Nowości

Córka głosu. Księga życia Hili Campos

„Księga życia Hili Campos” to porywająca dylogia opowiadająca o burzliwych dziejach sefardyjskich Żydów, wygnanych w 1492 roku z Hiszpanii edyktem króla Ferdynanda i królowej Izabeli.


Córka głosu. Księga życia Hili CamposJest rok 1597. W chrześcijańskiej Wenecji Żydzi żyją za murami getta, a za przywilej praktykowania swojej wiary odwdzięczają się wiernością wobec Republiki i poszanowaniem jej praw. Na galeonie handlowym kupiec Menachem Campos wypływa do Stambułu, Hila, jego córka, szykuje się do zaślubin, a młoda synowa spodziewa się narodzin upragnionego syna.

Los zdaje się im sprzyjać, lecz do czasu, bo gdy z morza nadchodzą tragiczne wieści, żydowską Wenecją wstrząsają pogłoski o tajemniczych znakach – zwiastunach prześladowań i klęsk…

„Księga życia Hili Campos” to porywająca dylogia opowiadająca o burzliwych dziejach sefardyjskich Żydów, wygnanych w 1492 roku z Hiszpanii edyktem króla Ferdynanda i królowej Izabeli. Pragnienie znalezienia nowej ojczyzny wiedzie ród Camposów do najpotężniejszych państw szesnastowiecznej Europy, a niekończącym się peregrynacjom przyświeca idea „città ideale” – miasta idealnego. Czy to możliwe, że nazywa się ono Zamość…?

Agnieszka Wojdowicz – autorka powieści dla dorosłych i młodzieży. Od lat zakochana w Krakowie, w jego historii i architekturze, wielbicielka malarstwa prerafaelitów, wszelkich form sztuki użytkowej oraz górskich wycieczek. Dzieli dom z dwiema udomowionymi tygrysicami: Kropką i Mufką.


Agnieszka Wojdowicz
Córka głosu. Księga życia Hili Campos
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Premiera: 14 lutego 2018
 

 

Córka głosu. Księga życia Hili Campos


Po dojrzałym namyśle rozkazujemy wydalić z naszych królestw Żydów, ażeby nigdy tu nie wracali.
Edykt Ferdynanda i Izabeli, królów katolickich Hiszpanii,
z 31 marca 1492, podpisany w Granadzie

Tak samo i Pan. Powiedział: Jeżeli zbuduję świat wyłącznie na miłosierdziu, grzech weźmie górę; ale jeśli rządy powierzę tylko surowości prawa, jakże świat się uchowa?
Przeto zbuduję go równocześnie na łagodności i surowości, ach! ażeby wtedy mógł przetrwać.

