasz tu, na naszym terenie. Chodźcie! – zawołała na psy, które chaotycznym truchtem pobiegły z powrotem do domu. Potem poprowadziła gościa tyłem, przez dziedziniec, do dawnej obory, przerobionej teraz na wygodne lokum przeznaczone dla Zoe i jej współlokatorki. Nie wszyscy uczestnicy konkursu mogli pomieścić się w Somerby – część została zakwaterowana w pobliskich pensjonatach. Pokój był przeuroczy, znajdował się w nim opalany drewnem piec kominkowy, mała kuchenka, śliczna sofa i podwójne łóżko. Pojedyncze łóżko zostało wciśnięte wyraźnie na siłę, pewnie na czas trwania konkursu.
– Jesteś pierwsza – odezwała się Fenella – więc możesz zaklepać duże łóżko.
– Świetnie! Ale najpierw prysznic…
– Łazienka jest tam – wyjaśniła Fenella. – Nie obrazisz się, jeśli ci nie pokażę? Muszę wracać i zająć się tym cholernym podwieczorkiem.
Zoe wyczuła, że Fenella zwykle nie przeklina bez powodu – sytuacja musiała naprawdę wyprowadzać ją z równowagi.
– Posłuchaj – zaczęła. – Może wezmę prysznic, przebiorę się, a potem przyjdę i upiekę bułeczki na słodko albo coś takiego? O której mają się zjawić?
Fenella zerknęła na zegarek.
– Za czterdzieści pięć minut. Nie ma czasu na pieczenie czegokolwiek. – Westchnęła. – Wszystko było załatwione, koleżanka z miasteczka miała przywieźć ciasto, ale jedno z jej dzieci się rozchorowało i nie może zostawić go samego.
– No to tylko umyję ręce i biorę się do pracy. Takie bułeczki szybko się robi.
Fenella usiłowała przywołać na twarz wyraz zdecydowania i odmówić, ale jej mina wyglądała raczej na błagalną.
– Nie śmiałabym cię o to prosić!
– O nic nie prosiłaś, a ja z radością się czymś zajmę. Dopiero, kiedy tu dotarłam, za pierwszym razem, zdałam sobie sprawę, jak bardzo przeraża mnie udział w tym całym konkursie. – Taka była prawda: nigdy nie znosiła sprawdzianów, ale ich zdawaniu przynajmniej nie towarzyszyła kamera telewizyjna. – Poczuję się lepiej, mając coś do roboty.
– Więc jeśli pozwolę ci pomóc, wyświadczę ci tak naprawdę przysługę?
Zoe zachichotała.
– Tak jakby. Ale lepiej założę na siebie coś czystego…
– Znajdę ci jedną z koszul Ruperta. Ja noszę je praktycznie cały czas. Okrywają szczelniej niż fartuch chirurgiczny.
Zoe zostawiła w pokoju plecak i ruszyła za Fenellą z powrotem do głównego domu. Dostrzegła parę drabin opartych o przypadkowe ściany, zauważyła też, że w remont wielu otaczających ją zabudowań trzeba jeszcze włożyć sporo pracy, ale całość stanowiła zjawiskowy widok. Posiadłość Somerby nadawała się doskonale jako piękne tło dla programu, mieli do tego bardzo fotogeniczną porę roku.
– Na pewno łamiemy jakieś ważne zasady – stropiła się Fenella, kiedy już naszykowała dla Zoe mąkę, masło i jajka. – Lepiej nikomu o tym nie mówmy. No bo gdyby sędziowie dowiedzieli się, że to ty upiekłaś bułeczki, które właśnie jedzą, i gdyby stwierdzili, że są pyszne…
– A będą. Pieczenie to moja specjalność.
– …wyglądałoby to, jakbyś próbowała na wstępie zdobyć przewagę nad innymi.
Zoe pokiwała głową.
– Racja. Dopilnuję, żeby nikt mnie nie widział.
Nagle Fenellę znów ogarnęły wątpliwości.
– Jesteś pewna, że chcesz to zrobić?
– O tak! Zdecydowanie wolę zajmować się czymś pożytecznym niż siedzieć i obgryzać paznokcie. – Albo pomagać kierowcom w kłopocie, jakkolwiek atrakcyjni by byli, dodała w myślach. – A w kuchni, z odrobiną mąki i przyzwoitym piekarnikiem, mogę zdziałać cuda.