Micha Josef Bin Gorion

1


Biada człowiekowi, który nie umie odróżnić, co dobre, a co złe.
Sanhedrin 193

Przyszłam na świat w czwartym roku po wielkiej zarazie, w połowie wilgotnego i upalnego lata. Czarna śmierć znów pustoszyła Wenecję, choć był to pomniejszy atak, jeden z tych, o których próżno by szukać wzmianek w miejscowych annałach. Mnie jednak doświadczył jak najdotkliwiej.
Gdym odrosła od ziemi, opowiadano, że kiedy ojciec obwieścił w synagodze moje imię, które otrzymałam na cześć babki Hili Misrahi Campos, miasto wciąż przyodziane było w kir, a powietrze poszarzałe od dymu z domostw okadzanych paloną smołą. Medycy, tak że ci najświatlejsi spośród uczniów Galena i Hipokratesa, bezradnie rozkładali ręce, mór zbierał więc przeobfite żniwo, a choć wycofał się niebawem, nie oszczędził mojej matki. Osłabiona trudnym porodem zachorowała u schyłku miesiąca aw i przeczuwając bliskość śmierci, powierzyła dzieci Lei, powinowatej i przyjaciółce, po czym zgasła.
Nie umiałabym przywołać choćby mglistego wspomnienia niewiasty, która mnie urodziła. A przecież jej przedwczesna śmierć, a także fakt, iż początek mego życia przypadł na czas i dla niej, i dla Wenecji tak tragiczny w skutkach, odcisnęły osobliwe piętno: uwrażliwiły na to, co istniało pomiędzy światem realnym, postrzeganym dzięki zmysłom, a światem wyższym, dla większości ludzi niedostępnym. Nie od razu się oswoiłam z tym szczególnym darem. Co więcej, kryłam go starannie, nie mając pewności, czym w istocie jest. Tymczasem z biegiem lat owa zdolność przybrała na sile, a choć nie od razu, w końcu tak do niej przywykłam, że gdyby mi ją odjąć, odczułabym ten brak jak utratę wzroku, słuchu albo mowy.
Matkę znałam z opowieści. Lecz nie zasłyszanych od ojca, ponieważ przybity stratą i przedwcześnie postarzały, nie miał w zwyczaju sięgać pamięcią do lat, które przeżył w miłości i względnym spokoju. Nie obwiniał o swe nieszczęście losu ani tym bardziej Pana, nie złorzeczył i się nie odgrażał, jednak wraz ze śmiercią ukochanej postradał to, co czyniło go troskliwym i czułym opiekunem rodziny: radość życia. Wbrew obyczajowi i naukom rabina nie szukał nowej małżonki, albowiem śmierć tej, którą nazywał klejnotem swoich oczu, przyrównywał do zburzenia Świątyni, tak wielką odczuł stratę. Ponieważ wierzył, że tylko przy pierwszej żonie mógł zaznać szczęścia, osierocony dom po-ruczył Lei, a sam bez reszty poświęcił się podróżom i interesom. Mimo to nie czułam się osamotniona i odtrącona, gdyż dorastałam wśród bliskich, z którymi byłam zżyta i którzy okazywali mi troskę i przywiązanie.
Zwłaszcza w dzieciństwie marzyłam, że o świcie budzi mnie głos matki, lecz zamiast niego słyszałam plusk wody. Przy nim zasypiałam i przy nim o brzasku zrywałam się z posłania, by z głową ciężką od niedośnionych snów, z oczami pociemniałymi od majaków krzątać się we wspólnej alkowie przy łożu, oknie wychodzącym na wąską i gwarną uliczkę, przy misie i dzbanie. Nawoływanie nieodległego morza splatało się z codziennymi modlitwami i z tęsknymi melodiami nuconymi przez starą Leę. Jej usta, spękane niczym skórka ciemnego chleba, chętniej wspominały czasy sprzed getta niż zdarzenia wczorajszego dnia. Szept wody był przytłumiony i monotonny, można by zatem bez wysiłku wyrzucić go z pamięci, gdyby nie zapachy ryb sprzedawanych na pobliskim targu i smród wilgoci, która wgryzła się w ś ciany domostwa brunatnymi liszajami, pleniąc się niczym bluszcz i obejmując w posiadanie podłogi oraz niskie sufity.
Ludzie wierzyli, że złoto Wenecji wytrysło z morskich głębin, które niczym szańce opasywały miasto, strzegąc jego skarbów. Bywało, że fale łagodnie pieściły nabrzeża wysp i wysepek laguny, widziałam jednak, jak z furią podtapiały katedry, cmentarze, okazałe pałace, składy kupieckie, domy bogatych i biednych, więc w głębi duszy sądziłam, że wenecjanie są w błędzie – morze dawało przecież tyle dobrego, ile złego, a jego szczodrości dorównywała bezwzględność. Niczym sprawiedliwy, lecz surowy sędzia wszystkich traktowało tak samo, nie czyniąc różnicy między patrycjuszem a żebrakiem. Ale nie wyobrażałam sobie życia na stałym lądzie, morze było bowiem doskonale piękne, o urodzie zmiennej niczym kształt księżyca. Gdy wiejący od laguny salso niósł zapach wodorostów, mieniło się niczym oprószone diamentowym pyłem. Kiedy zjawiała się bora, wiatr północno-wschodni, przywołując wilgoć i chłodząc rozgrzaną skwarem skórę, ciemniało jak horyzont kąsany przez szalejącą wichurę. Myślałam wówczas, że barwy najprzedniejszego jedwabiu sprowadzanego na galeonach handlowych przez mego ojca są nijakie i wyblakłe, jako że nic nie mogło się mierzyć z kolorami Adriatyku.
W owym czasie przywykliśmy do myśli, że Wenecja na zawsze przygarnęła mnie i moich bliskich, dając wprawdzie mniej, niżbyśmy pragnęli, lecz więcej niż ktokolwiek na świecie. Okazano nam gościnność, na tyle jednak ostrożną, abyśmy pamiętali, że jesteśmy obcy i że uczyniono nam łaskę. Musieliśmy więc podporządkować się prawom, na które nikt z nas, wygnańców, nie miał wpływu. Naznaczeni żółtym piętnem, przygnieceni nadmiernymi podatkami, oddzieleni murem getta od morza i siedzib patrycjuszy, nie byliśmy godni zaufania ani tym bardziej miłości, choć Republika Wenecka nie wzdragała się sięgać łakomą ręką po nasze dukaty. Mimo to dochowywaliśmy jej wierności. Ojciec pomnażał bogactwa Serenissimy: od każdego łokcia sprowadzonego sukna płacił drakońskie cła i nie uchylał się od innych świadczeń, a więc od specjalnych opłat za spożywanie soli, której używaliśmy więcej niż chrześcijanie, od zobowiązań na rzecz banków i ambasadorów, od wygórowanego czynszu i niezliczonych podatków nadzwyczajnych, które spadały na nas częściej niż grad latem.
Rzadko widywałam go w owym czasie. Podróżował do krajów Lewantu albo na północ, do Hamburga i Amsterdamu, a z nim Ruben, mój najstarszy brat. Każdy ich szczęśliwy powrót fetowaliśmy wystawnym posiłkiem i koszernym winem. Dawid, drugi brat, kształcił się na medyka, bo chociaż w naszym kupieckim rodzie profesję ową wykonywano niezwykle rzadko, widok umierającej matki tak nim wstrząsnął, iż poświęcił się walce z bólem i cierpieniem, pragnąc je zwyciężać. Studiował w Padwie i choć jako Izraelita płacił czesne wyższe niż chrześcijanie, nie uskarżał się i nie buntował, gdyż mimo wszystko nie dawano mu odczuć, aby był pośledniejszego stanu. Ceniono go za dociekliwość i pracowitość, czym w krótkim czasie zaskarbił sobie przyjaźń scholarów i podziw padewskich uczonych. On także z nawiązką odwdzięczył się Wenecji; ukończywszy naukę, wrócił do domu, a przystąpiwszy do leczenia, zyskał niebawem taką sławę, że wyróżniono go przywilejem praktykowania wśród chrześcijan.
W najmłodszym z braci, Ezrze, widziałam krnąbrnego młokosa, choć górował nade mną wiekiem, bo dzielił nas rok. Był ulubieńcem Lei, która w jego rysach rozpoznawała cień twarzy swego zmarłego męża, brata naszego ojca, a w oczach barwę źrenic ukochanej świekry. Niczym na-rowisty, nieokiełznany źrebak chadzał własnymi ścieżkami, a ponieważ było ich wiele i wszystkie omijały nasz dom oraz kupiecki skład, nieustannie miał na pieńku z ojcem i z braćmi. Trudno było orzec, co zniechęciło go do handlu i czemu, choć liczył już osiemnaście lat, nie myślał się ustatkować. Lękając się o przyszłość, do znudzenia przypominaliśmy mu o powinnościach, ganiliśmy za krnąbrność i samowolę. Mnie z tego powodu zaczął z czasem unikać. Żywiąc doń gorące siostrzane uczucie, nie mogłam ścierpieć gwałtowności uczynków i słów ukochanego brata, łajałam go zatem najsurowiej, bo szczerze wierzyłam w jego dobroć i zdolność do poprawy.
W domu należącym do czterech mężczyzn to niewiasty troszczyły się, by skrzynie i kredensy były pełne. Słynąca z gospodarności Lea dzierżyła klucze do spiżarni, skrzętnie zarządzając zgromadzonymi tam zapasami i dbając, aby nie zabrakło oliwy, przypraw i koszernego pieczywa. Chleb, zamiast kupować w pobliskiej piekarni, wypiekała sama, czyniąc to tak zręcznie, że żaden inny nie miał podobnie złocistej skórki i miękkiego, pachnącego zaczynem wnętrza. Chaja, żona Rubena, nad sąsiadkami górowała skromnością i macierzyńskim ciepłem, a ponieważ przyszła na świat w rodzinie osiadłej w niemieckim kwartale getta, i jak nikt z nas w dzieciństwie doświadczyła ubóstwa, wyróżniała się hojnością i miłosiernymi uczynkami. Tylko dzięki niej ustawiona pośrodku stołu ofiarnica napełniała się monetami szybciej niż w innych domach, ażeby później trafie do potrzebujących. To, na czym nam zbywało, a nawet znacznie więcej, zanosiła do synagogi, gdzie pod jej bacznym okiem rozdzielano datki wśród najbiedniejszych w gminie. Ja zaś uważałam się za w czepku urodzoną i najszczęśliwszą, bo mimo trudów codzienności, mimo pracy w przydomowym warsztacie i zwyczajnych w moim wieku trosk, żyłam oczekiwaniem pomyślniejszej przyszłości. Minionej jesieni bowiem, tuż przed wypłynięciem w morze, ojciec przeznaczył mi na małżonka mężczyznę drogiego mojemu sercu. Szykowałam więc ślubną wyprawę, odliczając dni do zamążpójścia.
Choć uważaliśmy się za wenecjan, szanowaliśmy przeszłość swego rodu. Często wracaliśmy pamięcią do dni, gdy zamieszkiwał na ziemi Sefarad, w Toledo, wiodąc dostatni i szczęśliwy żywot. Interesy miały się wówczas nadspodziewanie dobrze, przyjaciele odpłacali wiernością za lojalność i dobre słowo, Jahwe przypatrywał się moim przodkom z uśmiechem aprobaty, bo ich czyny były szlachetne i pełne bojaźni Bożej. Jednak nadeszły mroczne czasy, gdy miejsce przychylności zajęła nieskrywana wrogość tłuszczy oraz władców, którzy wcześniej bez ograniczeń czerpali z naszej kiesy… W końcu zhańbiono nasz ród wygnaniem. Aby go uniknąć, niektórzy przyjęli hiszpańskie imiona i zmienili wiarę, lecz na próżno, bo tym bardziej cierpieli od prześladowań, a podejrzeniom, skądinąd słusznym, że mimo chrztu hołdują starym obyczajom, nie było końca. Porzuciwszy więc majątek, sąsiadów i dalszych krewnych, bez nadziei na rychły powrót udali się do Portugalii. Jednak i tam dręczono ich i nękano. Chcąc ratować życie i przynajmniej część majętności, pradziadek nakłonił bliskich, by poprawy losu szukać na północy. Tym sposobem, w pośpiechu i tajemnicy, wymknęli się z Lizbony.
W Antwerpii postępowali niczym królowa Estera. Jak ona taili żydowskie korzenie, mieniąc się katolickimi Hiszpanami, modląc się w kościołach, potomstwo podając do chrztu, zmarłych grzebiąc na chrześcijańskich cmentarzach. Dzięki temu więcej nie nastawano na ich wolność. Lecz czując się Izraelitami, przestrzegali przykazań Tory, w przydomowych synagogach wsłuchiwali się w słowa rabinów, świętowali szabat i Paschę, potomstwu zaś nadawali podwójne imiona, hiszpańskie i żydowskie. Z czasem ich codzienność i postępki nacechowała dwoistość, jednak coraz trudniej znosili fałsz i obłudę, w których żyli, i nie wiedzieli już, kim są naprawdę.
Kiedy na świat przyszedł mój ojciec, na chrzcie otrzymał imiona Ignacio Severino, ale w domu, z dala od oczu i uszu chrześcijan, wołano nań zgodnie z żydowską tradycją mianem jego dziadka Menachema. Od młodych lat przysposabiano go do przejęcia interesów, które wymagały, aby przemierzał najdalsze szlaki handlowe odkrytego świata. Wpajano mu wiedzę, przekazywaną z pokolenia na pokolenie, lecz przede wszystkim przestrzegano, by za wszelką cenę zachowywał pozory, udając religijnego chrześcijanina, co czynił, starając się jednocześnie nie uchybiać żydowskim obyczajom. Jednak gdy dotarła doń wieść o swobodach przyznanych Żydom w Wenecji, zapragnął zrzucić brzemię życia wkłamstwie i wyruszył na południe, aby powrócić do prawdziwego wyznania. W pierwszych latach przylgnęło doń pogardliwe miano marrana, jednakże z czasem, gdy się na nim poznano, puszczono je w niepamięć. Ponieważ urodziłam się już w getcie, historię tę znałam jedynie od innych krewnych.
Mimo że światlejsi i pobożniejsi ode mnie doszukiwali się głębszego sensu w tym, co spotykało nas i nasz naród, ja zwykłam mawiać, że jak po zmierzchu nastaje noc, po jesieni zima, po wieku dojrzałym starość, tak po dniach spokoju przychodzi zamęt. I dodawałam jeszcze, żeśmy marną cząstką wielkiego planu, w którym smutki i radości dopełniają się, tworząc całość. Kiedy więc światem włada chaos, nie wolno tracić nadziei na odmianę, bo ta prędzej czy później nastąpi. Zgryzoty są bowiem niczym kurz, który wciska się w oczy, drażni je i oślepia, a przecież wystarczy powiew wiatru, aby go rozwiać.
Zdarzenia, które opiszę dla przestrogi i nauki moich najdroższych dzieci oraz by przetrwała o nich pamięć, spadły na nasz ród tak niespodziewanie, że na długi czas zwątpiliśmy w ład świata. Ponieważ dotąd Adonai nam sprzyjał, lękaliśmy się nawet, iż utraciliśmy Jego przychylność – jak wówczas, gdy przed wiekiem moi przodkowie porzucili w pośpiechu Hiszpanię, żeby ratować życie. Będą to po części księgi radości, a po części księgi rozpaczy, bo taka jest natura człowieka i taki przeznaczono mu los na ziemi, gdzie dobro i zło są niczym rodzeni bracia. I tylko biada temu, kto nie umie rozróżnić, co dobre, a co złe.
Trwał zatem rok 5357 od stworzenia świata, według kalendarza chrześcijańskiego 1597, gdy to, na co pracowaliśmy i co było nam drogie, legło w gruzach.